środa, 25 lutego 2015

Różnorodne abecadło („Kram z literami” Wanda Chotomska)

Czytałem ostatnio na kilku blogach recenzje książki Marii Ekier „Złotouste zero w zenicie”. Nie znam tej pozycji w całości, tyle co ujrzałem na zdjęciach dołączanych do recenzji (sporo można ujrzeć). Tekstowo jest to rodzaj abecedariusza - kolejnym literom poświęcone zostały limeryki (a w zasadzie to pierwsze wersy tych limeryków). Wydawnictwo otrzymało nagrodę polskiej sekcji IBBY, co dało dodatkowy powód do szerokich (i niezwykle zresztą ciekawych) rozważań czy to rzeczywiście jest dla dzieci, a jak nie dla dzieci do kogo i czy dzieci w ogóle chcą to czytać, słuchać czy oglądać (nagroda w kategorii Książka obrazkowa), czy może jest to skierowane do miłośników absurdu, a jeśli tak - to gdzie ten absurd i czy czasami nie lubią go bardziej dorośli niż dzieci, czy limeryk to odpowiedni gatunek liryczny dla najmłodszych i czy Maria Ekier jako poetka zbliża się do poziomu Szymborskiej, Michała Rusinka czy raczej uczestnika konkursu producenta orzeszków Felix itd. itp.

No dobra, powiecie: come on, ale dlaczego piszesz człowieku o książce, którą znasz wybiórczo i fizycznie nie widziałeś jej na oczy? Otóż w jednej z tych pochwalnych recenzji przeczytałem, że „Zero” uderza w sztampę obecnych na polskim rynku pozycji służących do nauki alfabetu. I cóż – z pewnością uderza (i to mocno) jak się ją zestawi z jakimiś olesiejukami, niemniej my z Kostkiem od bardzo już dawna czytamy książkę tekstowo wiele moim zdaniem lepszą, też nauce alfabetu służącą. Mówię o „Kramie z literami” Wandy Chotomskiej (fanfary, zdjęcie okładki, gratulacje).

Kram z literami, Wanda Chotomska, il. Maciej Buszewicz, Czytelnik 1987

A teraz płynnie (albo prawie płynnie) przejdziemy do wstępu właściwego.
Abecedariusz to rodzaj wiersza, który dawno temu nie był wcale przeznaczony dla dzieci (być może dlatego Maria Ekier nie mogła się do końca zdecydować…). Przykładowo taka XV-wieczna „Skarga umierającego”, same początki rozwoju polskiego języka literackiego, średniowieczny utwór. Wtedy nie było jeszcze palącej potrzeby nauczania dzieci alfabetu, bo o dzieci w ogóle niewiele wtedy dbano. Tekst został napisany dla dorosłych, aby żyjąc na ziemskim padole więcej oddawali Bogu (czytaj: kościołowi) i jak ktoś nie umiał czytać, ale potrafił wyklepać z pamięci alfabet to łatwiej mu było te strofy zapamiętać. A jak ktoś nie znał nawet alfabetu (co było wtedy dosyć powszechne) to powtarzając mógł się go nauczyć i jednocześnie przyswoić sobie zasady, dzięki którym los po śmierci będzie bardziej znośny. W tym anonimowym utworze kolejne zwrotki rozpoczynały się od następujących po sobie liter alfabetu. Dwie chociaż przytoczę - to jest tak pięknie napisane: 

A
Ach! Mój smętku, ma żałości!
Nie mogę się dowiedzieci,
Gdzie mam pirwy nocleg mieci,
Gdy dusza s ciała wyleci.

