wtorek, 16 grudnia 2014

Na froncie walki z wypadkami drogowymi („Uwaga! Nie gap się!” Hanna Łochocka)

O książeczce tej postanowiłem napisać w momencie, kiedy przeczytałem jej posłowie skierowane do Rodziców, Nauczycieli i Wychowawców (oj zgubne nawyki lektury od-końcowej...). Jak bowiem przejść obojętnie obok takich oto zdań:
Czas chyba, aby utworzyć wspólny front walki z wypadkami drogowymi, ochraniający przede wszystkim istoty bezbronne – dzieci. Trzeba dać im w rękę broń: możność uniknięcia wypadku. Taką bronią jest w znacznej mierze znajomość prawideł ruchu i w tym kierunku powinni wytężyć swe wysiłki rodzice i wychowawcy, instytucje i działacze społeczni, pisarze i graficy. Dziecko powinno się zainteresować ruchem pojazdów na terenie miasta i na drogach, a z jego przepisów uczynić sobie sprzymierzeńca, nie przeciwnika.
Niby minęło już sporo czasu odkąd tego typu militarna metaforyka zawłaszczała „debatę publiczną”, a jednak przyznać muszę, że wzbudziło to u mnie wzmożone odruchy negacji i w jednoznaczny sposób ustawiło odbiór tej w założeniu niewinnej i pisanej w dobrej wierze publikacji. Sygnowanej zresztą przez PZU, a w trzecim, ostatnim wydaniu (1971) opublikowanej nawet przez PZMot.

Uwaga! Nie gap się!, Hanna Łochocka, il. Janina Krzemińska, PZMot 1971

Dodajmy jeszcze na wstępie, że autorka „Uwaga! Nie gap się!” nie pochodziła z werbunku i sporo pisała dla dzieci. Dość powiedzieć, że debiutowała w 1955 roku kultowym tytułem „O wróbelku Elemelku” i przez lata związana była z wszystkimi ważnymi czasopismami dziecięcymi w PRL-u. To jednak tylko jedna strona jej życiorysu – ukończyła także (zapewne mało inspirujące w tamtym czasie) studia ekonomiczne w Szkole Głównej Planowania i Statystki (tak za socjalizmu nazwano SGH), pracowała jako sekretarz redakcji w czasopiśmie „Gospodarka Planowa”, redaktorka pisma fachowego CZPS a potem przez ponad dwadzieścia lat (1952-1975) była redaktorką Działu Literatury Historycznej w reżimowym wtedy wydawnictwie Książka i Wiedza (wydawali m.in. dzieła Lenina i Stalina). I te właśnie „dwie twarze” Łochockiej – pisarki i komunistycznej ekonomistki tudzież historyczki (chociaż studiów historycznych de facto nie ukończyła) – można ujrzeć w „Uwaga! Nie gap się!”. Książeczka ta bowiem pozostaje w rozkroku pomiędzy chęcią przemówienia do dzieci, a potrzebą wypełnienia agitacyjnej powinności wobec narodu, partii i bezpieczeństwa na socjalistycznych drogach.



Głównymi bohaterami opowieści są bliźniaki Barbara i Bartosz, dzieci milicjanta, który oprócz potomstwa posiada także psa – wilczura Migdała. Cóż niby w roku 1967 zwierzęcym bohaterem dla dzieci mógł być w Polsce tylko owczarek niemiecki (wszak w maju 1966 roku rozpoczęto emisję „Czterech pancernych i psa”) to jednak podobny tematycznie „Pies z ulicy Bałamutów” Wandy Chotomskiej, z ilustracjami Jerzego Flisaka (wznowiony w tym roku przez wydawnictwo Muza) wydany zaledwie w rok później (1968) głównym zwierzęcym bohaterem czynił niepozornego jamnika...



Rzecz rozwija się dwutorowo – z jednej strony mamy krótkie opowiadania poskładane zawsze według podobnego schematu – wydarzenie na drodze jest komentowane przez dzieci i wilczura (sic!). Z drugiej strony pod każdym takim prozatorskim urywkiem znajdujemy po cztery rymowane wersy, które można odczytywać samodzielnie, a na końcu złożyć w jeden, wielki wiersz o zasadach ruchu drogowego. Utwór ten, jak się okazuje, jest po dziś dzień dosyć popularny (google wyrzuca sporo przedszkolnych programów artystycznych o ruchu drogowym, gdzie został wykorzystany jako materiał dla małych recytatorów), chociaż zrymowany został nieco mechanicznie i jak dla mnie bez polotu. Autorka postawiła w nim na sloganowość, nie wplotła żadnej historyjki, żartu, dwuznaczności (niestety do poziomu „Psa z ulicy Bałamutów” nawet się nie zbliżyła). We fragmentach prozatorskich nie jest lepiej...


