wtorek, 31 marca 2015

Kolektywnie na ratunek! („Nie płacz Koziołku” Sergiusz Michałkow)

Był sobie raz uparty Koziołek, który wbrew ostrzeżeniom mamy poszedł na spacer i dopadła go burza na środku łąki. Kiedy odpłynęły czarne chmury okazało się, że stoi na wysepce, dookoła rozciąga się woda a na niego mają chrapkę zbóje-wilcy. Koziołkowi nie pomaga znajoma świnka sąsiadka (przepływa obok łódką), także będąca zwierzęciem hodowlanym a więc ziomkiem, rodakiem (z takim to podobnie jak z rodziną, najlepiej się na zdjęciu wychodzi...). Na szczęście okazuje się, że w lesie jest sporo dzikiej zwierzyny, która bardziej przejmuje się losem Koziołka, chociaż przecież o wiele bliższe sercu winno jej być prawo, że wygrywa silniejszy. A jednak – ptaki, pospołu z bobrami i zającami budują tratwę, ratują głupiutkiego Koziołka i dają wilkom bolesną nauczkę. Całość kończy uroczysty obiad, obity tyłek Koziołka i wyproszenie z biesiady wrednej świnki. Dzikie zwierzęta ratują zwierzę hodowlane przed innymi dzikimi zwierzętami - tak wygląda fabuła „Nie płacz koziołku” (1962) Sergieja Michałkowa.



Ze zdziwieniem zauważyłem, że czytając ostatnimi czasy Kostkowi tę rosyjską prózkę dla dzieci, która kiedyś była szkolną lekturą (a może nadal jest), zaczynam myśleć o dzisiejszej sytuacji w Rosji. Patrzę na historię odciętego od świata Koziołka i złych, żarłocznych wilków przez pryzmat podsycanego przez media zagrożenia wojną. Wszak Sergiusz Michałkow to ojciec Nikity Michałkowa, niegdyś wybitnego (chyba lepiej: bardzo dobrego) reżysera, który zrobił „Niedokończony utwór na pianolę” i nagrodzonych Oscarem „Spalonych słońcem” i który od kilku ładnych lat robi niemożebne wręcz chały i jest uznawany za jednego z najbardziej proputinowskich ludzi kultury w dzisiejszej Rosji. Ostatni jego film, podobno nieoglądalny, dzieje się zresztą na Krymie.

A pomijając nawet ten dzisiejszy kontekst i fakt, że Sergiej Michałkow był hołubiony zarówno przez Związek Radziecki jak i Rosję putinowską nie da się jednak zapomnieć o tym, kiedy ta książeczka została napisana. A działo się to w czasach, gdy wszyscy pisarze w ZSRR, nawet autorzy książek dla dzieci, dążyli przede wszystkim do ukształtowania „człowieka radzieckiego”. Dlatego jak pisze Anna Wrońska: „Wiodącą funkcją oficjalnej literatury radzieckiej był dydaktyzm, oparty na pouczeniach, nakazach, zakazach i przedstawianiu wzorów do naśladowania”. Zresztą pisze ciekawie i dużo więcej, właśnie o autorze „Nie płacz Koziołku”, warto poczytać tutaj. 



Wróćmy do samego tekstu, który, trzeba przyznać, nie jest, na tle innych dokonań Michałkowa seniora, w jaskrawy sposób propagandowy. I pewnie dlatego to właśnie on, jako jedyny, ocalał w świadomości dzisiejszych polskich dzieci – fakt, że tłukli go w dużych nakładach na pewno też trochę pomógł;) Swoją drogą – ciekawe czy Nasza Księgarnia opublikuje Koziołka w którymś ze zbiorczych tomów „Moich książeczek”, które właśnie zaczyna wydawać...

A wracając do historii. Z jednej strony wydaje mi się całkiem krzepiąca, bo Koziołek w sytuacji ze wszech miar podbramkowej otrzymuje pomoc ze strony, z której raczej się jej nie spodziewał. I w ogóle jest to taka podręcznikowa, bezinteresowna pomoc – zwierzęta mówią, że muszą go ratować i nie ma żadnych wątpliwości, nie ma żadnych wichrzycieli, marud czy pesymistów. Robią, co do nich należy – budują, dowodzą, zdobywają jedzenie.

Z drugiej strony nie podoba mi się sposób w jaki ptaki rozprawiają się z wilkami. Może i zasłużyły na nauczkę, ale przecież podążały tylko za głosem instynktu (pozostałe zwierzęta mają instynkt gdzieś). Tymczasem latające hufce naprawdę brutalnie się z wilkami rozprawiają (np. zrzucając kamienie). Wydaje mi się, że rozwiązanie siłowe nie jest najlepszym sposobem na zażegnanie konfliktu, niemniej jest na pewno sposobem bliskim rosyjskim standardom, które znamy z historii i telewizyjnych wiadomości. Jednak czy warto to prezentować dzieciom?





Wilki zostały przedstawione u Michałkowa w bardzo złym świetle, brak im też autoironicznego rysu, który miał chociażby wilk w Czerwonym Kapturku. To stwory krwiożercze, czyhające na niewinną, bezbronną istotę, ale też wyrachowane. Przecież na Koziołka czają się wilk z wilczycą, ale już na misję schwytania zwierzęcia zostają wysłane trzy młode wilki łobuzy. No tak – jedni, tam na górze, podejmują decyzje i czerpią profity, ale potem na pole walki wypychane jest nieświadome niczego mięso armatnie. Chociaż to akurat sposób znany z wielu armii, ale fakt: Armia Czerwona stosowała go aż nazbyt często i chętnie. Wreszcie rękoczynów dopuszcza się stary kozioł, który sprawia synkowi lanie. Dzisiaj powszechnie już wiadomo, że to raczej świadectwo słabości rodzica niż jego absolutnej władzy. No, ale miało być pewnie dydaktycznie i bez sentymentów. Co z tego wszystkiego pozostaje? Przyjaźń? Pozornie tak, ale przecież jak wiadomo nie sposób się zaprzyjaźnić z całym tłumem. To kolejna charakterystyczna cecha radzieckiej literatury, gdzie ponad jednostkę stawiano kolektyw, wspólnotę. Przez wspólnotę można być albo wchłoniętym (Koziołek), albo odsuniętym (świnka). Innej drogi tutaj nie ma.

W taki oto sposób miałem pisać o książeczce dla dzieci a wyszedł mi tekst antywojenny. A co tam: make love, not war. A ilustracje Antoniego Boratyńskiego są cudne.

/BW/



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...