wtorek, 29 września 2015

Podróż do krain dwunastu („Widzimisiek” Barbara Lewandowska)


Było sobie kiedyś czasopismo dla dzieci pt. „Miś”. Eh, co to było za czasopismo... Kto tam nie pisał, kto tam nie rysował... Dawne numery „Misia” to prawdziwa skarbnica: tekstów, których przeważnie nikt nigdzie nie przedrukował oraz ilustracji, których nikt nigdzie nie publikował. Sam wrzucam na bloga wspominkowo kolorowe misiowe strony. Jak to mówią: dla pamięci. Tym bardziej cieszy mnie, że ktoś znalazł do tej skarbnicy własne „sezamie otwórz się”. Oto Wydawnictwo Znakomite wydało książkę zawierającą jedną serię misiowych opowieści z roku 1979 pt. „Widzimisiek”.


Ukazanie się tej pozycji jest dla mnie dużym wydarzeniem. To przecież także moje dzieciństwo, moje wspomnienia i pierwsze literackie inicjacje. A poza tym opublikowanie „Widzimiśka” dowodzi, że coś, co powstało przed wielu laty, w innych czasach i innej rzeczywistości jako ulotne, gazetowe i o czym być może wielu chciałoby zapomnieć, dzisiaj także może być czytane, nie zestarzało się i nie straciło na wartości.

Autorkami „Widzimiśka” są Barbara Lewandowska, która przez prawie 20 lat (1971-1990) była naczelną „Misia” (nazywano ją nawet „panią misiową”) i Elżbieta Gaudasińka, której kreska także się „Misiem” nierozłącznie kojarzy. Kiedy Lewandowska przejęła „Misia” po Czesławie Janczarskim musiała stworzyć misiowego bohatera, który zapełniłby puste miejsce po Uszatku (Janczarskiego i Rychlickiego). Widzimisiek był jednym z wymyślonych przez nią niedźwiadków.

Lewandowska kierowała gazetką, kiedy czytali ją dzisiejsi 30-, 40-latkowie. Jeden z nich, Przemysław Olszewski z Wydawnictwa Znakomitego postanowił wrócić do opowieści, które mama czytała mu w dzieciństwie. Mam akurat w domu rocznik „Misia” z 1987 roku i na jego podstawie widzę jak ogromną pracę wykonywała Lewandowska. Natknąłem się w rzeczonym roczniku na krótsze, bądź dłuższe pisane przed redaktor naczelną serie takie jak „Był sobie król książkowy mól” czy „Z Pocopotkiem na piechotkę” (by the way: książkowe wydanie jej cyklu „Pucułek i Pocopotek” z rysunkami Janiny Krzemińskiej ukaże się na dniach w Wydawnictwie Widnokrąg). 



Miś Widzimisiek budzi się po północy w pierwszy dzień Nowego Roku. Spotyka ptaka z zegara, który nie jest bynajmniej kukułką, ale kawką. Będzie ona teraz jego przewodniczką podróży do dwunastu krain, które odbędą w dwanaście godzin. Dwunastu krain, z których każda była opisywana w jednym numerze „Misia”.

