środa, 26 października 2016

Przemiana w atrakcyjnych wnętrzach („Praktyczny Pan” tekst: Roksana Jędrzejewska-Wróbel, ilustracje: Adam Pękalski)


Historyjka opowiadana przez Roksanę Jędrzejewską-Wróbel w nowej książce z Wydawnictwa Bajka to wariacja na temat obecny w literaturze dziecięcej od dawna. Ta archetypiczna fabuła traktuje o starszym mężczyźnie (bądź starszej kobiecie), którego żądza zdobycia bogactwa, władzy bądź doskonałości doprowadziła na starość do samotności i w efekcie smutnego schyłku życia. Z okowów tego przykrego żywota wyzwolić go może już tylko zwierzę potrafiące jak wiadomo kochać bezinteresownie, bądź dziecko, które (oprócz bezinteresownej miłości) pojmuje świat w prostych kategoriach i swoim naiwnym, a jednocześnie czystym i pozytywnym spojrzeniem kruszy wszelakie mury. Czyż nie o tym traktuje „Pollyanna” albo „Szaleństwa panny Ewy”? Takie wątki pojawiały się w powieściach Dickensa i pojawiają w setkach familijnych filmów. No zaryzykuję, że w setkach.

 
W „Praktycznym Panu” jest podobnie, chociaż to fabuła krótka, składająca się z kilku wyrazistych scen. Praktyczny Pan pracuje jako urzędnik, ekonomista albo analityk, który nie robi rzeczy szalonych, dobrze czuje się tylko wśród tabelek Excela i łyka pigułki na nerwy. Łyka do czasu kiedy słyszy w radiu, że ludzie w jego sytuacji powinni sprawić sobie… kota. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw bohater postanawia udać się do sklepu zoologicznego i nabyć zwierzę... Zakończenie można przewidzieć. A jednak przyjemnie czyta się takie historie.
Dobrze, że udało się zamknąć całość w krótkim tekście. Przecież można by to jeszcze pociągnąć, szerzej rozwinąć sztywniacki charakter pana, a potem w pełni pokazać przemianę (podobnie jak np. pokazał Dickens w historii Scrooge’a). Jednak tutaj ten umiar działa moim zdaniem na korzyść. To taka zabawa konwencją podjęta przez świadomą pisarkę, napisana trochę dla odetchnięcia między Florkami. Tak sobie o tym myślę. I tu mógłbym postawić kropkę. Ale tym razem to jeszcze nie wszystko...

A na komodzie książka o Bauhausie i RT-20

„Praktyczny Pan” to bowiem dowód na to jak wielką rolę w literaturze dziecięcej odgrywają ilustracje. Interpretacyjną rolę. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że bohater mieszka na polskim blokowisku, za oknami widzi fabryczne kominy, a w pokoju ma meblościankę na wysoki połysk, pseudo-turecki dywan i jelenia na rykowisku. Praktyczny Pan nie mieszka jednak w popeerelowskim bloku...
Czytałem recenzję na blogu Strefa Psotnika, gdzie autorka zdradziła ważną informację uzyskaną podczas rozmowy z ilustratorem Adamem Pękalskim. Pozwolę sobie na cytat:

„(…) odpytałam go o pracę nad książką i okazało się, że kiedy zaczął pracę nad ilustracjami do „Praktycznego pana” już na bardzo wczesnym etapie założył, że będą one nawiązywały do estetyki konstruktywistycznej, przede wszystkim do Bauhausu i do De Stijlu. Oczywiście dlatego, że beznamiętny funkcjonalizm tej estetyki jest wizualnym odzwierciedleniem emocjonalnego chłodu i wycofania, a jednocześnie obsesyjnie pedantycznego charakteru naszego bohatera”.