B
Byłżem s młodości w roskoszy,
Nie usłałem swojej duszy,
Już stękam, już mi umrzeci,
Dusza nie wie, gdzie się dzieci.
Prawda, że ładne? To robimy teraz czasowego susa ponad 500 lat do przodu i lądujemy w roku 1987, kiedy ukazuje się (w „Czytelniku”!) „Kram z literami” Chotomskiej. Książka dla dzieci – bo teraz to dzieci są najważniejsze. Kwadratowy format, ilustracje Macieja Buszewicza z lekka komiksowe czy jak kto woli popartowe, z dodatkiem żywych faktur, deseni i rastrów. Chociaż rollingstoneowskie usta z wywalonym jęzorem albo naturalizowany Kaczor Donald jawią mi się nieco tandetnie (kto wie? może w tamtym czasie wydawało się to atrakcyjnym nawiązaniem do popkultury?...). Ale już same litery (które tworzyć i eksponować w tekście Buszewicz potrafi genialnie), te na całe strony, nawiązujące wyglądem do tekstów, rozpoczynające każdy wiersz zostały przedstawione bardzo ciekawe, kolorowo, pomysłowo, z barokową fantazją. Podoba mi się to liternictwo. Bardziej jednak podobają mi się (nam się) wiersze. Ich główna zaleta to różnorodność. 



Chotomska nie stawia na jedno metrum, nie powiela schematu, gatunku, pomysłu. Każdy z tekstów jest inny – wiadomo kram to miejsce, gdzie sprzedaje się różności. Oczywiście mamy swoje ulubione litery (pierwszą literą, którą klepaliśmy na okrągło było T: „T przez cały tydzień tkwi w telewizorze i wyjść z niego nie może”). Chylę jednak czoła przed całościowym pomysłem autorki na tę książkę – zawarte w niej teksty z ciekawością czyta się po wielokroć. A to jest dla mnie wyznacznik udanego wiersza dla dzieci, że chce się go przeczytać lub wysłuchać ponownie. I tutaj tak właśnie jest.



Nawiązując jeszcze do Ekier: po limeryku wiadomo czego się można spodziewać. Są tam określone rymy, określone długości wersów, pewien schemat fabularny – i tylko za każdym razem można przekonywać się czy komuś udało się lepiej czy gorzej w ten format wpakować. Czy ktoś bardziej jest elokwentny, wyrafinowany, zręczny. Ale już czytanie limeryków jednego po drugim to dla mnie czynność monotonna i nużąca. W małych ilościach – owszem. Ale czytając dużo, szybko można się nasycić. To trochę jak z lekturą przysłów albo złotych myśli, w przesadnych ilościach zwykle okazują się mało strawne. Stąd moje przekonanie o wyższości tekstowej „Kramu z literami” nad „Złotoustym zerem w zenicie”(tytuł karkołomny, szczególnie w odmianie).




„Kram z literami” otwiera żartobliwy wierszyk, w którym autorka wyjaśnia dlaczego zabrała się za pisanie wierszy o literach. A potem się zaczyna: A nawiązuje do psiej budy, B do brzucha i jedzenia, C do cyrku, D do pytania „dlaczego?” a E do egzotycznych wyrazów rozpoczynających się na tę literę itd. Mały czytelnik dowiaduje się wielu ciekawych rzeczy, poznaje trudne słowa. Książka naprawdę dobrze łączy walory edukacyjne z prawdziwą radochą czytania. Wielokrotnie czytałem Kostkowi wszystkie wiersze, od pierwszego do ostatniego, ale najczęściej wybieram po kilka, na początku patrzymy na literę i dopiero czytamy. O na przykład: 
Mówił mi jeden zecer,
że M wyprawia hece -
nagle na głowie wtedy staje
i W wtedy udaje.

No, a czytelnik czyta zdumiony,
że bardzo smaczne są welony,
że wanna to jest taka kasza,
że salon wody nas zaprasza.
Gdzie była mata, tam jest wata,
wodny garnitur nosi tata,
no, a mąż stanu, proszę panów,
staje się nagle wężem stanu.
I jeszcze mówił mi ten zecer,
a ja mu bez zastrzeżeń wierzę,
że jak M stanęło kiedyś na głowie
w Krakowie –
to zamieniło Mariacką Wieżę
w Wariacką Wieżę!
Nikogo kto orientuje się choć trochę w polskiej powojennej twórczości dla dzieci nie trzeba chyba przekonywać, że Chotomska pisać dla dzieci potrafi, a książki o abecadle pisała już przed 1987. Nie twierdzę też, że Maria Ekier pisze słabe limeryki. Po prostu świadomie wybieram różnorodność. Od A do Z. 