Pisałem jakiś czas temu o opowiadaniu Lewandowskiej „Tygrys na osiem pięter” i dochodziłem w tamtej recenzji do wniosku, że autorka poważnie traktuje swoich młodych czytelników. Daje im zadania, nie upraszcza, nie pomaga, raczej wymaga – znajomości literackich rudymentów i uruchomienia wyobraźni, wysilenia się. Nie inaczej jest w przypadku „Widzimiśka”. Przede wszystkim jest to historia dobrze osadzona w literackiej tradycji. Motyw podróży do fantastycznych krain pojawiał się w wielu książkach. Począwszy od „Podróży Guliwera”, przez „Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki” a skończywszy na „Czarnoksiężniku z Oz” czy „Alicji w krainie czarów” (że nie wspomnę np. o jednej z ksiąg Tytusa, Romka i A’tomka). We wszystkich tych utworach odwiedzanie niezwykłych krain dawało podróżnikom dystans do samego siebie i uczyło jak zachować się na własnym podwórku. U Lewandowskiej odwiedzamy krainy zorganizowane według złych czy dziwnych zasad, każda z tych krain dzięki hiperboli zwraca uwagę na jeden problem (i ma znaczącą nazwę zupełnie jak w literaturze oświecenia a jej istnienie ma, też podobnie jak w epoce Krasickiego, cele edukacyjne): chciwość (Pekunia), obżarstwo (Konsumpcja), hałasowanie (Decybelia), zmechanizowanie (Industria), wywyższanie się (Gigancja) czy zapatrzenie w przeszłość (Antykwa). Za każdym razem kawka z Widzimiśkiem znajdują (przypadkowo bądź nie) jakieś rozwiązanie, które pozwala na zmianę np. w Decybelii, krainie gdzie wszyscy hałasują rozsiewają mak, a gdzie pada jego ziarenko robi się „cicho jak makiem zasiał”. W każdej krainie chęć do zmiany deklarują przede wszystkim dzieci, które najłatwiej skusić na powrót do właściwych proporcji.


Bardzo istotny jest w tej książeczce także motyw maskarady, karnawału. Ostatnia podróż odbywa się do Karnawalii, krainy, gdzie wszyscy są przebrani, bo chcą ukryć swoje prawdziwe oblicze. To z jednej strony zakończenie symboliczne, z drugiej wskazówka jak czytać całą tę książeczkę – na kolejnych stronach Lewandowska przebrała ludzkie wady, uwypukliła je, chcąc przez to wyolbrzymienie spowodować żebyśmy się nad nimi zastanowili. Michaił Bachtin pisał o karnawale, że to „świat na opak” i wydaje mi się, że ta definicja jak ulał pasuje do tekstu Lewandowskiej.

Warto też przypomnieć, że na „Widzimiśka” składają się teksty wzięte z gazety, a więc krótkie. Nie było tutaj miejsca na specjalne rozpisywanie się. Stąd słowa uznania dla autorki, że potrafiła w kilku zdaniach pokazać specyfikę danej krainy i sposób na jej zmianę. Oczywiście można narzekać, że te kawałki nie są dłuższe, że trochę szybko się tutaj wszystko dzieje, a zakończenie nie zostało zbyt wyraźnie zaznaczone. Pamiętajmy jednak, że te opowiadanka były skierowane przede wszystkim do przedszkolaków. Przyznaję: patrząc na poziom literacki niektórych dzisiejszych książek dla tej grupy wiekowej niekiedy trudno w to uwierzyć.


Do książeczki idealnie pasują ilustracje Elżbiety Gaudasińskiej: precyzyjna kreska, intensywne kolory, zabawna deformacja. Rzeczywiście: „ciągle wieje w nich wiatr”. Nie bez powodu porównywano jej rysunki z Pieterem Brueghlem. Akurat przy „Widzimiśku” wydaje mi się to szczególnie zasadne. Pamiętam słynny obraz niderlandzkiego malarza z 1559 roku zatytułowany „Walka postu z karnawałem”. Mam wrażenie, że na niektórych ilustracjach z „Widzimiśka” Gaudasińska nawiązywała do tego obrazu – kolorystyką, „zatłoczeniem”, klimatem, wyglądem twarzy.


Walka postu z karnawałem, Pieter Bruegel, olej na desce, Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu

Kurcze strasznie długaśną recenzję napisałem... Mam nadzieję, że jeszcze dajecie radę ją czytać? Już kończę, obiecuję. W ostatnim zdaniu napiszę tylko, że wszystkie krainy opisywane przez Barbarę Lewandowską bynajmniej nie odeszły w niebyt razem z PRL-em i „Misiem” – nadal mogą do nich zabłądzić zarówno dzieci, jak i dorośli.