Dzieci w towarzystwie wilczura (i niekiedy ojca) przechadzają się po różnych krajobrazach – miast i wsi, od morza do Tatr i bezlitośnie punktują uczestników ruchu drogowego – przeważnie tych złych uczestników, łamiących przepisy chuliganów i „gapiszońskie”. Same dzieci przedstawiciela władzy ludowej chodzą jak po sznurku a kodeks drogowy znają na pamięć. Mogą z poczuciem wyższości spoglądać na odchyleńców – czepiających się ciężarówek, zjeżdżających na sankach wprost na ulicę, wskakujących do jadącego tramwaju czy przechodzących przez ulicę w miejscach niedozwolonych. Dzieci komentują, a wilczur groźnie warczy i wyrywa się chcąc dać nauczkę łamiącym przepisy.
Przede wszystkim nie wzbudzają we mnie pozytywnych odczuć bohaterowie i ich wypowiedzi (że nie wspomnę o tytule). Wielki jest na świecie bagaż lekkomyślności, a wśród dzieci szczególnie – a jednak chciałoby mi się raczej bronić tych wszystkich chuliganów, niż przyklaskiwać stadłu milicjanta. Pobrzmiewa w ich wypowiedziach pogarda, której nie lubię a w ich zachowaniu wyczuwam elementy musztrowo-żołnierskie, których wręcz nie znoszę. Odniosłem również wrażenie, że samej Łochockiej taka czarno-biała wymowa w książeczce niezbyt odpowiadała i starała się ją wycieniować – w każdej historyjce na końcu pojawia się także jakieś dzikie zwierzę (wróble, gołębie, wiewiórka), które dodatkowo przyznaje rację bliźniakom i wilczurowi. Mądrość zwierząt a zatem także mądrość natury zawsze w cenie – tylko w tym przypadku pasuje trochę jak kwiatek do kożucha. 



Bawiąc uczyć – wiem to znany slogan, ale według mnie jak najbardziej żywy i trafny, szczególnie w literaturze dla dzieci. W tej książeczce zaś tylko się uczy (a raczej poucza), a o zabawie zupełnie zapomniano. No chyba, że kogoś śmieszy ktoś kto spadł z roweru i rozerwał sobie na tyłku spodnie.

I na koniec, żeby nie było – przepisów ruchu drogowego trzeba przestrzegać.

/BW/

 Uwaga! Nie gap się!, Hanna Łochocka, il. Janina Krzemińska, PZMot 1971


środa, 10 grudnia 2014

Starannie wydarta kartka nr 1 („Zima”, „Zimowe uroki” Józef Czechowicz)


Do tej pory na naszym blogu pojawiały się (w przeważającej większości) lekturowe wrażenia dotyczące całych książeczek. I oczywiście w żadnym wypadku nie zamierzamy z tego rezygnować, jednak nie ukrywamy też, iż wielokrotnie, dopada nas ochota na pokazanie bądź omówienie tylko jednego wiersza, opowiadania, rozdziału czy baśni. Nie wszystko zawsze można (i trzeba) ogarnąć całościowo, prawda? A zatem mając już za sobą uzasadnienie (które milcząco poparliście...), wrzucamy pierwszą wydartą przez nas kartkę.
Pochodzi ze zbioru wierszy Józefa Czechowicza „Sny szczęśliwe” (ilustrowanego przez Józefa Wilkonia), który został wydany w roku 1984 przez Wydawnictwo Lubelskie. Jest to zbiorek, który przeważnie czytamy wybiórczo a sprzyja temu fakt, że został skomponowany według klucza pór roku.

Wielokrotnie zastanawiałem się i zastanawiam czy poeci (pisarze) wybitni w twórczości „dorosłej” (to z pewnością casus Czechowicza) potrafili być podobnie wybitni w twórczości skierowanej do dzieci? Zdaję sobie sprawę, że odpowiedź na to pytanie bynajmniej nie należy do kategorii „łatwe” i z pewnością można długo dyskutować nad każdym jednym przypadkiem literackiego życiorysu.

Józef Czechowicz należy do grona poetów, których lubię czytać. W skrócie i uproszczeniu jego wiersze to sielskość podszyta grozą. Z pewnością był to ważny i osobny głos poetycki w dwudziestoleciu międzywojennym. Poeta ten miał także (co warto na tym blogu podkreślić) kontakt z dziećmi, ponieważ pracował jako nauczyciel w Lublinie, a kiedy z zawodem tym zerwał, już w Warszawie (1932-1936) redagował dziecięce pisma „Płomyk” oraz „Płomyczek”. Nie przełożyło się to jednak na wysyp w jego twórczości utworów dla dzieci. Nawet wiersze pomieszczone w „Snach szczęśliwych” w większości trudno nazwać stricte dziecięcymi. Czechowicz w swojej „dorosłej” poezji często odwoływał się do mitu arkadyjskiego, który objawiał się u niego np. obrazami szczęśliwego dzieciństwa na wsi. Z upodobaniem posługiwał się np. poetyką kołysanki, nasycał utwory baśniowością, inspirował się ludowością i folklorem. Wszystkie te tropy z „dorosłych” wierszy odnaleźć można także w „Snach szczęśliwych”. 
Na dzisiaj, nawiązując do pogody za oknem, wybrałem dwa wiersze o tematyce zimowej. Jeden ogólno-zimowy, a drugi lublińsko-zimowy. A zatem – mroźnej lektury!

