sobota, 1 sierpnia 2015

Książki nad morzem („Wesoła gromadka” Bohdan Butenko)

A zatem znowu przyjechaliśmy nad Bałtyk! Podczas pobytu obejrzeliśmy dosyć dokładnie miasto Ustka i jego okolicę. Podobało nam się! Nie chcę szczegółowo wymieniać przebiegu naszego wyjazdu, ale na pewno warte polecenia jest Muzeum Kultury Ludowej Pomorza w Swołowie – ciekawe, multimedialne wystawy zaaranżowane w przestrzeni prawdziwej wsi (zwiedzamy dom szachulcowy a za płotem wciąż mieszkają ludzie, jest nawet warsztat samochodowy w jednej z zagród), przestrzeń i zajęcia dla dzieci (akurat były w lipcu, ale tylko w niedziele) i smaczne jedzenie w Gospodzie pod Wesołym Pomorzaninem (polecamy naleśniki ze szparagami!!!).

Roboty na usteckiej plaży trwają (podobnie jak wakacje)...

Zagroda w Swołowie

Kolekcja dzwonków rowerowych w Swołowie
Okazuje się jednak, że dary natury czy dawnej kultury większości wczasowiczów nie wystarczają. Pod tym kątem nic się nie zmieniło od ostatniej nadmorskiej bytności, a nawet widoczna stała się eskalacja. O co chodzi? O wszystko, co zostało do morza „dolepione” dla radości przybywających nad Bałtyk rodaków przyzwyczajonych do uroków miejsc zwanych przekornie galeriami handlowymi. Czasy kiedy nad morzem były tylko smażalnie, budki z lodami i dmuchane kółka odeszły do przedpotopowej przeszłości. A potem nastąpił potop właśnie. Potop, który zalał nadmorskie kurorty i miasteczka agresywnym i tandetnym konsumpcjonizmem. Budek i kawiarni z lodami – dziesiątki, oprócz tego kebaby, ryby, frytki, zapiekanki XXL, chipstery, gofry, lody, kolby kukurydzy. Wszędzie, gdzie tylko jest trochę miejsca. Sklepy z ubraniami, chińskie markety z tandetą, plażowymi gadżetami, pamiątkami znad morza a wszystko otagowane symboliką nieustannej wyprzedaży i promocji. Punkty, gdzie można na wiele sposobów uszczęśliwić swoje pociechy – rejsy galeonami, dmuchane zamki, salony gier, wesołe miasteczka, wypożyczalnie gokartów i ruchomych koni, punkty gdzie zrobią tatuaż, wplotą we włosy kolorowe nitki, sprzedadzą napoje w długich szklankach i wiele jeszcze atrakcji, których nie wymienię z powodu ograniczonej percepcji. A wszystko oczywiście w dużych ilościach i z muzyką disco-polo w tle. Byliśmy pozytywnie zaskoczeni, że kiedy poszliśmy zjeść rybę do nadmorskiej smażalni „Fala” to z głośników leciał spokojny jazz. Jakoś lepiej się jadło wtedy dorsza...

Plaża w Ustce - już luźno, bo po 14.00

Magnes na lodówkę - uniwersalny prezent znad morza
Aż nie chce się wierzyć, że tak dużo ludzi daje się złapać na tak mało wysublimowane pułapki... Wysublimowanie to jednak słowo nijak nie pasujące do rzeczywistości nad polskim morzem. Widać to nawet na okrojonej usteckiej plaży (trwają prace wzmacniające brzeg dlatego plaża przy promenadzie jest otwarta tylko na krótkim odcinku), gdzie w najlepsze trwa orgia parawanowania, odgradzania się, organizowania własnego grajdołka.
Rozłożyliśmy koc obok jednego mężczyzny, który spoglądając filozoficznie w dal Bałtyku przez okulary słoneczne typu „amerykański gliniarz na motocyklu” rzekł:
- Niedługo i w morzu będą się grodzić...
Oczywiście nie powiem, że mnie to wszystko wybitnie dziwi, przecież od dawna już wiem, że ludziom generalnie bardziej odpowiada klimat jarmarczny i nie zamierzam z tym walczyć. Ale niekiedy pojawia się uczucie przesytu…

