sobota, 26 grudnia 2015

Stary niedźwiedź mocno śpi? („Idziemy na niedźwiedzia” Michael Rosen)



Powiedzmy, że byłaby to taka historia:

Tato miał wolną sobotę. Mama poszła do pracy, bo trzeba było zamknąć ważny projekt. Wiadomo. Tato pomyślał sobie, że wreszcie odeśpi. Niestety nie dane mu było zbyt długo wylegiwać się bezczynnie, bo gdy tylko słońce zaświeciło, odwiedziła go w łóżku (a nawet pod kołdrą) czwórka jego dzieci. Jedno przyszło z pluszowym misiem. „Tato zrób nam śniadanie!” – prosiły dzieci. I wtedy tato pomyślał – może im coś opowiem? Wymyślę jakąś historię, w sam raz na sobotni poranek. Spojrzał na pluszowego misia i nagle przyszedł mu do głowy pomysł: może w tej opowieści pójdziemy poszukać niedźwiedzia?

Idziemy na niedźwiedzia
Złapiemy wielkiego niedźwiedzia
Jest taki piękny dzień
Nie boimy się


Kto by się tam bał pluszowego misia? Jednak słowa mają moc. Krępują ludzi i uwalniają. Mogą sprawić, że uniesiemy się w powietrzu, ale potrafią też napełnić brzuch kamieniami. W taki oto właśnie sposób, dzięki sprawczej mocy słów, tato z dziećmi znaleźli się w drodze. Podążają ku pierwszemu, (niewielkiemu jeszcze, ale zawsze) jądru ciemności.

Wierszyk – tak się zwyczajowo mówi na poezję dla dzieci. Wierszyk. I tutaj też mamy wierszyk. Jest zapisany na stronach czarno-białych. A na kolorowych mamy onomatopeje. To znaczy wyrazy dźwiękonaśladowcze. Wierszyk wyznacza rytm, jest refrenem, wprowadzeniem, budowaniem napięcia. A onomatopeje są działaniem, biegiem, człapaniem, deptaniem, otulaniem kołnierzem. Wstęp - działanie – wstęp – działanie itd. Cóż, niełatwo jest dzisiaj (szczególnie w mieście) przejść z dziećmi przez rzekę (czy nawet strumyk), przebiec po łące z wysoką trawą czy przemierzyć wielki las. Są to takie archetypy obcowania z naturą. Książka Rosena przypomina nam o nich. Przypomina, że nam ich brakuje.


A sam niedźwiedź rezyduje w grocie nad morzem, a widząc niespodziewanych gości zaczyna ich gonić. Chce ich zjeść czy się z nimi zaprzyjaźnić? Nie wiemy. Nigdy się nie dowiemy. Na końcu widzimy jak smutny odchodzi (na dwóch łapach) do swojej groty. Więc chyba nie miał złych zamiarów? W tej książce to jest właśnie najlepsze, że można wymyślić do niej wiele wyjaśnień, można dopowiedzieć wiele historii, a te, które już są - rozwinąć. W tej historii nigdy nie dowiemy się wszystkiego.

Ale oczywiście ten tekst to nie tylko fabuła. On ma swój rytm, jest stworzony do głośnego czytania, recytowania, naśladowania. Można się z nim wyprawić za miasto, w teren, na dwór albo na pole, zależy skąd się pochodzi i przetestować w naturze. Jak dla mnie bez problemu dołącza do klasyki, powinien zostać włączony w Polsce (bo nie-w-Polsce już dawno został) do przedszkolnych i domowych zabaw. Wydaje się także wręcz stworzony do pierwszych przygód z czytaniem. 


Ilustracje Helen Oxenbury, podobnie jak format książki, są duże, ale zdecydowanie proste, bez nagromadzenia szczegółów, a technika akwarelowa nadaje im poetycki sznyt. Te strony są tak rozległe, że zostało na nich jeszcze dużo miejsca dla czytelnika. Zupełnie jakby autorzy chcieli powiedzieć – dołączcie do nas, razem rozwiniemy tę historię. Ona może być taka jak chcecie.



środa, 23 grudnia 2015

Życzenia świąteczne:)

Radości, Miłości, Szczęścia i Natchnienia
z okazji Świąt Bożego Narodzenia

życzą
Kasia i Bartek
blog Co czytam Konstantemu i Matyldzie

i jeszcze stary obrazek Zdzisława Witwickiego z "Misia" dla przywołania klimatu...


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Marzenia o dorosłości („Gdybym był dorosły” Éva Janikovszky)

Ta książka swoje lata już ma. Dokładnie 50 lat. Na Węgrzech ukazała się w 1965 roku, a pierwsze, polskie wydanie w Naszej Księgarni to rok 1970. Kawał czasu, a zupełnie się nie zestarzała. I nadal jest wywrotowa.


Wydawałoby się, że czytanie jej dziecku jest trochę jak stąpanie po kruchym lodzie albo strzelanie we własne kolano, ale po raz kolejny przekonałem się, że literatura dla dzieci jest przede wszystkim literaturą dla dzieci. Przykładanie do niej dorosłych miar nie zawsze ma cel i uzasadnienie. Kostek słucha tego tekstu uważnie, jest wyraźnie rozbawiony, ale nie wywołuje u niego chęci naśladowania głównego bohatera. Raz tylko przerwał mi i powiedział: „Ja sprzątam zabawki!”. Jedno jest natomiast pewne – lektura „Gdybym był dorosły” przydaje się także rodzicom. Pozwala nam zobaczyć jak jesteśmy postrzegani przez dzieci. Pozwala tylko trochę i pewnie niedoskonale. Ale i tak warto.