Sny szczęśliwe, Józef Czechowicz, il. Józef Wilkoń, Wydawnictwo Lubelskie 1984

sobota, 6 grudnia 2014

Awangardowo o śniegu („Śnieg” Jerzy Kierst)

Dzisiaj Dzień Św. Mikołaja -  mam nadzieję, że święty obdarował was sowicie i pięknie? Ode mnie w ten piękny dzień tekst prezentowy, trochę nietypowy, bo... czy można stworzyć wpis o „Śniegu” Jerzego Kiersta w podobny sposób w jaki on napisał swój wiersz?
Śnieg, Jerzy Kierst, il. Jerzy Jaworowski, il. okł. Janusz Stanny, KAW 1979
Po pierwsze:
Można spróbować dlatego,
Aby tonu uniknąć uczonego.
Wszystkiego i tak napisać się nie da
(Tyle wiem nawet bez formułowania ambitnego „creda”).
Po drugie:
Autor pracował w radiu,
Pisał dla dzieci wiersze a dla dorosłych poematy.
I rzecz jasna poruszał tam różne tematy.
Sporo w jego wierszach o Tatrach,
A tam to przecież śniegu zwykle po dach!
Ach!
Czyli poeta „biały opad” dobrze zna,
I to dla niego nie pier-wszy-zna!
Po trzecie:
Wiersz ten (jak wiecie lub się domyślacie) jest o śniegu
I Kierst Jerzy oparł go na zabiegu,
Że pokazuje różne oblicza białego puchu:
Raz pokazuje go statycznie (bałwan), a za chwilę (narta Jurka) w ruchu.
Jest pług, zając i bitwa na śnieżki,
Narciarz, sarenka i miś, który śpi.
Po czwarte:
W tym wierszu są rymy,
Ale nie wszędzie, nie ciągle, bez przesady.
Bo o śniegu pisząc – nie ma rady -
Chociaż któryś wers powinien być biały.
O ile nie wiersz cały.
Po piąte:
Spodobał się nam ten wiersz, bo jest trochę inny:
Napisany awangardowo a jednak dziecinny.
(Czy ty w ogóle wiesz co to znaczy awangarda?
Uwaga: w pytaniu może się czaić pogarda...)
I jeszcze przeczytałem, że poeta „uprawiał lirykę
opisowo-refleksyjną”...
Chwytał tę lirykę jak motykę (bo uprawiał).
Po szóste:
Ilustracja na okładce jest Janusza Stannego,
A ilustracje w środku - kogoś innego
Ten „ktoś” podobnie jak autor nazywa się Jerzy...
Jaworowski – skoro tak wam zależy...
Po siódme:
Książeczka przedstawia malutkie,
Zimowe historyjki -
Jak karteczki z loteryjki
Lub średniowieczne miniatury -
Takie kadry śnieżnej cywilizacji i natury.
Po ósme:
Mało tu słów,
Ale tak powinno być,
Bo gdy mróz -
To się nie chce otwierać ust!

Po dziewiąte i po dziesiąte:
Kończę zanim coś poplączę.
Nie wiem czy ktoś już napisał
Wierszowaną recenzję książeczki dla dzieci?
Może jakiś krytyk sprzed stuleci?
Bo jeżeli nie to ja wezmę tę pierwszeństwa palmę
Jak mi dacie – to wezmę!
Na pewno nie uderzę w tony błagalne…

Śnieg, Jerzy Kierst, il. Jerzy Jaworowski, il. okł. Janusz Stanny, KAW 1979

 /BW/



niedziela, 30 listopada 2014

Grzeczne średniowiecze („Bajka o królu” Jan Brzechwa, „Przepraszam, smoku” Wiera Badalska)

Na początku studiów polonistycznych, na zajęciach u prof. Ludwiki Ślękowej, dowiedziałem się o fakcie, który wtedy był dla mnie sporym zaskoczeniem (zaraz po tym, że „Treny” Jana Kochanowskiego można omawiać przez cały semestr). Otóż wielu badaczy literatury, a także historyków (zwłaszcza w ZSRR) w czasach jedynej słusznej doktryny (a szczególnie za czasów krwawego stalinizmu), wybierając epokę, którą będą się naukowo zajmować stawiało na średniowiecze, twierdząc że łapy ideologii tak daleko w mrok dziejów nie sięgają i tylko pisząc o wiekach średnich resztki myślowej swobody zdołają zachować. Pamiętam, że w tamtym czasie (a była to druga połowa lat 90.) jakoś nie mogło mi się pomieścić w głowie podobne, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, „planowanie ścieżki kariery zawodowej”.