Widzimisiek, Barabara Lewandowska, il. Elżbieta Gaudasińska, Wydawnictwo Znakomite 2015



wtorek, 22 września 2015

Świat przez różowe okulary („Okularki” Ewa Madeyska)


Noszenie okularów w początkach edukacji to jak wiadomo koszmar niemalże z ulicy Wiązów. Mijają lata, zmienia się świat, moda i literatura dla dzieci, a tymczasem wciąż dobrze się mają grupowo-klasowi prześmiewcy, wciąż używane są znane od pokoleń przezwiska i określenia, wciąż użytkownicy okularów bywają piętnowani i wyśmiewani. Rozterki nosicieli okularów często pojawiały się w literaturze dziecięcej i młodzieżowej i z pewnością każdy z was potrafi wymienić jakiegoś bohatera, który się z takim problemem borykał... Najnowszą pozycją, która temat ten podejmuje są „Okularki” Ewy Madyskiej, wydane przez Wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Małe katastrofy”.

Ewa Madeyska (jak zdołałem się zorientować) debiutuje na polu twórczości dla dzieci. Wcześniej znana była raczej z pisarstwa poważniejszego kalibru – choćby z nominowanej do Nike powieści „Katoniela”, która była pamfletem na powierzchowny katolicyzm. Czy jej debiut w literaturze dziecięcej może zaliczyć do udanych? Z niewielkimi zastrzeżeniami uważam, że tak. Nie jest to może tekst przełomowy, ale został napisany sprawnie, zabawnie, z dużym wyczuciem materii języka i z pewnością warto go czytać dziecku. Szczególnie jeśli nosi okulary, ale nie musi to być condicio sine qua non. Kostek go dwóch czytaniach bardzo go polubił. A Matysia piszczy jak z daleka widzi okładkę:)

Frania mieszka z rodzicami i siostrami w domu na przedmieściu, uczęszcza do przedszkola, lubi rozmawiać z zabawkami, a nie lubi nosić okularków w różowych oprawkach (określanych w tekście znacząco i dwuznacznie „różowymi okularami”).

Utwór Madeyskiej składa się z dwóch części. Pierwsza przedstawia nam typowy poranek w rodzinie z dziećmi, all that jazz, cały ten zgiełk, harmider i rozgardiasz, który związany jest z wyprawą do szkół, przedszkoli, pracy. Oczywiście na plan pierwszy wysuwają się tutaj problemy Frani, która w mistrzowski sposób potrafi ukryć fakt niezabrania z półki okularów. Jej niechęć wynika przede wszystkim z opinii pochodzących od otaczających ją osób – niani, siostry czy Wiktora demonicznego kolegi z przedszkola, koło którego musi siedzieć przy stole.  Pierwsza część ma na celu pokazanie źródeł niechęci, ale też przedstawia pozostałych bohaterów tej opowieści, których jest niemało. Nielubiąca okularów Frania zostaje też skonfrontowana z nierozstającym się z okularami tatą.

Druga część, jak się pewnie domyślacie, powinna pomóc Frani w przekonaniu się do noszenia okularów. I znowu mamy sytuację poranną, tym różniącą się od poprzedniej, że nikt nie myśli o wyjściu z domu. Wszyscy szukają okularów taty, który nie może bez nich funkcjonować. Nikt oczywiście nie może ich znaleźć i wtedy Frania wpada na pomysł, że być założenie okularków pomoże w poszukiwaniach...

Podoba mi się jak autorka potrafi zindywidualizować bohaterów, pokazać ich ciepło wraz z niedoskonałościami, opisać przez atrybuty. Wprowadza tych bohaterów w króciutkiej historii sporo, ale ponieważ jest to pierwsza część zapowiadanej serii, więc pewnie jeszcze się przydadzą;) Zwróćmy też uwagę, że w książeczce akcentowany jest problem z noszeniem/nienoszeniem okularów, a nie np. z nadwagą, a przecież też się u Madeyskiej pojawia (Frania ma okrągły brzuszek, mama jest wielorybem opakowanym w sukienkę).
Podoba mi się, jak powracają w „Okularkach” raz już użyte słowa, obrazy czy motywy jak na przykład konik Rysio i jego bolące kopytka, mama jako wieloryb, laptop jako pies czy wreszcie (kluczowa tutaj) rola okularów w życiu taty. Na przykładzie własnego synka mogę potwierdzić, że takie przypominanie, powracanie do wydarzeń czy słów, który mogły paść przed godziną, wczoraj czy tydzień temu to dla dzieci bardzo charakterystyczne. Madeyska trafnie to oddała.