Książeczka to zbiór krótkich, przeważnie jednozdaniowych, przemyśleń małego chłopca, który obserwując otaczający go świat, dochodzi do wniosku, że po pierwsze lepiej być dorosłym niż dzieckiem (bo dorosłemu wszystko wolno) a po drugie - o wiele ciekawiej (i bardziej opłacalnie) jest być niegrzecznym niż grzecznym. Z prób dziecięcego udowodnienia tych dwóch wniosków powstał tekst przewrotny i zabawny. Który to już przykład, że proste pomysły są najlepsze?

„Gdybym był dorosły” doskonale obnaża schemat łopatologicznego, utrwalonego przez wieloletnią tradycję, wychowania opartego na zakazach. Gdy się to czyta człowiek zastanawia się co chwilę ileż razy sam wpadł w taką pułapkę. To swego rodzaju katharsis dla każdego rodzica. Jednocześnie jest to wizja dorosłego świata opisana przez dziecko. Każdy z nas zapewne miał podobne marzenia w dzieciństwie. I nie ukrywam, że jest w tym tekście wiele dobrych sugestii. Sugestii jak dorośli powinni się niekiedy zachowywać.



W drugiej części książeczki okazuje się, że zorganizowanie świata dorosłych według pomysłu dziecka wcale nie jest takie proste. Dziecko-dorosły musi dostać wszystko trochę większe niż dzieci-dzieci, a głaskać bezdomne kotki trzeba jednak grzecznie i po kolei... Jednym słowem dorosłość nawet zainscenizowana przez dziecko w pewnym momencie upomina się o swoje prawa. Jest w tym zawarta pewna nieuchronność ludzkiego żywotu na tym świecie. No, ale miało nie być z perspektywy dorosłego...

Ilustracje László Rébera stylizowane na niewprawne dziecięce rysunki, mają przedwojenny klimat (a może nawet przed-przedwojenny czyli ten z czasów ck monarchii i wujaszka Franciszka Józefa). Panowie chodzą w melonikach a dzwoni się oczywiście do furtki w wysokim płocie otaczającym willę na przedmieściu. Prawie jak w prozie Gregora von Rezzoriego. Tak to były jeszcze te czasy, kiedy dorośli wychylali się z okna, kiedy słyszeli przejeżdżającą straż pożarną.

/BW/

niedziela, 6 grudnia 2015

Mikołajowy worek (Kartka z przeszłości nr 10)

Dziś Świętego Mikołaja i z tej okazji, w prezencie dla wszystkich Czytelników naszego bloga mikołajkowy wierszyk ze starego "Misia".

Napisała: Maria Terlikowska
Rysowała: Hanna Nowak



sobota, 28 listopada 2015

Miód na serce („Pszczoły” ilustracje: Piotr Socha, tekst: Wojciech Grajkowski)

- Trochę o pszczołach wiem - myślałem sobie trzymając w dłoniach pokaźnego formatu księgę, z gatunku tych, które trudno ustawić na półce. – Chyba całkiem sporo.

Księga ma tytuł „Pszczoły” (Wydawnictwo Dwie Siostry) i jest wspaniała, ale o tym za chwilę.

Zacząłem sobie przypominać. Powróciły wspomnienia zaklęte... no dobrze, niech będzie dla potrzeb tekstu – zaklęte niczym pszczoła w bursztynie.





1986 rok, lato. Bukówiec Górny, wieś w Wielkopolsce. Dawno temu, chociaż może wcale nie tak dawno? Razem z bratem z oddalenia obserwowaliśmy rytuały odprawiane przy ulach przez wujka Zygmunta, kuzyna naszej babci. Wujek Zygmunt był pszczelarzem totalnym. Mógł opowiadać o pszczołach, prawie tak samo dużo jak o powstaniu wielkopolskim. Przyznaję - zupełnie nas to wtedy nie interesowało. Bardziej fascynująca była ruchoma warstwa owadów na płytce wyciąganej z ula. Nie wiedzieliśmy wtedy, że takie pszczele rytuały odprawiane były od wieków. W nieco zmienionym kształcie co najmniej od czasów starożytnego Egiptu, a więc początków ludzkiej cywilizacji. Na pewno rozumieliśmy, że praca przy tych owadach uczy spokoju, pokory i cierpliwości. I nie – nie jestem pszczelarzem. Dobrze, że pszczoły są dzisiaj modne, bo to jest dobra moda. Ule projektują najlepsze pracownie architektoniczne. Chcecie zobaczyć? To zajrzyjcie choćby tutaj. Pszczoły trzeba ratować, bo to nasze kulturowe dziedzictwo. Książka Sochy wspaniale to udowadnia. 





A wracając do wujka Zygmunta to wiedział o pszczołach wszystko. Trochę szkoda, że przejrzenie tej książki nie może mu już sprawić radości – a myślę, że by sprawiło. Pamiętam te przyrządy, kapelusz z białą siatką, okurzacz, ule stojące pod gruszami. Pamiętam wirówkę ustawioną w piwnicy, gdzie wszystko pachniało miodem. Wywożenie uli do akacjowych lasów i w pole, gdzie rzędami stały owocowe drzewa. Jak mówili nie wychodź w południe na podwórze, bo pszczoły się roją, a wtedy łatwiej o ukąszenie. I pamiętam ten lejący, bursztynowy, akacjowy miód, nabierany łyżeczką ze słoika a potem spływający na kromkę chleba z masłem. Na dnie takiego słoika krył się smak i zapach lata.

