środa, 11 maja 2016

Thomas chce być szczęśliwy („Książka wszystkich rzeczy” Guus Kuijer)



Są takie książki, które gnają przez głowę niczym tsunami i zostawiają w środku wielkie spustoszenie. I w zasadzie nie chce się o nich pisać, ale chciałoby się usiąść i spokojnie pomyśleć. Poukładać sobie wszystko w głowie. Jeszcze raz, na chłodno wejść w ten świat. Taka jest właśnie „Książka wszystkich rzeczy” Guusa Kuijera wydana przez Dwie Siostry w 2012, a obecnie (na szczęście!) wznowiona. Po to się czyta książki, żeby czytać takie właśnie jak ta. Może i fajnie jest się wkręcać w światy fantasy, przeżywać papierowe miłości czy rozwiązywać zagadki kolejnych wymyślnych morderstw, ale tak naprawdę najbardziej fascynujące jest czytać o czymś zwykłym, co może dziać się obok. W sąsiednim mieście, sąsiednim domu, za sąsiednimi drzwiami.


Rzecz dzieje się w Holandii, w latach 50., ale w zasadzie ma to tylko znaczenie inscenizacyjne. Równie dobrze mogłoby się dziać w Polsce AD 2016. Tak naprawdę jest to historia uniwersalna, tak jak uniwersalna jest „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego czy „Czarodziejska góra” Manna. O czym jest „Książka wszystkich rzeczy”? O religii, o przemocy, o wierze, o miłości i wreszcie o przeciwstawieniu się przemocy. 

Naprawdę chciałbym was zapewnić, że jest to literatura dla dzieci. Jest i owszem, ale dawno nie czytałem tak poruszającej prozy, chociaż okres dzieciństwa mam za sobą, podobnie jak wiele przeczytanych książek. Teraz kawałek duszy oddaję Kuijerowi i jego bohaterowi, małemu Thomasowi doświadczającemu w domu, od strony ojca przemocy, dla której uzasadnieniem mają być religia i prawidła wiary. Dobrze, że Thomas zna piękniejszą wiarę, wiarę, w której z Jezusem można pogadać jak z kumplem, a anioły chcą mieć skrzypiące nogi. Thomas to w ogóle piękny bohater. Chłopiec otwarty na dobro i wiedzę, którego pamiętnik zatytułowany „Książka wszystkich rzeczy” porównać można prawie z Biblią. Jeżeli ktoś chce, bo w tej historii każdy pewnie dostrzeże trochę co innego.


Jest to więc psychodrama z ojcem sadystą w roli głównej, który w myśl biblijnych słów katuje swoją żonę, syna i córkę Margot (jak się okaże ta ostatnia nie na darmo nosi znaczące historycznie i literacko imię). Jest to opowieść o pierwszych literackich inicjacjach małego chłopca. O odkrywaniu świata pełnego podziałów. O dostrzeganiu prawdziwej natury ludzi i rzeczy. O wierze złej i dobrej. O tych wszystkich sprawach. Ważnych sprawach.

Wiem co sobie myślicie – przemoc, ojciec sadysta, wiara… Nie, dziękuję. Chciałbym was jednak zapewnić, że to wcale nie jest smutna książka, żaden tam Zola pochylający się nad degradacją rodziny, żadna tam „Biała wstążka”. Kuijer nie deprecjonuje wiary i religii - przeciwnie – pokazuje, że prawdziwa wiara (w Boga też) polega na miłości, a nie przemocy. Nie służy też do ukrywania prawdziwej natury, do legitymowania zła. Jak ją przeczytacie to zobaczycie, że autor nie rozwiązuje tej wstrząsającej traumatycznej sytuacji rodzinnej na sposób bajkowy. Rozwiązuje ją inaczej, przyznam że dla mnie zaskakująco - pozwala przerwać ten zaklęty krąg innym ludziom, z zewnątrz. Kobietom i dzieciom. Cytując panią Van Amersfoort:

„Nie żaby, nie komary i nie zaraza, tylko my jesteśmy najlepszą plagą. My, kobiety i dzieci. Żaden faraon się nam nie oprze”

Mężczyzn reprezentuje tutaj tylko ojciec, pan Klopper (no chyba, że zaliczyć do tej grupy też Jezusa). Postać ojca jest tyleż odrażająca, co nieszczęśliwa. Jednak kobiety – to one stanowią tutaj świat, siłę napędową, prawdę i mądrość – pani Van Amersfoort, ciocia Pia, matka czy wreszcie Margot. Każda inna, każda wnosząca do tej historii coś istotnego.

Dobrze, wystarczy. Mam nadzieję, że was zachęciłem. Jeżeli uważacie, że nie – to wiedzcie przynajmniej, że bardzo chciałem zachęcić. Pisałbym jeszcze, ale mam wrażenie że każde moje słowo zakłóca czysty przekaz tej książki. Sami powinniście się z nią zmierzyć.


/BW/




4 komentarze:

  1. Tak sobie zaglądam to tu, to tam u Ciebie :) i byłam bardzo ciekawa co napiszesz o tej książce, która jest dla mnie chyba tą najważniejszą od kilku lat.

    >>Po to się czyta książki, żeby czytać takie właśnie jak ta.<<
    BARDZO ładne. JA też nie umiem jednak uciec od patosu.

    Smuci mnie, że nie mogę przekonać polonistek do wzięcia pod uwagę jej jako lektury. A teraz, po "dobrej zmianie" (wielce prawdopodobnej) i przycięciu wszelkich marginesów dowolności nauczycielki/nauczyciela, nie widzę szans...
    Choć była ta książka po wielokroć polecana m.in. tu >>> https://gwo.pl/ksiazki-dobre-dla-dzieci-p4017

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno się o ten patos choć trochę nie otrzeć... starałem się tak po prostu to przedstawić, ale niestety recenzja jest formą dużo bardziej ułomną, szczególnie przy takiej książce. Dziękuję za link, wielce ciekawe zestawienie:)

      Usuń
  2. Za Twoją (pośrednią bo pośrednią, ale jednak) namową, przeczytałam tę książkę, bo byłam jej bardzo ciekawa. Brdzo przypomniała mi lekturę "Złego pana", o którym chciałam jak najszybciej zapomnieć. Mocną stroną "Książką wszystkich rzeczy" jest sam bohater, który nie robi z siebie męczennika mimo że miał ku temu wszelkie powody. To książka bardzo przygnębiająca i niosąca nadzieję jednocześnie. Nie chcę mieć jej w swojej biblioteczce, bo nie zamierzam do niej wracać, ale kiedy moje córki będą nieco starsze, na pewno im ją ponownie wypożyczę.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Złego pana" niestety nie znam, ale "Książka wszystkich rzeczy" to jedno z moich odkryć, nie spodziewałem się że jest to tak dobra książka. I ta ciemna, przygnębiająca strona, o której piszesz jest równoważona przez stronę jasną. Dla mnie przede wszystkim niesie nadzieję. I powinna być w Polsce szerzej znana i czytana, na co jednak trudno liczyć w dzisiejszej sytuacji...

    OdpowiedzUsuń

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...