Narracja odtwarza dziecięcy język Frani i jej sposób widzenia świata, ale nie jest pierwszoosobowa. To znaczy nie mamy tutaj opowiadającej Frani, chociaż narrator posługuje się jej językiem i ma jej wiedzę o świecie. Zdania są zatem przeważnie krótkie, ale wiele tutaj równoważników zdań, czy wręcz pojedynczych słów. Z pewnością dobrze oddaje to sposób mówienia małego dziecka, ale nie jest najłatwiejsze do czytania. Szczególnie na początku. Powiem tak: zostało to pomysłowo napisane i jako literaturoznawca z wykształcenia doceniam realizację, jednak jako ojciec, który co wieczór próbuje zainteresować dwóch maluchów lekturą z początku miałem drobne problemy...

Ciekawym zabiegiem jest zaznaczenie w tekście niektórych wyrazów przez wykorzystanie innej, „pisanej” czcionki i powiększenie fonta. To z pewnością zachęta dla maluchów, które zaczynają czytać, z drugiej strony wyróżnione słowa są przeważnie dosyć trudne, więc zabieg ten może być także nawiązaniem do problemów Frani, która potrafi dostrzec pewne rzeczy wyraźniej, a inne nie. Wydaje mi się też, że pojawia się zbyt wielu imiennych bohaterów (łącznie z zabawkami) i to żonglowanie imionami wprowadza trochę zamieszania.

Czytając „Okularki” rozmyślam jak bardzo zmienił się obraz rodziny w polskiej literaturze dziecięcej. Pamiętacie jak opisywałem ojca w „Zajączku z rozbitego lusterka” Bechlerowej? (Swoją drogą i lusterko się u Madeyskiej znalazło...) Był na jednej ilustracji, wypowiadał jedno zdanie, nieobecny, posągowy. U Madeyskiej ojca jest w tekście pełno, robi nawet dżem truskawkowy, angażuje się, podrzuca pod sufit. W „Okularkach” wszystko dzieje się z perspektywy dziecka, które urządza po swojemu ten świat – ma stajnię pod łóżkiem, wychodzi bez pytania do toalety i wierzy mu się na słowo, że schowało do kieszeni okulary. To w stu procentach opowieść dziecko-centryczna.
Wreszcie ilustracje Kasi Matyjaszek naśladujące dziecięcy sposób rysowania dobrze pasują do tekstu napisanego dziecięcym językiem.

A zatem: znamy bohaterów, otoczenie i sposób pisania, nie pozostaje więc nic innego jak czekać na kolejną część przygód Frani. Zapowiada się fajna seria.

/BW/

Okularki, Ewa Madeyska, il. Kasia Matyjaszek, Dwie Siostry 2015




poniedziałek, 21 września 2015

Skąd ten piasek? (Kartka z przeszłości nr 7)

Jutro zaczyna się jesień, więc z tej nieubłaganej okazji sięgnąłem do archiwalnego "Misia" z roku 1987, aby zaprezentować taki oto nostalgiczny wierszyk Ewy Skarżyńskiej, zilustrowany przez Bohdana Butenkę.

Skąd ten piasek?
Miś 1987
Napisała: Ewa Skarżyńska
Rysował: Bohdan Butenko

 

piątek, 18 września 2015

Mama nie-czarodziejka („Zajączek z rozbitego lusterka” Helena Bechlerowa)


A zatem zajęczym susem przeskakuję z poprzedniego postu i bez większych wstępów przystępuję do krótkiego opisania książeczki Heleny Bechlerowej z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. Pierwsze wydanie ukazało się w 1961 roku (ostanie w 2015 w zbiorowym wydaniu „Moje książeczki. Księga pierwsza”). Poznajemy tutaj rodzinę 2+2 (+pies), której siłą napędową jest matka. Ojciec to statysta, postać drugoplanowa, wypowiadająca jeden dialog, pojawiająca się na jednym obrazku w sweterku typu cardigan, z resztką włosów przyprószonych siwizną i zatrzymana w geście ojcowskiego zamyślenia charakteryzującego się splecionymi z tyłu dłońmi. Ale zostawmy kwestię „motywu ojca w polskiej literaturze dla dzieci” i streśćmy krótko o czym jest ta historia. 