- Trochę o pszczołach wiem – powtórzyłem raz jeszcze, po czym otworzyłem książkę.

I rzeczywiście trochę wiem. Ale niewiele.

Już dawno żadna książka z biblioteki dzieci nie sprawiła mi tyle frajdy. Frajdy z oglądania obrazków, ale też czytania. Lubię książki obrazkowe, ale z pewnością nie wywołują u mnie tyle emocji, co u moich dzieci. Zbyt mocno przywiązany jestem do tekstu, do słów. Zbyt dużo w życiu przeczytałem i zbyt wiele obrazów w mojej głowie po prostu się zdewaluowało. Inna sprawa, że słów też sporo.

„Pszczoły” podpisał Piotr Socha, co sugeruje, że ilustracje są w tym wydawnictwie „number one”. Rzeczywiście. Bez dwóch zdań. Socha wykonał (dosłownie i w przenośni) ogromną pracę. Pięknie wszystko poukładał i zakomponował. Tutaj nie ma nudnej strony. Nie ma stron dla oddechu, przerywników żadnych. To jest cholerny tajemniczy ogród! Dostaliśmy książkę, która jest w stanie rozświetlić nawet najbardziej mroczny listopadowy dzień.

Ilustracje nawiązują do rozkładówek niegdysiejszych encyklopedii (pamiętam taką niemiecką, medyczną, pisaną gotykiem, którą znaleźliśmy na strychu w latach 80. i wertowaliśmy w ścisłej tajemnicy). W dzieciństwie uwielbiałem przeglądać encyklopedie. Była w PRL-u taka „Encyklopedia dla dzieci” (pamiętacie?), ale i tak wolałem jednotomową PWN-u. Bardzo żałowałem zawsze, że schematy i zdjęcia nie są ciut większe. Podświadomie marzyłem wtedy o takiej książce jak „Pszczoły”. I dzisiaj, po wielu latach trzymam w dłoniach „encyklopedię doskonałą”. Trochę późno? A gdzie tam!





Piotra Sochę kojarzyłem do tej pory głównie z Dużego Formatu – i cóż... przeważnie nie robił tam zbyt pozytywnych w wymowie ilustracji, ale to zupełnie inny target. W „Pszczołach” tymczasem wykreował fascynujący, kolorowy świat, a zrobił to dowcipnie, z przymrużeniem oka, wiernie oddając szczegóły oraz kształty. Życzę mu, żeby dostał za tę książkę wiele nagród. Należą mu się.

Pomimo wspaniałego rozbuchania obrazów, wartość tekstu opracowanego przez doktora biologii Wojciecha Grajkowskiego nie została tutaj wcale zmarginalizowana. Oczywiście tekst także w tę encyklopedyczną stylistykę się wpisuje. Od razu jednak uspokajam, że jego składnia wcale nie jest encyklopedyczna! To są krótkie opowiadania, które bardzo dobrze się czyta i w których jest zatrzęsienie ciekawostek. Ale nie zdradzę ani jednej, żebyście sami po tę książkę sięgnęli. Nie jest może super tania, ale kupcie ją. Nawet zamiast kolejnego skandynawskiego kryminału.

Cóż, trudno napisać inaczej – ta książka to miód na moje serce. Ale nie martwcie się - na wasze też będzie.

/BW/



piątek, 20 listopada 2015

Wyprawa do krainy bananów („Ach, jak cudowna jest Panama” Janosch)


Literatura dla dzieci spod znaku „Małego księcia” i „Kubusia Puchatka”. Dzieje wyprawy Misia z Tygryskiem, w której każde wydarzenie, oprócz znaczenia podstawowego, ma jeszcze drugie, filozoficzne dno. Pisanie takich opowieści do łatwych nie należy, ponieważ granica pomiędzy Saint-Exuperym a Coelho bywa bardzo cienka. Łatwo ulec pokusie bycia najmądrzejszym na świecie, by w symbolicznym zaślepieniu usiłować nadać głębsze znaczenie każdemu elementowi fabuły. Janoschowi udało się uniknąć patosu i mentorskiego tonu przede wszystkim dlatego, że jego opowieść jest krótka. Dzięki temu stosunek liczby mądrości do wydarzeń podczas peregrynacji dwóch przyjaciół kształtuje się na odpowiednim, przyswajalnym dla czytelnika i nie wywołującym zgrzytania zębów, poziomie.

Ach, jak cudowna jest Panama, Janosch, Signum 1992 - pierwsze polskie wydanie książeczki
Miś i Tygrysek, mieszkańcy domku nad rzeczką za sprawą znalezionej skrzynki po bananach postanawiają wyruszyć do pachnącego żółtymi owocami kraju swoich marzeń – Panamy. Podczas pieszej wyprawy spotykają zwierzęta (Myszkę, Lisa, Krowę, Wronę), które udzielają im różnych rad lub rozmawiają z nimi. A kiedy wreszcie odnajdują upragnioną Panamę, okazuje się ona jednocześnie nieznana i oswojona. Gdyby utwór Janoscha ukazał się w PRL-u byłby hitem – komu wtedy lepsza rzeczywistość nie kojarzyła się z zapachem nieosiągalnych bananów? Niestety urodzony w Zabrzu pisarz znany był wówczas nad Wisłą jedynie jako autor „Cholonka” (1970, polskie wydanie 1974) sugestywnej powieści o życiu na Górnym Śląsku (konkretnie w zabrzańskiej dzielnicy Poremba).