Bajka o królu, Jan Brzechwa, il. Elżbieta Murawska, il. na okł. Janusz Stanny KAW 1977

Przepraszam, smoku, Wiera Badalska, il. Maria Uszacka, NK 1982
 Przypomniałem sobie o tych odkryciach młodości, kiedy czytałem Kostkowi dwie książeczki („Bajka o królu” Jana Brzechwy i „Przepraszam, smoku” Wiery Badalskiej), których autorzy także sięgnęli do (oczywiście umownego) okresu średniowiecza. Zrobili to jednak w innym celu i nie wiem czy profesor Ślękowa byłaby zadowolona, że taką taniej próby komparatystykę uprawiam, niemniej celem autorów tych książeczek była... nauka właściwego zachowania. Tak, tak. Dla wszystkich, którzy liznęli nieco wiedzy o historii ludzkości z pewnością może zabrzmieć to nieco dziwnie, ponieważ kiedy jak kiedy, ale akurat w tamtym czasie zasady właściwego zachowania nie były palącym priorytetem. Skrócenie o głowę, spalenie wsi, rabunek czy zawiśnięcie na szubienicy to i owszem, bez problemu, a nawet w obfitości. Ale savoir-vivre?

Utwór Brzechwy, jak wskazuje tytuł, w centrum przedstawianych wydarzeń umieszcza bliżej nieokreślonego władcę. Początkowo uzyskujemy informacje jedynie o jego zwyczajach żywieniowych – dowiadujemy się więc, że król „pijał mleko i jadał dużo kaszy”. Fakt, że zajada się fanatycznie takimi wartościowymi produktami oczywiście dobrze o nim świadczy, aczkolwiek we współczesnej dietetyce (szczególnie dziecięcej) mleko zdecydowanie odeszło od łask. Jest to o tyle niefortunne, że wiersz Brzechwy napisany został z intencją przekonania do jedzenia grymaśnego młokosa (tak: obawiam się, że płci męskiej)... Poeta nawiązuje tym samym do korzeni gatunku – przecież bajka to niedługi, rymowany, dydaktyczny utwór z morałem, o czym nagminnie zapomniała większość Polaków mówiąc np. „chodź, włączę ci bajkę w telewizji” albo określając mianem bajki wszystko, co się dzieciom czyta.

Król zatem rządzi sprawiedliwie żywiąc się nabiałem i produktami zbożowymi, a tymczasem dworzanom takie zachowanie (i jedzenie) nie w smak. Oni chcieliby spożywać posiłki, które tradycyjnie utożsamiamy z suto zastawionymi stołami uczt królewskich. Jakieś mięsiwo im się marzy, łosoś z rusztu a od biedy nawet knedle. Nic z tego. Pamiętajmy także, że kiedy Brzechwa pisał swój wiersz (pierwszy raz ukazał się w 1958 roku w zbiorze „Sto bajek”, w „Serii z wiewiórką” pierwsze wydanie to rok 1971) w kraju naszym półki sklepowe nie uginały się jak dzisiaj pod ciężarem towarów, a sztandarowym symbolem zaopatrzenia był ocet.

Dworzanie zatem narzekają a tymczasem dieta doskonale służy królowi, który wciąż „rośnie i mężnieje”, ale też jedzenie ma wpływ na jego usposobienie – dowiadujemy się, że nie był zawadiaką, nienawidził wojen i kierował się zasadą „co twoje, to nie moje”. Nie jedzący mięsa powinni go właściwie wciągnąć na sztandary, gdyż niesie właściwe przesłanie antymięsne: no meat, no war.


Bardziej dociekliwi mogliby zapytać co też taki władca robi w średniowieczu i przede wszystkim jak udało mu się tam przeżyć tam dłużej niż trzy miesiące? Brzechwa starał się z tej sytuacji wybrnąć pisząc, że „wróg trzymał się z daleka / Bo wroga król odstraszył” – nie precyzuje jednak w jaki sposób odstraszanie to wyglądało. Jeżeli wnioskować po rysunku Elżbiety Murawskiej (co ciekawe ilustracja okładkowa jest autorstwa Janusza Stannego a te wewnątrz Murawskiej, zresztą zdarzało się to w wiewiórczanej serii kilkakrotnie…) to mieliśmy do czynienia z klasycznym oblężeniem zamku... Wiersz kończy pytanie skierowane do małego czytelnika. Utwór jest oczywiście zrymowany po mistrzowsku i naprawdę przyjemnie się go czyta, samo przesłanie jednak budzi pewne wątpliwości, które przede wszystkim biorą się stąd, że „Bajka o królu” gorzej od innych wierszy Brzechwy zniosła próbę czasu…