Mama opowiada choremu Piotrusiowi bajkę o zajączku. Okazuje się, że stanowi ona rodzaj pocieszenia i jest opowiadana zawsze kiedy zdarza się coś nieprzyjemnego. Potem następuje mały przeskok czasowy – teraz Piotruś tryska zdrowiem, ale choruje jego siostra Basia. Tymczasem mama jest zmęczona maratonem przeziębieniowym, a Piotruś wręcz przeciwnie – dokazuje, co kończy się rozbiciem lusterka (będącego własnością mamy i jej ulubionym przedmiotem). Incydent ten stanowi przysłowiową kroplę, która przelewa czarę – mama wychodzi z domu w nieznanym kierunku (wcześniej stwierdziła, że ma ochotę pójść za góry, za lasy i w tym przekonaniu utwierdza też Piotrusia tato). Chłopiec traktuje to poważnie, czemu trudno się dziwić patrząc na to ile ma lat.  Musi zatem mamę odnaleźć. Na szczęście w rozbitym kawałku lusterka pojawia się zajączek, który w tej ciężkiej chwili pomaga Piotrusiowi. To on doprowadza chłopca do mamy. Całość kończy się sceną pojednania i wspólnym powrotem do domu. 

Pan Cardigan w zamyśleniu nad rozbitym lusterkiem
Nazywam tekst Bechlerowej „Mamą nie-czarodziejką” w opozycji do utworu Papuzińskiej (opisywaliśmy go tutaj). W „Naszej mamie czarodziejce” tytułowa bohaterka magicznie zmieniała rzeczywistość prostymi pomysłami, tutaj matka czuje, że rzeczywistość wymyka się jej spod kontroli. Nic nie jest w stanie zmienić, na nic wpłynąć. To musiało być w latach 60. nieczęste w literaturze dla dzieci – pokazanie tego drugiego, ciemnego oblicza macierzyństwa. Tego zmęczenia, zniechęcenia, zwątpienia, zobojętnienia, które każdy rodzic (nie tylko matka) dobrze przecież zna. Zapytania: kim teraz jestem? Czy nadal posiadam indywidualność? Co z moimi pragnieniami i planami? O to mama mogła zapytać lusterka. Zapewne trochę inaczej i w innym celu niż pewna zła królowa - niestety nie zdążyła.

Dom w pejzażu młodopolskim
Dla mnie zaskoczeniem tego tekstu była przestrzeń, w którym rozgrywa się akcja. Początkowo czytając i oglądając ilustracje wydawało mi się, że rzecz dzieje się na typowym peerelowskim blokowisku. Tymczasem opisywana rodzina ma dom położony w iście młodopolskim pejzażu, pośród owocowych drzew, wzgórz i lasów. Dlatego mama w chwili słabości nie musi zjeżdżać windą, aby posiedzieć obok placu zabaw, ale owija się szalem i siada na przewróconym drzewie w lesie brzozowym. Brzezina od momentu wydania opowiadania Iwaszkiewicza (1933) bardzo kojarzy się ze sferą psychiki i stanowi emanację problemów jednostki z naturą i seksualnością. Bechlerowa mogła zaczytywać się tym tekstem w latach 30., kiedy studiowała polonistykę w Warszawie. Któż wtedy nie czytał Iwaszkiewicza?