 
„Ach, jak cudowna jest Panama” to w pewnym sensie bajka zwierzęca, ale próżno tutaj szukać charakterystycznych cech utworów La Fontaine’a czy Krasickiego, gdzie określone gatunki zwierząt symbolizowały w dydaktycznym uproszczeniu dobre lub złe cechy człowieka. Mam raczej wrażenie, że faunę janoschową cechuje skomplikowanie charakterów równe ludzkiemu. Lis jest samolubny i nieuprzejmy, ale kieruje nim pragnienie zjedzenia posiłku. Krowa doradza źle, ale wynika to z jej biernej wobec życia postawy, a nie ze złośliwości.


Ale to nie jedyny powód dla którego cenię tę historię. Ma też rzeczywiście mądre i przydatne prawie dla każdego przesłanie mówiące, że trudno jest docenić własne życie jeśli nie spojrzymy na nie z zewnątrz, innymi oczami, z odmiennej perspektywy. Trzeci powód jest taki, że to piękna opowieść o przyjaźni. Lubię też sposób (powód nr 4) w jaki Janosch wykorzystuje w swojej fabule przedmioty – często do nich wraca, nawiązuje do tych przedstawionych na ilustracjach (np. skrzynka po bananach staje się drogowskazem a potem przewróconym drogowskazem, równie istotne są parasol, czerwony garnek i drewniana kaczuszka, nie wspominając o butelkowej poczcie). Podręcznikowo pokazuje to, że nie trzeba rysować mnóstwa szczegółów, lecz wystarczy operować kilkoma i dodatkowo uwypuklać ich znaczenie w tekście, operować nimi. To prawie jak ze strzelbą Czechowa. Ułatwieniem dla Janoscha jest też zapewne fakt, że sam ilustruje własne książki – a więc powodem piątym byłyby ilustracje. 


I jeszcze na koniec: kilka słów o czasie w tej historii. Jak długo wędrują Miś i Tygrysek, że ich domek zdążył stracić dach i zarosnąć krzakami? Z przebiegu fabuły wynikałoby, że zaledwie kilka dni, tymczasem stan ich nadrzecznego obejścia wskazuje, że w rzeczywistości minęło już kilka lat. Do takiego naginania czasoprzestrzeni w baśniach jesteśmy już przyzwyczajeni (pewnie pamiętacie „Jasia i Małgosię” – spędzili u czarownicy góra kilka tygodni a po powrocie do domu okazało się, że macocha od dawna już nie żyje), inna sprawa że to utwór Janoscha trudno określić mianem baśni (już bliżej mu do powiastki filozoficznej). Dzieciom to zupełnie nie przeszkadza, bo inaczej odbierają czas. Czytelnikowi dorosłemu w mojej osobie, szczególnie po którymś tam czytaniu, zaczęło to trochę uwierać. Z pewnością nie jest to wina tłumaczenia Emilii Bieleckiej, współtwórczyni sztandarowego 2-tomowego wydania „Baśni Braci Grimm” (LSW 1986).

A zatem zanim zaczniecie czytać dziecku „Małego księcia” czy „Puchatka”, sięgnijcie po opowiadania o przygodach Misia i Tygryska (jest ich więcej – tom zbiorczy pt. „Panama” wydał Znak). Bo zakładam, że nie interesują was za bardzo pirackie skarby ukryte gdzieś w Morzu Śródziemnym?

/BW/

czwartek, 5 listopada 2015

Polski las w obrazkach („Rok w lesie” Emilia Dziubak)


„Szumi las ma czas” – pisał Jan Sztaudynger a przypomniało mi się jego „piórko” ponieważ  trzeba mieć także sporo czasu, aby w sposób satysfakcjonujący zaznajomić się z „Rokiem w lesie”, nową książką obrazkową autorstwa Emilii Dziubak wydaną w Naszej Księgarni.



Las to jak wiadomo wdzięczny temat dla dziecięcej literatury i prędzej policzyłbym wszystkie liście leżące właśnie na trawniku pod moim oknem niż wydawnictwa dla dzieci o tematyce leśnej. Wspaniały ten ekosystem przedstawiać można i przybliżać dzieciom na różne sposoby – Emilia Dziubak zaproponowała formę książki obrazkowej. I wypada tylko przyklasnąć takiej decyzji, ponieważ powstała rzecz ilustracyjnie doskonała, merytorycznie wartościowa i dodatkowo wydana na twardym papierze, który pozwala bezpiecznie dawać ją do przejrzenia nawet tym miłośnikom wydawnictw zwartych, którzy dopiero co zaczęli chodzić.




Przez ostatnie lata zdążyliśmy już zaznajomić się z takim sposobem prezentacji treści dla dzieci, trafiło na nasz rynek sporo zagranicznych picturebooków, wszyscy mniej więcej wiemy i rozumiemy w jaki sposób reagować na takie strony, wiemy, że polega to głównie na snuciu historii, szukaniu kontynuacji, dalszych ciągów, rozwiązań i niespodziewanych zmian. I przy tym wszystkim na nauce. A generalnie: na uważnej obserwacji. Tym bardziej cieszy fakt, że dostaliśmy picturebooka o polskim lesie (mam tylko wątpliwości czy szop pracz występuje w Polsce...), prezentującego żyjące w nim zwierzęta oraz rośliny. 