Wiera Badalska w „Przepraszam, smoku” (pierwsze wydanie w 1978 roku) umieszcza akcję w miejscu, które spokojnie mogłoby być Krakowem, ale expressis verbis nazwa grodu Kraka nie pada. Być może ze stolicą Małopolski wiele legend, podań i baśni tak bardzo jest zrośniętych, że wprost nie sposób dołożyć kolejnej i to jeszcze posiłkującej się tradycyjnym dla okolic Wawelu zestawem elementów. Co bowiem tutaj mamy? Rzecz jasna króla (na rysunku Marii Uszackiej przypomina Kraka, którego znamy z innych popkulturowych przedstawień) i jego piękną córkę, dalej smoka i rycerzy, którzy próbują poczwarę unicestwić i wreszcie jednego rycerza, dla którego walka jest ostatecznością, a pierwsza broń to… grzeczność i kultura osobista. A z elementów topograficznych jest miasto na wzgórzu i grota. Zaiste autorce należą się słowa pochwały, że nie poszła po najmniejszej linii oporu i nie powstał jakiś sequel „Szewczyka Dratewki”...



A zatem żaden rycerz, rzecz jasna, ze smokiem sobie poradzić nie może (nagrodą jest królewska córka) i kiedy rozwiązania siłowe zawodzą, do akcji wkracza grzeczny rycerz. Bawi mnie ta historyjka, chociaż Kostek słucha jej z poważną miną. To był naprawdę dobry pomysł, żeby rycerz używał grzeczności jako oręża – szczególnie zabawny jest monolog, który kieruje do smoka.
A rycerz mówił dalej:
- Zwykle unikam bójek
ale się pan niestety,
okropnie zachowuje!

Niestety ogniem zionie,
niestety owce dusi,
więc w skórę pan, niestety,
ode mnie dostać musi!
Doceniam kunszt pisarski Jana Brzechwy, ale jego wiersz razi zbyt łopatologiczną dydaktyką. Tymczasem utwór Wiery Badalskiej dydaktykę skutecznie równoważy humorem. Dlatego w tym rycerskim turnieju, który tutaj dosyć niespodziewanie zorganizowałem, to właśnie „Przepraszam, smoku” odjedzie pośród wiwatów tłumnie zgromadzonych widzów, z laurem zwycięzcy na skroniach. „Bajka o królu” będzie się zaś musiała, dosłownie i w przenośni, obejść smakiem.

/BW/

sobota, 22 listopada 2014

Wielkie małe dzieło („Pan Tom buduje dom” Franciszka i Stefan Themersonowie)

Znacie „Lokomotywę” Juliana Tuwima? No pewnie, kto by tego nie znał! A ile lat ma ten wiersz? Innymi słowy: kiedy powstał? Przyznam się wam, że zawsze uważałem tę genialną rymowankę skamandryty za utwór doskonale zakorzeniony w dwudziestoleciu międzywojennym… Przecież to jest  wiersz na wskroś przedwojenny, co podkreślały jeszcze ilustracje Szancera! Tymczasem zaskoczenie – okazuje się, że Tuwim (ale także Brzechwa) jako autorzy dla dzieci debiutowali bardzo późno, dość powiedzieć, że „Lokomotywa” ukazała się po raz pierwszy w roku 1938! Zatem nie był to wiersz znany przedwojennym dzieciom i jego prawdziwa kariera zaczęła się dopiero po wojnie. Żeby jeszcze was trochę zaskoczyć powiem, że ilustracje w pierwszym wydaniu tego arcykolejowego wiersza wcale nie są autorstwa Marcina Szancera, ale warszawskiego, dwuosobowego zespołu graficznego Levitt-Him. Dlaczego o tym napisałem? Ponieważ sezon lat 1938/1939 był w polskiej literaturze dla dzieci naprawdę niesamowity – debiutował też Brzechwa! A jednym z autorów, który wydał w tym czasie ważną książkę był... a raczej było małżeństwo Franciszki i Stefana Themersonów. Napisałem w licznie pojedynczej, bo nie sposób wyobrazić ich sobie osobno. Franciszka zawsze ilustrowała książki napisane przez męża. Małżeństwo tworzyło dla dzieci, jak pisze Janusz Dunin, „dzieła związane z wielkomiejską codziennością, będące pochwałą pracy rodziców”. 

I właśnie w roku 1938, wtedy kiedy po raz pierwszy grubasy zaczęły jeść swoje słynne tłuste kiełbasy ukazała się książeczka małżeństwa Themersonów zatytułowana „Pan Tom buduje dom”. Kolejna dla dzieci (pierwsza była Historia Felka Strąka z 1931 roku – w tym czasie Themerson nie pisał jeszcze dla dorosłych). Małe wielkie dzieło. A na tle literatury dziecięcej tamtego czasu rzecz zupełnie przełomowa.

