sobota, 22 listopada 2014

Wielkie małe dzieło („Pan Tom buduje dom” Franciszka i Stefan Themersonowie)

Znacie „Lokomotywę” Juliana Tuwima? No pewnie, kto by tego nie znał! A ile lat ma ten wiersz? Innymi słowy: kiedy powstał? Przyznam się wam, że zawsze uważałem tę genialną rymowankę skamandryty za utwór doskonale zakorzeniony w dwudziestoleciu międzywojennym… Przecież to jest  wiersz na wskroś przedwojenny, co podkreślały jeszcze ilustracje Szancera! Tymczasem zaskoczenie – okazuje się, że Tuwim (ale także Brzechwa) jako autorzy dla dzieci debiutowali bardzo późno, dość powiedzieć, że „Lokomotywa” ukazała się po raz pierwszy w roku 1938! Zatem nie był to wiersz znany przedwojennym dzieciom i jego prawdziwa kariera zaczęła się dopiero po wojnie. Żeby jeszcze was trochę zaskoczyć powiem, że ilustracje w pierwszym wydaniu tego arcykolejowego wiersza wcale nie są autorstwa Marcina Szancera, ale warszawskiego, dwuosobowego zespołu graficznego Levitt-Him. Dlaczego o tym napisałem? Ponieważ sezon lat 1938/1939 był w polskiej literaturze dla dzieci naprawdę niesamowity – debiutował też Brzechwa! A jednym z autorów, który wydał w tym czasie ważną książkę był... a raczej było małżeństwo Franciszki i Stefana Themersonów. Napisałem w licznie pojedynczej, bo nie sposób wyobrazić ich sobie osobno. Franciszka zawsze ilustrowała książki napisane przez męża. Małżeństwo tworzyło dla dzieci, jak pisze Janusz Dunin, „dzieła związane z wielkomiejską codziennością, będące pochwałą pracy rodziców”. 

I właśnie w roku 1938, wtedy kiedy po raz pierwszy grubasy zaczęły jeść swoje słynne tłuste kiełbasy ukazała się książeczka małżeństwa Themersonów zatytułowana „Pan Tom buduje dom”. Kolejna dla dzieci (pierwsza była Historia Felka Strąka z 1931 roku – w tym czasie Themerson nie pisał jeszcze dla dorosłych). Małe wielkie dzieło. A na tle literatury dziecięcej tamtego czasu rzecz zupełnie przełomowa.

Wbrew tytułowi nie dotyczy ona wyłącznie budowania domu – to jest historia o fascynacji nowoczesnością (a więc miastem-masą-maszyną). Stawianie przez pana Toma Łebskiego domu jest okazją do przeglądu zdobyczy cywilizacji służących codziennemu życiu człowieka przed wojną. I od razu warto zaznaczyć, że nie są to wynalazki z dzisiejszej perspektywy śmieszne, przestarzałe, trącące myszką. Oczywiście to czy tamto od tamtego czasu udoskonalono, ale rudymenty nie zmieniły się nic a nic. A jak już to raczej na gorsze – wyobrażacie sobie np. żeby rzucać się dzisiaj z radości na szyję murarzowi, malarzowi czy ślusarzowi za to, że tak wspaniale spisali się z robocizną?

Główny bohater to przedwojenny everyman, w meloniku, płaszczu i z parasolem, reprezentujący niegdysiejszy szyk starszy pan tkwiący jeszcze w mentalności XIX-wiecznej, ze zdobyczami cywilizacji będący bardzo na bakier. I temu oto nieświadomemu obywatelowi II RP Themerson serwuje fascynującą podróż poprzez rozwiązania i wynalazki. Jego przewodnikiem jest początkowo architekt Hilary Kąt i to prawie takim przewodnikiem niczym Vergili dla Dantego. Pan Tom to rzeczywiście prawdziwa „tabula rasa”, którego sposób poznawania świata (mimo iż jest jak najbardziej dorosły, ma nawet syna Przemysia) jako żywo przypomina percepcję dziecka. Całość podzielona została na sześć ksiąg mieszczących kolejne „poznawcze” przygody naszego bohatera. Sporo się tutaj dzieje i Pan Tom bezustannie pozostaje w ruchu, wciąż biega a to przez kraje poznając różne rodzaje domów, a to próbuje dotrzeć na miejsce budowy, a to staje przed koniecznością dostarczenia do domu wody, prądu czy wreszcie uregulowania swojego czasu zgodnie z zegarem. Jest to wszystko i edukacyjne, i zabawne, i dynamiczne i po prostu świeże, bezpretensjonalne.