 W czasach PRL-u tego typu książek nie wydawano, ale pamiętam pewne elementy takiego stylu obecne np. w polskich komiksach. W księgach Tytusa, Romka i A’tomka o Dzikim Zachodzie (Tytus na tle Pif-Paf City) i muzycznej (scena na dyskotece). Kadr rozrastał się do całej strony, było mnóstwo szczegółów, które się w nieskończoność przeglądało („Przepraszam czy to kolejka do napadu na bank?”). Dlatego mogę sobie wyobrazić jaką dzieci mają z tego frajdę.





Na dwunastu rozkładówkach, z których każda przedstawia jeden miesiąc roku obserwujemy wycinek lasu i podglądamy jak zachowują się jego mieszkańcy. Dodatkowo na rozkładówce zerowej poznajemy wszystkich bohaterów, z których każdy opisany został w żołnierskich słowach, ale też z humorem. A na rozkładówce trzynastej mamy jeszcze bonusową zabawę w labirynt! Dziubak przedstawia zwierzęta wiernie, z pewnością jest zwolenniczką „biologicznej poprawności”, z drugiej strony jej fauna jest sympatyczna, kolorowa (ale nie przekolorowana – w ogóle kolory to w tej książce rzecz wspaniała) i po prostu ciesząca oko. Rozkładówki są oczywiście zatłoczone, ale inaczej w edukacyjnej książce obrazkowej być nie może. Każdy pewnie wybierze sobie ulubionego bohatera, a do wyboru są nie tylko zwierzęta, ale też takie postacie takie jak spłoszony fotograf czy szczęściarz znajdujący poroże łosia.

„Mieszka w nim echo i licho / A jednak tak tu cicho” – to też sztaudyngerowskie „piórko” i chociaż w lesie Dziubak zbyt cicho chyba nie jest, to w pokoju naszych dzieci i owszem. Przynajmniej na tych kilka chwil, kiedy przeglądają „Rok w lesie”.

PS. Dziękujemy wiernemu czytelnikowi bloga CCKiM, że Jan nie został Jerzym:)


/BW/

piątek, 30 października 2015

Gdzie jesteście, bociany? („Kalif bocian” Wilhelm Hauff, „Kto prowadzi?” Leo Timmers )


Jak to śpiewała pewna wokalistka: „Kochany, kochany lecą do Afryki jak dawniej bociany...”. No dobra, może i wcale tak nie śpiewała, ale nie zmienia to faktu, że już poleciały i pewnie doleciały. Ptaki słowiańskie, a jednocześnie zagraniczne. Swojaki chodzące po polu za chałupą Bohatyrowiczów i Boryny, ale też światowcy przelatujący nad statkiem wiozącym Juliusza Słowackiego i nad piramidami faraonów. Nasze i obce – przybywają kiedy Polska rozkwita, odlatują kiedy flaczeje, nasiąka wodą i chłodem. Przed laty bociany z „Misia” odlatywały za morze samolotami LOT-u, a dzisiejsze (jak ten z książeczki „Kto prowadzi” z Wydawnictwa Babaryba) zgodnie z modą na retro rozbijają się oldskulowymi jednopłatowcami. Życie i zwyczaje bocianów są literaturze dziecięcej znane doskonale choćby dzięki „Kajtkowym przygodom” Marii Kownackiej. Dobrze, ale gdzie w takim razie te charakterystyczne ptaki spędzają zimę? Oczywiście w ogrodach kalifa Kasyda. Odpowiedź znaleźliśmy ostatnio w baśni Wilhelma Hauffa zilustrowanej przez Olgę Siemaszko.

Kalif bocian, Wilhelm Hauff, il.Olga Siemaszko, MAW 1983
 
Odlot bocianów, napisał Tadeusz Kubiak, rysowała Barbara Mudryk
Kto prowadzi, tekst i rysunki Leo Timmers, Babaryba
 


Hauff był niemieckim poetą i prozaikiem epoki romantyzmu. Nie wiem czy żył szybko, ale umarł młodo, bo w wieku 25 lat. W swoim krótkim życiu zdążył skończyć studia, pracować jako nauczyciel domowy, ożenić się a także całkiem sporo napisać. Urodził się cztery lata po Adamie Mickiewiczu, w roku 1802 i te cztery lata dzielą także ukazanie się ważnych dzieł obu poetów – w 1822 roku Mickiewicz wydał „Ballady i romanse”, a w 1826 roku Hauff pokazał światu swoje „Baśnie” (wśród nich także „Kalifa bociana” czy w innych tłumaczeniach „Opowieść o kalifie bocianie”). Romantyzm chętnie inspirował się Orientem, żeby wymienić znienawidzonego przez uczniów szkół średnich „Giaura” Byrona – mamy na to wiele przykładów także na naszym podwórku. Co ciekawe całkiem sporo współczesnej twórczości dla dzieci także po motywy orientalne sięgało. W PRL-u dużo się ukazywało takich historii, z pobrzękującą w oddali inspiracją „Baśniami z tysiąca i jednej nocy”. 

„Kalif bocian” to opowieść o intrydze czarnoksiężnika Kasznura, który w sprytny sposób próbuje pozbyć się kalifa Kasyda z Bagdadu (i jego wiernego wezyra Manzara). Ale od razu uspokajam: nie jest to bynajmniej opowieść polityczna, dotycząca walki o władzę, ale baśń wykorzystująca (znany co najmniej od czasów Apulejusza) motyw przemiany człowieka w zwierzę. Tutaj główni bohaterowie zamieniają się (z własnej woli) w bociany. Po przemianie nie można się śmiać – nie można, bo wtedy zapomina się zaklęcia odczarowującego. I oczywiście kalif z wezyrem się śmieją. Skazani na wieczne życie w bocianiej postaci trafiają do opuszczonego zamczyska, gdzie spotykają sowę (będącą przemienioną księżniczką rzecz jasna). Tak się również wspaniale składa, że akurat w tym zamczysku lubi ucztować z innymi czarnoksiężnikami sprawca ich nieszczęścia Kasznur. Niewykluczone, że w czasie uczty może wygadać się jak brzmi zapomniane zaklęcie...