Oczywiście symboli jest tutaj więcej – choćby tytułowe lusterko. Ważny baśniowy atrybut, wiemy w jakich opowieściach się pojawiał, jakie tam spełniał funkcje, wiemy co oznacza rozbite lusterko. Tutaj przede wszystkim symbolizuje indywidualność matki, ale mam wrażenie, że wszystkie przywołane tropy udaje się Bechlerowej w tej krótkiej historii połączyć. Mamy tutaj też analizę relacji syn-matka i mamy opowieść o inicjacji, wychodzeniu dziecka z pierwszego okresu całkowitej zależności od matki (początkowo w złych chwilach pocieszającą historię o zajączku opowiada mama, ale kiedy lusterko upada na podłogę robi to przecież już sam Piotruś, ale niejako za ukrytym pośrednictwem matki). To jest naprawdę mądre opowiadanie, w którym na inne elementy uwagę zwróci dziecko, a na inne dorosły. Bo dla mojego Kostka to jest historia o puszczaniu zajączków. Przez ostatnie słoneczne tygodnie mieliśmy sporo okazji, żeby trenować się w tej sztuce.

Istotnym elementem książeczki Bechlerowej są też ilustracje Czajkowskiej – realistyczne, o prostej, czytelnej kolorystyce, ale jednocześnie spokojne, wprowadzające do tekstu ciszę, pozwalające mu wybrzmieć. Zapadają w pamięć guziczki na plecach w sukience mamy, Piotruś w czerwonych spodenkach i szelkach, kraciasty szal czy wystrój piotrusiowego pokoju. Wielbiciele dizajnu tamtych lat z pewnością rozpoznają we wnętrzu konkretne, dostępne wtedy sprzęty czy tkaniny.

Dizajnerski pokój Piotrusia
Zawsze komplementowałem na blogu twórczość Bechlerowej i nie inaczej mogę postąpić w przypadku „Zajączka”. To jest historia w doskonały sposób metaforyzująca codzienne życie. Jednocześnie prosta i skomplikowana. Oczywista i niejednoznaczna. Staroświecka i nowoczesna. Nie wiem czy się czasem nie powtarzam, ale co tam: Ludzie! Czytajcie dzieciom Bechlerową!

/BW/

wtorek, 15 września 2015

Kot w butach powraca! („Moje książeczki. Księga pierwsza”)


Od jakiegoś czasu zamierzałem opisać na blogu „Zajączka z rozbitego lusterka” Heleny Bechlerowej. Ale za każdym razem, kiedy już witałem się z gąską (a raczej zajączkiem) i miałem siadać do wpisu poświęconego tej książeczce pojawiało się coś innego. I tak czytaliśmy tę historię o chłopcu, „zajączku”, zmęczonej mamie, która miała ochotę pójść za góry i lasy, tacie, który nie ma twarzy (na jedynej ilustracji, która go przedstawia stoi tyłem) i domku na łonie natury, który z początku wydawał się peerelowskim mieszkaniem, ale śladów na blogu nie było z tego żadnych. Ale czy zawsze muszą być ślady? Wszystko trzeba archiwizować? Wszystkim się podzielić? Przecież nie trzeba. Taka oto argumentacja sprawiała, że zajączkowi udawało się ujść sprzed klawiatury.


I oto wydawnictwo Nasza Księgarnia zrozumiało chyba moje problemy z „Zajączkiem” i postanowiło dać mi olbrzymi bodziec do pisania wypuszczając na rynek polski pierwszą księgę zebranych „Moich książeczek” zawierającą między innymi utwór Bechlerowej (ale też opisywane już u nas wcześniej przygody myszki Kundzi z „Podróży w nieznane”).

Wydania zebrane ukazujących się w PRL-u broszurek „Poczytaj mi mamo” okazały się sukcesem, więc NK postanowiło pójść za ciosem i przypomnieć kolejną swoją sztandarową serię, która uczyła nas w przeszłości wrażliwości na świat, literaturę i sztukę. I o ile w przypadku serii Pmm spotykałem się z opiniami, że to już nie to samo, bo w książce, inny format itd., to tutaj takich wątpliwości być nie powinno. 