Wbrew tytułowi nie dotyczy ona wyłącznie budowania domu – to jest historia o fascynacji nowoczesnością (a więc miastem-masą-maszyną). Stawianie przez pana Toma Łebskiego domu jest okazją do przeglądu zdobyczy cywilizacji służących codziennemu życiu człowieka przed wojną. I od razu warto zaznaczyć, że nie są to wynalazki z dzisiejszej perspektywy śmieszne, przestarzałe, trącące myszką. Oczywiście to czy tamto od tamtego czasu udoskonalono, ale rudymenty nie zmieniły się nic a nic. A jak już to raczej na gorsze – wyobrażacie sobie np. żeby rzucać się dzisiaj z radości na szyję murarzowi, malarzowi czy ślusarzowi za to, że tak wspaniale spisali się z robocizną?

Główny bohater to przedwojenny everyman, w meloniku, płaszczu i z parasolem, reprezentujący niegdysiejszy szyk starszy pan tkwiący jeszcze w mentalności XIX-wiecznej, ze zdobyczami cywilizacji będący bardzo na bakier. I temu oto nieświadomemu obywatelowi II RP Themerson serwuje fascynującą podróż poprzez rozwiązania i wynalazki. Jego przewodnikiem jest początkowo architekt Hilary Kąt i to prawie takim przewodnikiem niczym Vergili dla Dantego. Pan Tom to rzeczywiście prawdziwa „tabula rasa”, którego sposób poznawania świata (mimo iż jest jak najbardziej dorosły, ma nawet syna Przemysia) jako żywo przypomina percepcję dziecka. Całość podzielona została na sześć ksiąg mieszczących kolejne „poznawcze” przygody naszego bohatera. Sporo się tutaj dzieje i Pan Tom bezustannie pozostaje w ruchu, wciąż biega a to przez kraje poznając różne rodzaje domów, a to próbuje dotrzeć na miejsce budowy, a to staje przed koniecznością dostarczenia do domu wody, prądu czy wreszcie uregulowania swojego czasu zgodnie z zegarem. Jest to wszystko i edukacyjne, i zabawne, i dynamiczne i po prostu świeże, bezpretensjonalne.

Kilka zdań o tym jak zawód archiekta został przedstawiony u Themersonów. Przede wszystkim człowieka projektującego dom określa się tutaj mianem architekta (Tom Łebski nazywa go budowniczym, ale jak pisałem wyżej ma on niewielkie pojęcie o współczesności). Trzeba zauważyć, że jest to okreśelnie stosowane zamiennie, zupełnie inaczej niż w opisywanym wcześniej na blogu „Domu” Wiery Badalskiej, gdzie słowo architekt nie pada w ogóle. Natomiast jeżeli chodzi o samą treść to bardzo dobrze zostały tutaj opisane fazy pracy architekta i specyfika jego zawodu. Zwróćmy uwagę – architekt w tej książeczce nie jest tylko artystą, nie jest także jedynie autorem projektu – on prowadzi projekt od koncepcji do zakończenia budowy. Pokazuje Panu Tomowi gotowy dom. Nie wiem czy w jakiejkolwiek innej polskiej książeczce dla dzieci tak dobrze pokazano czym zajmuje się architekt. I to w jak najbardziej dzisiejszym znaczeniu. Nie pokazano. Architekci pewnie docenią słowa jakimi Pan Tom dziękuje projektantowi swojego domu:
- Wszystko jest tak pięknie,
jak w pańskim projekcie!
I rzucił się mu na szyję.
I jeszcze o języku (na zasadzie, żeby było po malutkim kawałku o wszystkim). Warto o nim napisać, bo tekst jest naprawdę napisany nietypowo. Ta taka proza skłaniająca się ku wierszowi. Proza podzielona na zdania trzymające rytm nawet jak nie ma rymów. Proza, w której nagle pojawiają się rymowane fragmenty, autor chwilę bawi się w rymowanie a potem znów odchodzi ku prozie, wierszowi białemu. Jak zwał tak zwał. Na przykład, kiedy Tom Łebski zwiedza dach dostajemy krótką opowieść o lśniącej blasze na dachu leżącej. 
PAN DOM ZWIEDZA DACH
Na dachu leżała blacha;
w słońcu lśniła, świeciła.

Kiedy kominiarz po niej chodził,
wołała:
- Bez strachu!

A kiedy złodziej,
Bo i tak czasem bywa,
Skrzeczała:
- Złaź brachu!

Taka to była blacha.
Zgrzytliwa.
Zwróćcie uwagę, żeby tu się pojawiły rymy trzeba zmienić szyk pierwszego wersu. Czyli faktycznie rymu nie ma a jednak czytelnik go wyczuwa.
„Pan Tom buduje dom” to również jeden z tych utworów literatury dziecięcej, w którym dodatkowe smaczki odnajdą dorośli. Gdy się to czyta od razu widać, że powstało w czasach, kiedy pisał Przyboś, futuryści i kiedy skamandryci przemycali do swoich wierszy codzienność. Wyrazy dźwiękonaśladowcze, zabiegi edytorskie, zabawa w skojarzenia – tego jest tutaj mnóstwo, ten tekst się skrzy od tego! A niektóre fragmenty z powodzeniem można traktować jako osobne utwory np. ten o piecu kaflowym.