/BW/

sobota, 14 lutego 2015

Kreatywność dla początkujących i zaawansowanych („Nasza mama czarodziejka” Joanna Papuzińska)

Palce zaczęły mi się pocić, a myśli w głowie zakłębiły niczym broda Posejdona, kiedy usiadłem przed ekranem laptopa, aby skreślić słów kilka o tej książeczce. Poczułem się jak ten zagubiony literaturoznawca, który chce coś nowego i świeżego napisać o „Panu Tadeuszu”. Bo przecież zawsze można coś odnaleźć, inaczej dzieło potraktować, zaproponować nowe interpretacyjne tropy – a jednak ta świadomość, ten ciężar, że przed tobą dziesiątki (jeśli nie setki) osób, z których niektórzy mają nawet swoje ulice (albo notki w leksykonach na dwie kolumny), utwór ten oglądało pod kątami wszelakimi, tak te trzynastozgłoskowe wersy przenicowało, przeliczyło i przerecytowało, ta świadomość cóż... nie pomaga.
Nasza mama czarodziejka, Joanna Papuzińska, il. Janina Krzemińska, NK 1982

Nie inaczej z tymi opowiadaniami Joanny Papuzińskiej zebranymi w książce „Nasza mama czarodziejka” (1968), której bibliografia nie jest z pewnością tak obfita jak w przypadku epopei o ostatnim zajeździe na Litwie, niemniej co z bibliografią nie zapisaną? Tą, która tylko w głowach i przychylnej pamięci czytelników została pomieszczona? I w tym przypadku jest to, zapewniam was, bibliografia olbrzymia, z którą niekiedy trudno nawet dyskutować. Kogokolwiek zapytałem o tę książkę każdy ją czytał, słuchał jej lub tak czy inaczej znał. A ilustracje Krzemińskiej to wręcz kanon – dinozaur na pace, cerowanie wielkoluda czy łapanie chmurki w sieć rybacką... czuję się jakbym widział je wyryte na ścianach egipskich piramid. W rezultacie miałem tutaj opisać tylko pierwsze lekturowe wrażenia, a zacząłem grzebać, czytać, oglądać zdjęcia, analizować. I trochę popłynąłem. Ale tylko trochę.



Podczas pisania „Czarodziejki” Joanna Papuzińska była niespełna trzydziestoletnią doktorantką na Wydziale Psychologii i Pedagogiki UW, która od czterech lat intensywnie działała na polu twórczości dla dzieci (współpracowała z Polskim Radiem, publikowała opowiadania i wiersze m.in. w „Świerszczyku”), chociaż jej dorobek pisarski był jeszcze dosyć skromny. Oprócz tego oczywiście publikowała naukowe artykuły i recenzje dotyczące literatury dla dzieci i młodzieży. Doktorat obroniła w 1969 roku („Czasopisma dziecięce jako społeczny instrument wychowania”), a habilitację w 1981 (praca pt. „Inicjacje literackie” ukazała się w formie książkowej i w zasadzie dla wszystkich, którzy się zajmują literaturą dziecięcą jest to do dzisiaj pozycja obowiązkowa). A zatem mamy do czynienia nie tylko z utalentowaną pisarką, ale też naukowcem świadomym mechanizmów kształtowania tekstu dla młodego odbiorcy i odbioru tekstów przez dzieci. Wydaje mi się, że połączenie obu tych rodzajów działalności jest naprawdę bardzo trudne i niewielu osobom się taka sztuka udała. Papuzińska jest na tej short liście.