Niesłychane jak wiele udało się Hauffowi pomieścić w tej opowieści. Mamy wątek władzy, przyjaźni, przemiany, podróży i miłości. I przy tym wszystkim dostajemy naprawdę mądrą historię o tym, że nic tak nie pomaga być w życiu mądrym jak krótkotrwała chociaż zmiana perspektywy. Niejeden już król przebierał się za żebraka. Szkoda, że dzisiejsi władcy robią to tak rzadko (tak to jest zawoalowana refleksja powyborcza). Czyta się to dobrze, bo tłumaczenie Adama Galisa (co ciekawe ten zaangażowany komunista tłumaczył głównie literaturę radziecką) jest współczesne i fraza orientalnej baśni nie przesłania tłumaczowi celu głównego, którym jest zrozumiałość tekstu.

Ilustratorka książeczki wydanej przez MAW w1983 roku – Olga Siemaszko – wykonała też ilustracje do wydania Naszej Księgarni z 1958 roku zawierającego cztery baśnie Hauffa (tutaj można zobaczyć). Zatem stworzyła dwa razy w różnym czasie różne ilustracje do tej samej opowieści. Muszę przyznać, że te stare bardziej mi się podobały, były bardziej minimalistyczne. Chociaż i te z lat 80. mają swój niezaprzeczalny, orientalny urok.

Teraz pozostaje tylko czekać na ich powrót. Bocianów oczywiście.

poniedziałek, 26 października 2015

Pracowita jesień (Kartka z przeszłości nr 9)

Proszę Państwa Czytelników! W dzisiejszym odcinku "misiowego" cyklu prezentuję jesienny wiersz autorstwa Danuty Gellnerowej, który ukazał się w 19 numerze "Misia" z roku 1985. Rysował Zdzisław Witwicki. Brrrr.




czwartek, 22 października 2015

Memento mori dla dzieci? („Ignatek szuka przyjaciela” Paweł Pawlak)


Czy można napisać opowieść dla dzieci podszytą śmiercią, ale z pozytywnym przesłaniem? Cóż, z pewnością nie jest to zadanie łatwe, ale na naszym rodzimym gruncie prób takich bardzo brakuje. Tym bardziej ucieszyła mnie nowa propozycja Pawła Pawlaka pt. „Ignatek szuka przyjaciela”. Autorska książka znanego ilustratora ukazała się w Naszej Księgarni. To dobrze, że znalazła się pod skrzydłami tak dużego wydawcy, bo książki dla dzieci rzadko wywołują burzliwe dyskusje – a „Ignatek” ma na to szansę. 


 
Dostajemy tutaj niejako dwie historie: jedną wyrażoną tekstem a drugą ilustracjami. To może najpierw o tekście.

W tej książeczce słowo śmierć nie pada. W ogóle tekst jest krótki, podany co drugą, a nawet co czwartą czy nawet co szóstą stronę. To uniwersalna historia o przyjaźni z założenia niemożliwej. O porozumieniu ponad podziałami. Oto mały szkieletek Ignatek (swoją drogą: fajne imię dla szkieletka) nie posiada jednego zęba, co odbiera mu wiele urody i sprawia, że nie może nawiązać z nikim bliższych relacji. Pewnego dnia przypadkowo widzi jak bezimienna dziewczynka zakopuje swój ząb (jak wiadomo zakopanie zęba wiąże się z wypowiedzeniem życzenia) i prosi, żeby mu go sprezentowała. Dziewczynka początkowo nie chce (życzenie), ale widząc ignatkowe braki w uzębieniu decyduje się mleczaka oddać. W zamian prosi, aby szkieletek pomógł spełnić jej życzenie: znaleźć przyjaciela. I tyle. Tekst mówi o tym jak Ignatek i dziewczynka zostają przyjaciółmi.


Nie ulega wątpliwości, że wiele dodatkowych sensów „Ignatka” przedstawionych zostało na ilustracjach.  Pawlak pokazał tam (wspaniale!) dwa światy: słoneczny i kolorowy świat dziewczynki oraz mroczny i nasycony czernią świat Ignatka. Światy te zestawił, porównał i jednocześnie rozdzielił. Pewnie to zasługa takiego a nie innego głównego bohatera, ale to zestawianie sprawiło, że z kolejnych stron dociera do nas (czytających dorosłych) średniowieczne przypomnienie „memento mori”. Dzieci raczej tego nie dostrzegą, ale ja widzę obrazy prawie jak z „Boskiej komedii”, widzę sceny z średniowiecznej sztuki, „danse macabre” i inspirację modnym kiedyś także w Polsce turpizmem.