Oczywiście wszystkie podrzucone wyżej tropy można rozwijać, uszczegóławiać i upajać się nimi, jednak blog ten miał rozbudzać zainteresowanie  a nie prezentować kobylaste, quasi-akademickie teksty. Naprawdę nie mogę się tej książki nachwalić, bo poza wszystkim co powyżej ona się Kostkowi podoba, jego bawią przygody Toma, są takie fragmenty, z których się wręcz śmieje np. tego o kamienicach, które stoją tak ciasno, że zaraz któraś wrzaśnie…
Przyznaję - zawsze ubolewałem nad tym, że w polskiej literaturze przepadały wśród czytelników rzeczy bardziej odważne – w starciu Sienkiewicz-Gombrowicz czy Mickiewicz-Norwid zawsze ci pierwsi mogli liczyć na zdecydowany wśród odbiorców triumf. Dlatego ubolewam też nad tym, że „Lokomotywę” znają wszyscy, natomiast „Tomowi”, tej na wskroś nowoczesnej (w dzisiejszym znaczeniu!) książeczce dla dzieci przypięto łatkę „eksperymentu”, na którą polscy czytelnicy reagują co najmniej paniką. Oczywiście fakt, że Themersonowie osiedli po wojnie w Anglii z pewnością za bardzo się nie przysłużył krajowej recepcji ich twórczości – niemniej powinniśmy pamiętać, że mieliśmy naprawdę genialnych twórców literatury dziecięcej i to takich w skali ogólnoświatowej.

Książeczka „Pan Tom buduje dom” ukazała się zresztą kilka razy w Anglii (pod tytułem „Mr Rouse Builds his House” – Themerson pisał też po angielsku i francusku, więc z pewnością nie polegał na tłumaczach…) i raz w Niemczech. Słowa pochwały należą się też Wydawnictwu Bajki-Grajki Omedia, które wydało książeczkę naprawdę bardzo starannie i poprawiło poprzednie wydanie umieszczając na okładce nazwisko Franciszki Themerson.

Pan Tom buduje dom, Franciszka i Stefan Themersonowie, Bajki-Grajki Omedia 2014
 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Noc to nie wszystko („Gdy zapadnie noc” Tadeusz Kubiak, „Mój dom – moja ojczyzna” Hanna Januszewska)

Denerwuje was, że tak szybko robi się ciemno? Zatem może lepiej nie czytajcie tego wpisu. Będzie bowiem dotyczył ciemności. Może nie egipskich (bo polskich), ale zawsze ciemności. I może nie współczesnych, bo z lat 70. i 80., ale jednak. Ciemność to zawsze ciemność, jakkolwiek próbowano by ją propagandowo wykorzystać. A trochę próbowano, szczególnie w dwóch książeczkach, o których mam zamiar napisać: „Gdy zapadnie noc” Tadeusza Kubiaka i „Mój dom – moja ojczyzna” Hanny Januszewskiej.
 



W socjalizmie wartością największą była praca. Szczególnie zaś uwielbiana, ustawiana na piedestale i celebrowana była ciężka praca fizyczna. Pracowało się przeważnie w dzień. A nocą? Owszem też niektórzy pracowali, ale oprócz tego można było wtedy: czytać zakazane książki, pójść do klubu albo knajpy, zapić się w sztok, dyskutować w kłębach nikotynowego dymu, posłuchać amerykańskiej muzyki albo po prostu – leżeć w łóżku, patrzeć w sufit i myśleć. A takiego swobodnego myślenia to wtedy nie lubiano, oj nie lubiano... Dlatego noc nie do końca była dobra. A jak co jest nie do końca dobre, to trzeba tak to przedstawić, aby się okazało, że jednak dobre jest.


Od Kubiaka możemy się dowiedzieć, że gdy zapada noc - praca wcale się nie kończy. Wręcz przeciwnie – wre na całego! Nocą świat jest pracą wręcz wypełniony i nie może bez niej istnieć. Odbiorcą tego wiersza są wszystkie polskie dzieci (uosabiane rysunkiem śpiącego młokosa na stronie tytułowej i jednej ze stron wewnątrz), którym trzeba było wszak uświadomić, że nie mogą sobie tak po prostu, spokojnie spać, ale spać muszą ze świadomością, że ktoś nad ich snem, a także kolejnym nadchodzącym dniem, czuwa. Mamy zatem przedstawioną całą listę zawodów, przeważnie propagandowo wartościowych (ale też takich, których wykonywanie wiąże się z pewnym… romantyzmem) – milicjant, hutnik, inżynier, maszynista, lekarz, piekarz, strażak. Oczywiście większość zawodów wykonują na łamach tej książki mężczyźni – dla kobiet ostał się tylko zawód spikerki w radiu  i aptekarki. Przy dzisiejszym czytaniu jest to pierwszy, wyraźny minus. Ale przede wszystkim drażni tutaj ton pouczenia, przypomnienia na komunistyczny sposób znanej myśli z „Hamleta”: „Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś” i wreszcie wkurza konstatacja, że wszyscy ci ludzie nie pracują dla pieniędzy, ale wyłącznie dla sprawy, wspólnego dobra, w społeczeństwie naczyń połączonych, gdzie każdy musi stanowić naoliwiony trybik w maszynie, bowiem inaczej wszystko weźmie szlag.