Zostawmy jednak biografię i dywagacje, a otwórzmy wreszcie książeczkę. Co przede wszystkim zwróciło moją uwagę? Rozmiar tekstów. Te opowiadania są naprawdę krótkie, a opowiedzieć interesującą historię w krótkim opowiadaniu to jest sztuka nad sztukami. Autorka ma na to sposób prosty i konsekwentny - kilka zdecydowanych pociągnięć piórem opartych na jednym pomyśle mocnym jak uderzenie huraganu Katrina. Przecież każdą z tych historii z powodzeniem dałoby się przekształcić w dłuższą książkę! Wystarczyłoby dodać kilku bohaterów, rozciągnąć perspektywę czasową, rozrzucić tu i ówdzie kilka opisów, namnożyć dialogów i co, nie dałoby się? Ano dało. Ale Papuzińśka nie idzie tą drogą. To są teksty pisane zgodnie z zasadą: minimum słów. Mniej już się chyba nie da.

Opowiadaczem jest chłopiec, syn tytułowej mamy, który ma jeszcze dwóch braci starszego i młodszego i tatę, którego rola jest w tej książeczce nawet nie drugoplanowa, co epizodyczna. Chłopiec mieszka w domku z ogródkiem, a domek stoi w małym miasteczku, takim w którym jest jeden park, malutki ryneczek i górująca nad wszystkim stara, drewniana dzwonnica. Mimo iż chłopiec, którego imienia nie znamy, opowiada to rolę najważniejszą spełnia w tych tekstach mama. To ona jest centrum tego wszechświata i dodatkowo jeszcze ten wszechświat ożywia.


W każdym opowiadaniu znajdujemy jeden główny, tytułowy element przywołujący aurę niesamowitości (potwór a raczej dinozaur, księżyc, wielkolud) albo pokazanej niesamowicie normalności (samochód, poduszki, dzwonnica). Te elementy wkraczają w życie rodziny z prowincjonalnego miasteczka zupełnie naturalnie i każdy z nich domaga się pomocy bądź przekształcenia. Oczywiście za każdym razem jest to zadanie mamy. Dzieci owszem pytają, ale ostatecznie inicjatywę podejmuje ona, zawsze znajdując błyskawicznie właściwe rozwiązanie – najzwyklejsze na świecie, a jednak magiczne.


Jak dla mnie najbardziej wartościowa jest w tej książce zachęta do szukania nietypowych rozwiązań przy użyciu dostępnych każdemu narzędzi. Rozwiązania stosowane przez mamę na pierwszy rzut oka wydają się absurdalne, a jednak działają. Nie potrzeba wcale laserowych mieczy, statków kosmicznych, watahy smoków czy maga z rozświetlonym kosturem. Papuzińska uczy kreatywności, w działaniu i w myśleniu. Dlatego zapewne można jej historyjki podciągnąć też pod definicję bajki terapeutycznej. Myślę, że książeczkę Papuzińskiej powinny czytać nie tylko dzieci, ale np. wszelacy spece do reklamy i copywritingu, którzy cierpią na zanik pomysłów, którzy w coraz bardziej wydumane uderzają tony i zaczynają połykać własny ogon. I wszyscy inni, którym brakuje pomysłów. I jeszcze ci, którzy zapomnieli co znaczy prostota.


Oczywiście mnie osobiście nieco razi ukazany w tych historyjkach obraz rodziny. Matka skupiona tylko na wychowywaniu dzieci i pracach domowych a ojciec to pozostający na uboczu zarabiający realista-nudziarz. Schemat nad schematami i tylko schemat. Znany jak polska literatura dla dzieci szeroka – choćby z wcześniejszego o lat siedem „Zajączka z rozbitego lusterka” Bechlerowej. Zresztą zwerbalizowane dowody występowania tego schematu zapełniłyby po brzegi niejeden foliał. Zapewne dzisiaj autorka nie rozdzieliłaby ról tak jednoznacznie, chociaż z drugiej strony obraz „mamy czarodziejki” tak jest zrośnięty z fabułą i tym schematem, tak z nich wynika i jednocześnie na nie wypływa, że doprawdy trudno sobie wyobrazić kształt tej książki po jakichś genderowych przetasowaniach. Więc z jednej strony mam wątpliwości, a z drugiej sam je przed sobą obalam. Przecież wszyscy wiemy z jaką łatwością czarna deszczowa chmura może zmienić się w białego baranka zwiastującego pogodę. Wystarczy trochę proszku do prania i balia.

/BW/

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...