Kilka zdań o tym jak zawód archiekta został przedstawiony u Themersonów. Przede wszystkim człowieka projektującego dom określa się tutaj mianem architekta (Tom Łebski nazywa go budowniczym, ale jak pisałem wyżej ma on niewielkie pojęcie o współczesności). Trzeba zauważyć, że jest to okreśelnie stosowane zamiennie, zupełnie inaczej niż w opisywanym wcześniej na blogu „Domu” Wiery Badalskiej, gdzie słowo architekt nie pada w ogóle. Natomiast jeżeli chodzi o samą treść to bardzo dobrze zostały tutaj opisane fazy pracy architekta i specyfika jego zawodu. Zwróćmy uwagę – architekt w tej książeczce nie jest tylko artystą, nie jest także jedynie autorem projektu – on prowadzi projekt od koncepcji do zakończenia budowy. Pokazuje Panu Tomowi gotowy dom. Nie wiem czy w jakiejkolwiek innej polskiej książeczce dla dzieci tak dobrze pokazano czym zajmuje się architekt. I to w jak najbardziej dzisiejszym znaczeniu. Nie pokazano. Architekci pewnie docenią słowa jakimi Pan Tom dziękuje projektantowi swojego domu:
- Wszystko jest tak pięknie,
jak w pańskim projekcie!
I rzucił się mu na szyję.
I jeszcze o języku (na zasadzie, żeby było po malutkim kawałku o wszystkim). Warto o nim napisać, bo tekst jest naprawdę napisany nietypowo. Ta taka proza skłaniająca się ku wierszowi. Proza podzielona na zdania trzymające rytm nawet jak nie ma rymów. Proza, w której nagle pojawiają się rymowane fragmenty, autor chwilę bawi się w rymowanie a potem znów odchodzi ku prozie, wierszowi białemu. Jak zwał tak zwał. Na przykład, kiedy Tom Łebski zwiedza dach dostajemy krótką opowieść o lśniącej blasze na dachu leżącej. 
PAN DOM ZWIEDZA DACH
Na dachu leżała blacha;
w słońcu lśniła, świeciła.

Kiedy kominiarz po niej chodził,
wołała:
- Bez strachu!

A kiedy złodziej,
Bo i tak czasem bywa,
Skrzeczała:
- Złaź brachu!

Taka to była blacha.
Zgrzytliwa.
Zwróćcie uwagę, żeby tu się pojawiły rymy trzeba zmienić szyk pierwszego wersu. Czyli faktycznie rymu nie ma a jednak czytelnik go wyczuwa.
„Pan Tom buduje dom” to również jeden z tych utworów literatury dziecięcej, w którym dodatkowe smaczki odnajdą dorośli. Gdy się to czyta od razu widać, że powstało w czasach, kiedy pisał Przyboś, futuryści i kiedy skamandryci przemycali do swoich wierszy codzienność. Wyrazy dźwiękonaśladowcze, zabiegi edytorskie, zabawa w skojarzenia – tego jest tutaj mnóstwo, ten tekst się skrzy od tego! A niektóre fragmenty z powodzeniem można traktować jako osobne utwory np. ten o piecu kaflowym.

Oczywiście wszystkie podrzucone wyżej tropy można rozwijać, uszczegóławiać i upajać się nimi, jednak blog ten miał rozbudzać zainteresowanie  a nie prezentować kobylaste, quasi-akademickie teksty. Naprawdę nie mogę się tej książki nachwalić, bo poza wszystkim co powyżej ona się Kostkowi podoba, jego bawią przygody Toma, są takie fragmenty, z których się wręcz śmieje np. tego o kamienicach, które stoją tak ciasno, że zaraz któraś wrzaśnie…
Przyznaję - zawsze ubolewałem nad tym, że w polskiej literaturze przepadały wśród czytelników rzeczy bardziej odważne – w starciu Sienkiewicz-Gombrowicz czy Mickiewicz-Norwid zawsze ci pierwsi mogli liczyć na zdecydowany wśród odbiorców triumf. Dlatego ubolewam też nad tym, że „Lokomotywę” znają wszyscy, natomiast „Tomowi”, tej na wskroś nowoczesnej (w dzisiejszym znaczeniu!) książeczce dla dzieci przypięto łatkę „eksperymentu”, na którą polscy czytelnicy reagują co najmniej paniką. Oczywiście fakt, że Themersonowie osiedli po wojnie w Anglii z pewnością za bardzo się nie przysłużył krajowej recepcji ich twórczości – niemniej powinniśmy pamiętać, że mieliśmy naprawdę genialnych twórców literatury dziecięcej i to takich w skali ogólnoświatowej.

Książeczka „Pan Tom buduje dom” ukazała się zresztą kilka razy w Anglii (pod tytułem „Mr Rouse Builds his House” – Themerson pisał też po angielsku i francusku, więc z pewnością nie polegał na tłumaczach…) i raz w Niemczech. Słowa pochwały należą się też Wydawnictwu Bajki-Grajki Omedia, które wydało książeczkę naprawdę bardzo starannie i poprawiło poprzednie wydanie umieszczając na okładce nazwisko Franciszki Themerson.

Pan Tom buduje dom, Franciszka i Stefan Themersonowie, Bajki-Grajki Omedia 2014
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...