Cóż, nie ukrywam, że dla mnie rozdzielność tekst-ilustracje stanowi w tym przypadku problem. Chociaż może źle to nazwałem, nie tyle problem, co pewnego rodzaju rozczarowanie. O przyjaźni czytaliśmy już w dziecięcej literaturze wielokrotnie, natomiast jak wiadomo tematyki śmierci jest w niej (szczególnie w Polsce) jak na lekarstwo (po raz kolejny przypominam ważny post z bloga Maki w Giverny). I chciałoby się taką pozycję wreszcie dostać. Sęk w tym, że ta książka o śmierci expressis verbis nie mówi, nie pomaga wyjaśnić dziecku czym jest umieranie, co się później dzieje bądź nie i jakie wiążą się z tym emocje oraz uczucia. Ignatek jest po prostu (i tylko) literackim bohaterem, małym szkieletkiem, szkieletowym chłopcem, który jeździ zimą na łyżwach po Styksie a jego tato nosi złoto-aksamitną koronę na głowie. Dziewczynka mogłaby się równie dobrze przyjaźnić z jeleniem, kotem czy pajacykiem. Mieliby oni zapewne inne swoje światy, ale zupełnie nie zmieniłoby to tekstu książeczki.

Dla mojego 4-letniego Kostka cały świat, który został przedstawiony tutaj na ilustracjach tworzy zwartą całość, on nie za bardzo rozumie kto to jest szkieletek, nie potrafi stworzonych tutaj wizji niuansować, rozróżniać. Być może dopiero jak będzie starszy – dostrzeże coś więcej. Na razie jednak powiedzieć mogę, że z jednej strony bardzo mi się ta książeczka podoba (szczególnie w warstwie edytorsko-ilustracyjnej), czekałem na taką (nawet niekoniecznie musiała zostać wydana dwa tygodnie przed Halloween i Wszystkich Świętych), z drugiej chciałbym, żeby autor poszedł o krok dalej także fabularnie, znaczy się tekstowo. Trochę szkoda, bo było bardzo blisko.

PS Aha i jeszcze chciałem buńczucznie napisać, że według mnie kościotrupek to nie jest to samo co szkieletek.

wtorek, 20 października 2015

Udani przyjaciele („Pięciu nieudanych” Beatrice Alemagna)


To będzie krótki wpis, bo i książeczka „Pięciu nieudanych” napisana i zilustrowana przez Włoszkę Beatrice Alemagnę a wydana przez Dwie Siostry jest krótka. W porządku, może i krótka, ale bogata w treści do przemyśleń oraz – co warto odnotować na samym początku – przeznaczona dla młodszych dzieci, które jeszcze nie są na tyle wytrzymałe, aby zmierzyć się z sążnistą opowieścią. Moje się przy czytaniu nie nudzą.

Najbardziej cenię w tej historii, że sensu nie schowano jakoś głęboko, ale został ekshibicjonistycznie wręcz odsłonięty. Mnie takiej szczerości niekiedy brakuje w dziecięcych książeczkach, takiego czytelnego pokazania „co autor chciał powiedzieć”. Powtarzam - niekiedy.

W koślawym domu mieszka pięciu nieudanych, żaden z nich nie pasuje do schematu dzisiejszego świata i ciągle wszystko knocą. Ale nadchodzi moment zmiany, a raczej próby. Do ich nieudanego świata przybywa Idealny, który chce pięciu bohaterów zmienić, a kiedy dociera do niego, że zmiana jest niemożliwa skreśla ich i obraża. I wtedy dzieje się rzecz niezwykła – nieudani uświadamiają sobie, że wcale nie są nieudani, ale nietypowi. I w tym tkwi ich siła, są przez to wewnętrznie bogatsi, a na dodatek mają siebie. Są przyjaciółmi. 

Niby to wszystko już wiemy. Że media promują ludzi wyglądających, zarabiających i czujących się idealnie. Że dla dziwactw, niedoskonałości i kompleksów nie ma miejsca w mainstreamie – no chyba, że można na tym zarobić. Wreszcie, że ci idealni w szklanym okienku albo na fotografii w piśmie kolorowym nie zawsze mają idealne życia, bo życie nie polega na byciu idealnym. A już budowanie trwałych relacji w świecie polega na zupełnie czymś innym. I to w zasadzie także już wiemy. My, czyli kto? Dorośli. Ale czy wiedzą to dzieci? Czy potrafią się przebić przez te wszystkie lalki Barbie, tęczowe kucyki, equestria girl, chłopców obdarzonych mocami? I przez Idealnego z długimi różowymi włosami. Wydaje mi się, że wartością książeczki Alemagny jest to właśnie, że pokazuje kawałek prawdziwego życia. Sytuację, w której każdy się (wcześniej czy później) znajdzie. Kiedy będzie musiał wyartykułować przed światem swoje wnętrze.

Przedstawione wydarzenia dzieją się w przestrzeni na wskroś metaforycznej, w świecie pobocznym, podobnym do naszego, ale lekko zniekształconym. Natomiast kolażowe ilustracje w oliwkowej poświacie wprowadzają do tej historyjki spokój, złamany jedynie wściekłym różem Idealnego. Bo to proszę Państwa nie jest opowieść krzykliwa, ale taka spokojna, do przemyśleń. W której wszelka złość na świat ucieka przez dziury w brzuchu.

wtorek, 13 października 2015

Hipochondryczny wodny ciek ("Narzekania rzeki" Katarzyna Turaj-Kalińska)


Szkoda, że mało dzisiaj powstaje tak sprawnie napisanych wierszyków dla dzieci. Wierszyków, w których zabawa słowem nie powoduje zatracenia ogólnego sensu całego tekstu. A takie są właśnie „Narzekania rzeki” Katarzyny Turaj-Kalińskiej (Wydawnictwo Literatura), pisarki doświadczonej, nagradzanej i dla dzieci, niestety, pisującej rzadko.