Przede wszystkim seria Mk wychodziła w formacie A4 (albo jak można przeczytać we wstępie "zbliżonym do A4") i przeglądając nową propozycję Naszej Księgarni nie można już mieć wrażenia nienaturalności (typowy „argument na nie” w przypadku tomów Pmm: biała przestrzeń kartki nad i pod oryginalną stroną). Po prostu scalono razem kilka książeczek, odświeżono kolory a gruby papier kojarzy się z dawnymi wydaniami. Poza tym seria „Poczytaj mi mamo” była trochę nierówna. Nie czytałem może wszystkiego, ale na podstawie tego, co poznałem mogę stwierdzić, że zdarzały się słabsze „odcinki”, zarówno tekstowo, jak ilustratorsko. Tymczasem „Moje książeczki” zawsze sprawiały wrażenie serii staranniej selekcjonowanej, o bardziej rozbudowanych tekstach, które dobrze przygotowywały do obcowania z dorosłą, wymagającą literaturą. No a ilustracje, które w Pmm nie mogły niekiedy rozwinąć skrzydeł, tutaj po prostu czarują. Wiem – wyświechtane słowo, ale trudno inaczej określić to, co dzieje się w pierwszej księdze. Wystarczy przeczytać zamieszczony na tylnej stronie okładki spis ilustratorów i pisarzy. Tak proszę Państwa – obcujemy tutaj z panteonem twórców polskiej literatury dziecięcej po 1945 roku. Potem można jeszcze przekartkować i od razu siadać do czytania.
Gorzej z recenzowaniem. Jak bowiem w jednym poście opisać wszystkie pomieszczone w tomie opowieści i nie osiągnąć rozmiarów doktorskiej dysertacji? Nie da się. Dlatego teraz sygnalizuję obecność na księgarskich półkach tego jakże wartościowego zbioru, a kolejny wpis poświęcę już tylko „Zajączkowi”. W tej sytuacji jestem to zwierzakowi po prostu winien.

/BW/

Moje książeczki. Księga pierwsza, Nasza Księgarnia 2015

poniedziałek, 7 września 2015

„Pan Tom buduje dom” Franciszka i Stefan Themersonowie: wydanie z 1947 roku


O książeczce Themersonów „Pan Tom buduje dom” już na CCKiM pisaliśmy (tutaj). Pisaliśmy dobrze i zdania nie zmieniliśmy. Postanowiliśmy jednak na chwilę wrócić do historii pana Toma i jego domu. A to za sprawą koleżanki (dzięki Ola!), która wypożyczyła nam pierwsze, powojenne wydanie tej książki – „Czytelnik”, rok 1947.  Postanowiliśmy nie zmarnować takiej okazji i skwapliwie wykonaliśmy specjalnie dla was kilka fotografii. Celowo nie chcieliśmy pokazywać na zdjęciach całej książki, ale jeżeli ktoś dobrze zna wydanie Bajek-Grajek to z pewnością zauważy wiele różnić tak w ilustracjach, jak i w treści. Zatem poglądowo i hobbystycznie przed wami kilkanaście zdjęć z wydania „Czytelnika”. Oczywiście kolorystyka nie została wprowadzona przez panią Franciszkę, ale pochodzi od właścicieli egzemplarza:)

 













czwartek, 3 września 2015

Rodzinna historia zgubienia („Gałgankowy skarb” Zbigniew Lengren)


Mamo, tato opowiedzcie mi bajkę! Ale taką... tylko dla mnie.

Zakładam, że nieobca wam jest taka prośba? Ciekawe, co wtedy mówicie? Chwytacie się schematu (Za górami, za lasami...), czy może próbujecie wymyślić oryginalną historię? Ale zaraz: czy w ogóle istnieje jeszcze coś takiego jak oryginalna historia? Czy nie jest czasem tak samo rzadka i niespotykana jak kwiat paproci? Albo tak poszukiwana jak złota kaczka? Jakkolwiek by nie było z pewnością zdarzyło się, że dziecko poprosiło was o wymyślenie opowieści. Bruno Bettelheim twierdził, że tylko opowiadana baśń może prawdziwie trafić do wyobraźni dziecka (i oczywiście mieć tym samym działanie terapeutyczne). Żadne czytanie tego nie zastąpi. Coś w tym jest.

