wtorek, 9 lutego 2016

Takiej imprezy jeszcze nie było („Koala disco” Ola Cieślak)


Wyobrażam sobie taki dialog w księgarni. Jest bardzo prawdopodobny. Kiedyś pracowałem w księgarni i prowadziłem o wiele bardziej abstrakcyjne.
- Przepraszam czy można u pana dostać już tę książkę dla dzieci inspirowaną polskimi ejtisami? - Patrzę na człowieka. Broda, włosy zaczesane do tyłu, płaszcz za kolana. Na szyi wielkie pomarańczowe słuchawki. Hipster 30 plus.
- Bo mi dziecko mówiło, że podobno ma coś takiego wyjść. „Disko Kukuła” czy coś...
- „Koala disco”?
- O to, to. Macie?
- Tak.
- To ja poproszę od razu dwie. – hipster wyciąga z kieszeni portfel z filmu „Pulp fiction” (nie przytoczę co na nim wyhaftowano, bo to blog o literaturze dla dzieci) – Wie pan, z sentymentu. I nuci: Cheri, cheri Lady.

Kurtyna.

Polskie ejtisy. A na świecie to i druga połowa seventisów. Era disco. Abba. Bee Gees. Plastik, światło, brokat i makijaż. Kule wyklejone z porozbijanych luster. Dzwony, koturny. Tylko czy „Koala disco” o tym w ogóle jest?


Ola Cieślak w swoich poprzednich książkach („Co wypanda, a co nie wypanda”, „Co by tu wtrąbić”) pokazała, że potrafi kreatywnie bawić się wierszowanym słowem. Szkoda, że tak niewiele dzisiaj takich prób i książeczek. Jakoś zamiera w narodzie umiejętność pisania niedługich, rymowanych kawałków z sensem i humorem. Być może oczekuję zbyt wiele. A niewykluczone również, że się powtarzam.


W „Koala disco” Cieślak zastosowała motyw najprostszy z możliwych, a jednocześnie w polskiej poezji dla dzieci mocno zakorzeniony. Oto bierzemy zwierzę, które jest znane szczególnie z jednej dominującej cechy i każemy mu robić coś z tą cechą totalnie sprzecznego. Tutaj tym zwierzęciem jest tytułowy miś koala, stworzenie powolne i wiecznie śpiące, które pewnego dnia postanawia zorganizować dyskotekę dla rodziny. Cóż kiedy nawet tłuste bity DJ Rufusa nie są w stanie powstrzymać australijskich futrzaków od spania... 





Niedługiemu wierszowi w tej książce całkiem blisko do Tuwima czy Brzechwy. Po prostu widać, że to jest ta sama tradycja. Tyle że przystrojona w boa z ptasich piór albo liści eukaliptusa. Ola Cieślak jest również ilustratorką „Koala Disco” i tutaj jest na co popatrzeć. Jeśli pan z pomarańczowymi słuchawkami miałby szukać gdzieś seventisów czy ejtisów to właśnie w warstwie ilustracyjnej. Barwy mienią się i kojarzą z estetyką disco a misiaki wyglądają naprawdę różnorodnie. Jest David Bowie, Sydney, tytuły poradników i fajnie narysowane samochody. Nie podobają mi się tylko modelinowe kolaże (bo czego jak czego, ale nie cierpię książeczek dla dzieci, których ilustracje ulepiono z modeliny). I żałuję, że nie znalazło się miejsce dla kuzynek jedzących muffinki.

A zatem mamy ostatni dzień karnawału, więc warto wpaść na imprezę u koali. My bawiliśmy się całkiem dobrze.

Share:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!