Wiersz o rzece-hipochondryczce też zresztą zdobył nagrodę im. Juliana Tuwima. Z konkursami i nagrodami to jak wiadomo różnie bywa i nie wiem kto taki laur wierszowi „Rzeka” (taki miał pierwotny tytuł) przyznał, uważam jednak że akurat w tym wypadku patron nagrody jak najbardziej trafiony. Myślę, że poeta z Łodzi mógłby uznać Turaj-Kalińską za swoją uczennicę, która posiadła umiejętność operowania w podobny sposób dowcipem i rymem, nie zatracając przy tym lekkości. Pozornie wydaje się to proste a jednak to sztuka nie lada. Nie rwać długości wersu, nie rymować ze zdrobnieniami, imionami czy neologizmami. I nie wpadać w nielogiczności, aby zachować rym. Wiele takich wierszokleckich grzechów pojawia się w internetowej twórczości dla dzieci, ale są też niestety całkiem powszechne w wydanych książeczkach.


Tymczasem Turaj-Kalińska potrafi tych meandrów uniknąć. Z jednej strony z uśmiechem na ustach czyta się kolejne dwuwersy, które ciekawie prowadzą skojarzenia pojęć hydrologicznych z słownictwem medyczno-chorobowym (często potocznym), z drugiej odbiera się to jako zabawne przypomnienie, że żyjemy w kraju narzekaczy i domorosłych diagnostów chorób, których mógłby nam pozazdrościć sam Woody Allen z Nowego Jorku. Jednocześnie wiersz został napisany według kompozycyjnego pomysłu polegającego na prezentacji porządku pór roku - rzeka po kolei opisuje jakie nieprzyjemności spotkają ją wiosną, latem, jesienią i zimą. 

Jeżeli miałbym wskazać, co mi tutaj trochę zgrzytało to byłoby to zakończenie – bardzo poetyckie, z wszech miar metaforyczne, pasujące raczej do dorosłej twórczości poetyckiej. Nie myślcie, że to jest złe zakończenie – o nie! Po prostu wydaje się wzięte z innego tekstu i dla dzieci (szczególnie tych młodszych) może być trochę niezrozumiałe.

Nie przemawiają też do mnie ilustracje Joanny Zagner-Kołat. Być może nie jestem targetem dla takich rysunków (z jednej strony realistycznych, a z drugiej zdeformowanych w mało harmonijny dla mnie sposób) i oczyma wyobraźni widzę jakby zilustrował taki wiersz Stanisław Zamecznik, Henryk Tomaszewski albo Janusz Stanny. Bardziej powściągliwe ilustracje z pewnością lepiej podkreśliłyby niezaprzeczalną urodę tego wiersza. 

Chciałem zakończyć, tę recenzję stwierdzeniem, że "Na bezrybiu i rak ryba", ale to byłaby nieprawda. Ten wiersz to żaden tam rak - stuprocentowa ryba. Oczywiście rzeczna.

/BW/


sobota, 10 października 2015

Francja elegancja nie tylko dla warszawiaków („Jak bum cyk cyk. Powiedzonka warszawskie” Maria Mroux Bulikowska)


Tę książeczkę wydawnictwa Babaryba polecił mi Pan Czytacz (znając moje zamiłowanie do regionalizmów) abym poznała powiedzenia warszawiaków. Slang taki znam głównie z piosenek Szwagierkolaski, która od 1995 roku śpiewa utwory inspirowane twórczością Stanisława Grzesiuka, nie tylko u cioci na imieninach.

Z książeczki tej dowiedzieć się można kim jest „panienka z marymonckiej mąki”, „cwaniaczek z miodem w uszach”, czy co to znaczy „mieć fiksum dyrdum”. Dla niektórych może być zaskoczeniem, że używane przez nich na co dzień powiedzonka pochodzą właśnie z Warszawy. Taka na przykład "Francja elegancja" dawno już odkleiła się przecież od marymonckich podwórek i wypłynęła w szerokie krainy Rzeczypospolitej Polskiej.


Powiedzonka zebrała, objaśniła i zilustrowała Maria Mroux Bulikowska. Obrazki wiernie pokazują stołeczne miejsca - architekturę , place, ulice. Rozpoznawalny styl ilustratorki Mroux tworzą jednak przede wszystkim charakterystyczne postaci - ludzie o twarzach zwierząt. Bulikowska mieszka, pisze i ilustruje książki w stolicy. Jest rodowitą warszawianką. Zadebiutowała autorską „Małą książką o gwarze warszawskiej”.



Moje dzieci śledzą kolejne strony z zainteresowaniem i chociaż niektóre konteksty tych powiedzonek nie do końca znajdują moją akceptację jako mamy, to uważam, że dobrze, kiedy ze mną odkrywają regionalizmy i fakt, że nawet w ich mikroświecie są różne kultury. Nie zawsze trzeba marzyć o dalekich podróżach, bo i te bliskie mogą być fascynujące. Nawet jeżeli są to, tylko pozornie mało fascynujące, podróże po języku.

 
Ja chodzę na pole, moje dzieci chodzą na dwór. Nie sądzę, żeby jeszcze kiedyś zaczęły chodzić na pole, tak jak ja nie pójdę na dwór (chyba, że w gości), ale fajnie jakby rozumiały dokąd się wybieram. Ta książeczka (oczywiście z odpowiednim rodzicielskim komentarzem) jest w stanie pomóc im to zrozumieć.
A jak będę w Warszawie to z pewnością wybiorę się na Chłodną, wystrojona jak stróż w Boże Ciało i innych na ten spacer literacki również zapraszam.

/KS/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...