Wyprzedaż książek w Ustce

Wyprzedaż książek w Rowach
Jednak biorąc pod uwagę tematykę bloga CCKiM chciałbym napisać dosłownie kilka słów o jeszcze jednym towarze, który się w tym całym kołowrocie plastikowego blichtru, szybkiego jedzenia i dmuchanej tandety pojawia – o książce.
Przy nadmorskich deptakach natrafić bowiem można również na punkty z permanentnymi wyprzedażami książek. Wyprzedażami – bo zachęcić ludzi do zakupu książki może tylko zapewnienie, że jest ona tańsza niż myślą. A ponieważ rzecz dzieje się w krainie plaży i urlopu to lektury takie muszą mieć określony czytelniczy potencjał – najlepiej, żeby były łatwe, lekkie i przyjemne. Wszedłem do kilku takich punktów rozglądając się za literaturą dziecięcą i doszedłem do wniosku, że można tam kupić prawdziwe mydło i powidło (np. w Ustce widziałem za 1 zł wspomnienia teatralne Adama Hanuszkiewicza). Na działach „książki dla dorosłych” królują kryminały (Skandynawia i Polska), romanse, książki historyczne. Nie będę tutaj ferował wyroków, bo nie przeprowadzałem przecież szczegółowych badań terenowych, ale dostrzegłem przeważnie pozycje w sam raz na opalenie się na plaży (plecy – wprowadzenie, pierwsze zabójstwa, dekolt – trop i kilka kolejnych zabójstw, znowu plecy – rozwiązanie zagadki). Oczywiście wszystko dobrane zgodnie z założeniem, że na wakacje najlepiej nadają się lektury skrobnięte przezroczystym językiem, w których znaleźć można trochę miłości i trochę śmierci różnorodnie zadanej, okraszone fabułą niezbyt skomplikowaną, stworzoną zgodnie z zasadą, że najbardziej podobają nam się te piosenki, które już znamy.



Wydawnictw dla dzieci na takich stoiskach też sporo. Przede wszystkim dostrzegłem  przecenione Wilgi i Olesiejuki we wszystkich kolorach tęczy. Chociaż „Baśń o stalowym jeżu” Brzechwy wydana przez Wilgę wyglądała całkiem zacnie (tylko 13 zł). Było trochę Naszej Księgarni i dużo brzydkich edytorsko zbiorów baśni, bajek i opowieści. Oprócz wydawnictw porozkładanych okładka przy okładce były też hipermarketowe kosze wypełnione czym popadnie. Cóż – świątyniami książki bym tego nie nazwał.

Kupiliśmy dwie książki. Kostek wybrał „Wóz strażacki” (5 zł, na okładce ma znak UE i symbol PL). Nie wiem, co można napisać dobrego o tej książeczce – chyba tylko tyle, że z realistyczną dokładnością przedstawia wygląd współczesnego wozu strażackiego. Jednak same ilustracje nawet nie zostały stworzone oryginalnie do tego wydawnictwa, ale pobrane z jakichś tam internetowych stocków. Jeżeli chodzi o rymowankę to niestety jest to najgorszego sortu dziesiąta woda po „Jak Wojtek został strażakiem” Janczarskiego. Rymy są tragiczne i nie ma sensu nawet cytować wyimków.

Ja natomiast przesadziłem nieco w drugą stronę i kupiłem „Wesołą gromadkę” (12 zł) w opracowaniu koncepcyjnym i rzecz jasna ilustracyjnym Butenki (którego w te wakacje wciąż pokazujemy). To wznowienie (pierwsze wydanie ukazało się w 1987 roku) zbioru dydaktycznych wierszyków z dawnych lat wybranych przez pana Bohdana a skierowanych do dzieci i pokazujących, co może się stać jeżeli nie stosuje się do zasad i nie słucha rad starszych – dzieci więc się tutaj topią, tracą palce, płoną i porywa je wiatr. Całość utrzymana jest w klimacie makabreski i czarnego humoru, a każdy poemat otwiera zdjęcie retro z dawnych rodzinnych albumów (skojarzyło mi się z filmem „Inni”). Wierszyki zostały zabawnie zilustrowane przez BB i całość raczej bardziej przypomina picturebook albo nawet komiks niż zbiór wierszyków dla dzieci. Bo w samej rzeczy nie wiem czy dla dzieci się to wydawnictwo nadaje… Z pewnością styl rysowania BB sprawia, że na wierszyki patrzy się trochę z przymrużeniem oka. To jest właśnie negatyw sytuacji, o której pisałem przy okazji książeczkiPróchniewicza „O Jasiu śpiochu i zagubionym czasie”. Gdyby „Wesołą gromadkę” wziął na warsztat Stasys z pewnością miast czarnego humoru mielibyśmy prawdziwą grozę…



I na koniec taka dygresja: szliśmy przez miasto Ustka i nagle na znaku pokazującym drogę dla pieszych i rowerów dostrzegłem działanie jakiegoś miasteczkowego aktywisty. Ktoś na głowy tych postaci ze znaku nakleił kółka z napisem „Letnie pranie mózgu”. Od razu zacząłem doceniać ten odosobniony odruch buntu, głos wołającego na puszczy i hasło, które dosyć trafnie określało nadmorską codzienność, ale za chwilę dowiedziałem się, że to… nazwa cyklu koncertów z muzyką elektroniczną i techno.

PS Mama Kostka: „Utoniętego Zyzia” przeczytałam Kostkowi po powrocie z plaży, na dobranoc, ku przestrodze. Popatrzył się na mnie lekko przestraszony, ale raczej grozą wierszyka niż samej niebezpiecznej sytuacji.












Share:

1 komentarz:

Chcesz coś dodać? Śmiało!