Szczęśliwie zdarzało się często tak, że za wymyślanie opowieści czy wiersza dla dziecka brał się ktoś do tego wręcz stworzony. I wymyślanie to szło mu tak dobrze, że żywot takiej historyjki nie zamknął się w kilku powtórzeniach. Pomysł przybrał z czasem formę książkową. I dzięki temu my czytelnicy, nawet po wielu latach, możemy się z efektami tego wymyślania zapoznać. Mniej więcej taka była geneza „Gałgankowego skarbu” Zbigniewa Lengrena. Lengren to jak wiadomo przede wszystkim rysownik i satyryk, twórca profesora Filutka, ale bywał też pisarzem. Pisywał głównie fraszki, aforyzmy, krótkie, satyryczne wierszyki. Jak sam to określił w tytule jednego ze zbiorów: „Drobiazgi spod pióra”. I właśnie „Gałgankowy skarb” jest nie czym innym jak właśnie kolejnym drobiazgiem, wierszykiem ułożonym dla córki Katarzyny.

Do tej książeczki wiele „dzisiaj już starszych” dzieci ma ogromny sentyment (pewnie szczególnie utkwiło im w pamięci wydanie z Wydawnictwa Lubelskiego w 1978 roku). Do niedawna była poszukiwanym „białym krukiem” na internetowych aukcjach. Wydawnictwo Babaryba postanowiło wypełnić tę lukę w sercach oraz biblioteczkach i wznowiło Lengrena na twardym, grubym papierze, rozszerzając tym samym grono czytelników „Gałgankowego skarbu” o maluchy, które dopiero zaczynają oglądać i doświadczać świata. Matysi bardzo się podoba ta książeczka, a szczególnie narysowane na okładce: dziewczynka, pies i cztery kwiaty. Antyprzedarciowe wydanie to duża zaleta, bo wcześniej książeczka rozlatywała się na potęgę...

A zatem Lengren dla córki Kasi napisał wiersz, żeby się uczyła czytać (powtarzać) i zawarł w tym wierszu dawną sytuację domową, ściśle ogrodową, kiedy dziewczynka zgubiła swoją ulubioną przytulankę (określaną problematycznym dzisiaj mianem „Murzynka”). Jest to więc jednocześnie tekst uniwersalny i prywatny, opisujący sytuację jaką w różnych wariantach znamy z własnego życia a jednocześnie zachowujący jedną chwilę z przeszłości rodziny Lengrenów. I chociaż jak można się dowiedzieć z wywiadów prasowych z Katarzyną Lengren, jej ojciec nie był idealny (w domu nie był humorystą, a humorzystą) to historyjka rodzinna, którą opisał jest ciepła, lekka i zabawna. 

W tej udanej autorskiej książce, skargi Kasi i napomknienia (jak można się domyślić) pobłażliwego ojca przeplecione zostały niczym refrenem paradą członków rodziny i najbliższej społeczności, którzy jednomyślnie postanowili osłodzić małej dziewczynce stratę przytulanki. Takie parady znamy dobrze z literatury dziecięcej, choćby z „Rzepki” Tuwima. Dzięki nim wierszyk nabiera oddechu, wprowadza zabawę w wyliczankę, powtarzanie. I rysunki obrazujące parady są w tej książeczce najlepsze! Zawsze byłem wielbicielem kreski Lengrena i w „Gałgankowym skarbie” dostajemy jej wspaniały pokaz. Ale warto też podkreślić, że rysunek nie rości sobie tutaj prawa do pierwszeństwa, ale dobrze uzupełnia tekst, utrzymuje go w ryzach i wyznacza mu rytm. To nie jest tylko dobrze narysowane, to jest dobrze narysowane i napisane.

Kiedy tak sobie myślałem jaką tutaj postawić puentę, dostrzegłem zbiorek aforyzmów Lengrena. Zdjąłem go z półki, otworzyłem losowo i wzrok mój padł na taki oto króciutki tekst:

„Dyskusja”
Subtelne miał riposty,
Ozdobne w cienką puentę,
A on go prawym prostym
Po prostu grzmotnął w szczękę.

A zatem bez cienkich puent. Po prostu: warto to mieć.


/BW/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...