czwartek, 7 kwietnia 2016

W poszukiwaniu wiosny („Złoty koszyczek. Bajka wiosenna” Hanna Januszewska)


Początek wiosny to idealny moment do napisania kilku zdań o „Złotym koszyczku”(1974) Hanny Januszewskiej. Wszak podtytuł tej historyjki brzmi „bajka wiosenna”. A dodatkowo można kupić sobie nówkę sztukę, bo książeczka została niedawno wznowiona w pierwszym tomie „Moich książeczek” (Nasza Księgarnia). 


Historia o poszukiwaniu przez Jasia-dobosza koszyczka na życzenie królewny to utwór ze schyłkowego okresu twórczości Hanny Januszewskiej. Pierwotnie powstał na potrzeby radia, z którym pisarka współpracowała od 1946 roku praktycznie do końca życia. Z pewnością w wieku 70 lat nie musiała już nikomu udowadniać, że jest dobrą pisarką. Wyobrażam sobie, że usiadła przy jakiejś wiosennej niedzieli i napisała „Złoty koszyczek” dla rozrywki, swobodnie wplatając w fabułę życiowe przemyślenia. Wzięła standardowy zestaw fabularnych rekwizytów i pomyślała, że się trochę nimi pobawi. Przede wszystkim ubrała swoją fabułę w kostium klasycznej baśni. A potem sprawiła, że kostium zaczął trzeszczeć niczym lód na rzece przy roztopach a potem pękać w szwach. Udatnie pokazała schematyczność opisanego świata, ale to obnażanie miało na celu dotarcie do współczesnych czytelników. Wspaniale wplotła też w tekst elementy humorystyczne. Zapytacie pewnie: I to się udało? Niejeden boleśnie by się na tym wyłożył. Ale nie Hanna Januszewska. Po przeczytaniu człowiek dochodzi do wniosku, że rok 1974 wcale nie zdarzył się tak dawno…


Fabuła: królewna chce złoty koszyczek, więc jej ojciec-król wysyła Jasia-dobosza, aby ten zdobył upragniony przedmiot. Jednak pogoda za oknem nie nastraja do spacerów, co zresztą dobosz wyraźnie artykułuje. Na szczęście stróż Walenty zapewnia, że zbliża się wiosna. Pocieszony Jasiu rusza więc w drogę. Trafia do miasta na jarmark, ale życzenie królewny uda mu się spełnić dopiero dzięki wizycie nad stawem. Wraca z koszyczkiem, a wtedy królewna chce zobaczyć miejsce, gdzie koszyczek powstał…

Niby schemat za schematem. Marudna królewna. Jasio wędrowniczek wypychany w świat. Król ślepo spełniający zachcianki córki. Stara kobieta plotąca koszyki. Sroka gadająca o błyskotkach. Wąsaty stróż o imieniu Walenty (czyż stróż może się nazywać inaczej?). Wymieniać dalej? Wszystko to już czytaliśmy, widzieliśmy, znamy i lubimy bądź nie. Zapewniam, że pod piórem Januszewskiej te szablonowe postacie dostają drugie życie. 


Oczywiście całą tę opowieść można czytać metaforycznie. Jasio został wysłany nie po koszyczek, ale żeby szukać wiosny, a kiedy ją znajduje zmienia się nie tylko świat, ale także królewna. Z roszczeniowego dziecka przemienia się w coraz bardziej świadomą swoich emocji i pragnień dziewczynę. Albo podróż Jasia i rozstajne drogi, do których dochodzi. Jedna prowadzi do miasta (cywilizacja), a druga nad staw (natura). Wiadomo, że wybór pierwszej musi okazać się błędem. Albo kreacja baby Wiklinichy, która z jednej strony symbolizuje ludową mądrość, z drugiej siły natury.

Należy też wspomnieć o ilustracjach Bożeny Truchanowskiej, dobrze pasujących do przedstawionej historii, stworzonych na zasadzie mieszania fragmentów białych, jakby „niepokolorowanych” z feerią barw.

A pomijając już wszystkie schematy, metafory i kolory jest to lekka, zabawna, wiosenna historyjka, której czytanie przypomina bieganie po pierwszej zielonej trawie.

/BW/

Share:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!