Wymienione w książeczce profesje (z wyjątkiem milicjanta) do dzisiaj istnieją i do dzisiaj wykonuje się je także w nocy. Oczywiście znaczenie co poniektórych znacznie podupadło, ale i tak wydaje mi się, że właśnie ze względu na wartość historyczną można to jeszcze czytać. Mojemu synkowi bardzo się podoba ten zestaw. Gdy się zastanawiałem jakie zawody, powszechnie wykonywane w nocy, mogłyby zostać dzisiaj opisane w książeczce to przychodzą mi do głowy następujące (powszechne w wersji zarówno męskiej jak i żeńskiej): ochroniarz, nocny stróż, bramkarz w nocnym klubie, barman, kasjer, pracownik stacji benzynowej, taksówkarz, kierowca nocnego autobusu. Przyznacie, że hutnik przedstawiony na tle pieca niczym Dante w piekle jest bardziej atrakcyjnym bohaterem niż ochroniarz pilnujący całodobowego marketu? A dodatkowo za wszystkimi wymienionymi w wierszu Kubiaka pracownikami stało jeszcze przeświadczenie, że robią coś dobrego, ulepszają, naprawiają świat. Doprawdy trudno mieć podobne wrażenie w stosunku do wymienionych przeze mnie przykładów… Ilustracje Bogusława Orlińskiego są, zgodnie z konwencją książeczki czyli do bólu realistyczne. 


„Mój dom – moja ojczyzna” Januszewskiej już po samym tylko tytule chciałoby się wepchnąć na półkę z napisem „nachalna propaganda”. Tymczasem zaskoczenie – tekst tego wiersza, bardzo krótki i liryczny, sam w sobie nie stanowi wybitnie rażącego przykładu poetyckiej agitki. Książeczka ukazała się w roku 1981, nie podano miesiąca wydania, ale zakładam że jeszcze przed stanem wojennym. Po wprowadzeniu stanu jego wymowa byłaby chyba dużo bardziej jednoznaczna… Wiersz traktuje o bardzo somatycznym odczuwaniu ojczyzny, którą autorka z uwielbieniem personifikuje (jej tchnienie – nasze tchnienie, jej bicie serca – nasze bicie serca itd.). Prawie jak w erotyku… Bardzo agitacyjny wydźwięk mają za to ilustracje Hanny Krajnik, które w zasadzie prowadzą czytelnika za rękę i pokazują jak powinno wyglądać właściwe tego wiersza odczytanie. Znaleźć na nich można wszelkie atrybuty popkulturowej polskości tamtego okresu – goździki, maki, złote pola, wierzbę płaczącą. Akcja zaczyna się nocą i jest to przedstawienie nocy kojące, bezpieczne, uśpione. Na kolejnych ilustracjach oglądamy arcypolskie kadry skąpane w ciemności – domki wśród pól (ale i fabrykę), wierzbę przy zaoranych polach, kadr z Gdańska (z mewą), kadr z Górnego Śląska (zapchany przemysłem), jest Kolumna Zygmunta, Wawel ze smokiem. Przyglądamy się naszej ojczyźnie w wersji wyciszonej  i dowiadujemy, że jej serce bije razem z naszym, a jej sny są naszymi. To nawet dałoby się jeszcze jakoś znieść… 




Kiedy jednak nastaje dzień, Krajnik pokazuje nam obrazy rolnicze – z kombajnami, złotym zbożem, makami, wozami drabiniastymi. Wynika z tego, że rolnik był najpierwszym obywatelem PRL-u, a rolnictwo najbardziej predestynowanym zajęciem. Żeby nie było – lubię ilustracje Hanny Krajnik, ale w tej książeczce „na dziennych stronach” rzeczywiście wygląda to jak przeniesione z socrealistycznego plakatu. Ostatnie dwie strony ukazują dzieci biegnące po łąkach, którym autorka po wypiciu mleka karze wyczuwać pod stopami tchnienie ojczystej ziemi. No dobra, chciałem tego bronić, ale to jednak agitka.





A zatem kiedy dopadnie was jesienna melancholia, a do głów napłyną (jakby powiedzieli specjaliści od sprzedaży) „dedykowane” myśli i obrazy powinniście się cieszyć, że nikt nie próbuje rozjaśnić waszych czarnych imaginacji światłością pracy. Cieszmy się, że jest po prostu jesiennie ciemno i nikt nie ma prawa nam się do tego wcinać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...