(link do całej recenzji)

Rozumiem i podziwiam to założenie, ale nie do końca zgadzam z efektem jaki miał wywołać (i wywołał) w książce. Tropów malarskich, architektonicznych i dizajnerskich rzeczywiście na ilustracjach nie brakuje. Modrian, Lissitzky, Bauhaus, Corbu, modernizm, konstruktywizm itd. Według mnie jednak stylistyka, która wychodzi z tego miksu wcale nie jest chłodna i wycofana! Wnętrze mieszkania Praktycznego Pana zostało urządzone starannie i jest utrzymane w pedantycznym porządku, ale czy rzeczywiście brak w nim emocji? Czy jest to wnętrze sztywniackie? Jakoś organiczna stylistyka lat 50. i 60. oraz sztuka neoplastyków nie kojarzy mi się z urzędnikiem-mizantropem i starym kawalerem? Dla mnie jest świadectwem orientacji w świecie sztuki i dizajnu. Bardziej praktycznie byłoby gdyby bohater miał w pokoju szafę Komandora i wielką zamrażarkę w kuchni, gdzie by mieścił gotowe dania na tydzień! Czy komoda w modrianowskich kolorach jest nudna i uporządkowana? A owalny stolik czy jest praktyczny? Oj nie wiem…

Czyż to aby nie Ant Chair?


Zostawmy jednak autorskie założenia. Pewnie jeszcze o nich z czasem, tu i ówdzie, usłyszymy. Popatrzmy na ilustracje. Wynika z nich, że wydarzenia rozgrywają się w Nowym Jorku albo innym amerykańskim mieście. Pokazana architektura (a także ubiór PP) zostały tak dobrane, że spokojnie możemy przenieść akcję do lat 50./60. No a w mieszkaniu... Jego wnętrze urządzono ikonami wzornictwa światowego i polskiego (lub wariacjami na temat tych ikon). Szukanie dizajnerskich tropów jest równie ciekawe, co czytanie książki (choć to zabawa raczej dla dorosłych). Ja trochę poszukałem, ale oczywiście nie znalazłem wszystkiego. Według mnie nie są to sprzęty bezemocjonalne. Spójrzcie sobie na Patynę, na WysokiPołysk, na te wszystkie grupy fb, gdzie ludzie śledzą wyrzucone na śmietnik stare meble („Uwaga, śmieciarka jedzie”) – zapewniam was, że są tam emocje, a nierzadko wyznania miłości do starych mebli czy ceramiki.

Po prawej żółta wersja RM58

Napisałbym, że sprzęty w mieszkaniu PP mają stylistykę typową dla lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ale to nie do końca prawda… Może po prostu przeczytajcie:
Żółty fotel PP o organicznym kształcie przypomina zaprojektowany w latach 60. przez Romana Modzelewskiego fotel RM58. Mebel nie wszedł wtedy do masowej produkcji, ale dzisiaj jest tworzony przez Vzór (popatrzcie sobie jak wygląda i ile kosztuje). Stół to wariacja popularnego stolika kawowego, zwanego „nerką” albo słynnego stolika pomocniczego produkowanego przez spółdzielnię „Ład” (1956) według projektu Hanny Lachert.
Klepsydryczne krzesła w poczekalni weterynarza przypominają Ant Chair zaprojektowane w 1951 roku przez Duńczyka Arne Jacobsena (wariacja raczej o wersji z 1955 roku, bo ta 4 lata wcześniejsza miała 3 nogi). Lampa na biurku przypomina kultową Anglepoise, produkowaną od 1932 przez firmę Terry Spring Company według projektu George Cawardine’a. Natomiast radio tranzystorowe stojące na komodzie (też charakterystycznej dla lat 60., pomalowanej w kolory Modriana, ale też słynnego Czerwono-Niebieskiego Krzesła Gerrita Rietvelda) – to wierne odtworzenie radia RT-20 zaprojektowanego w 1961 roku dla firmy Braun przez Dietera Ramsa.

Na marginesie powyższego, niezbyt składnego wywodu na tematy wnętrzarskie, chciałbym tylko zaznaczyć, że wiedza o historii światowego i polskiego dizajnu nie jest wśród dzieci i młodzieży (ale też Polaków) wiedzą zbyt powszechną (no był D.E.S.I.G.N. Mizielińskich), tym bardziej warto czasem ją promować. To trochę ironia losu, że robi to facet w pulowerze, z zaczeską.

/BW/

środa, 19 października 2016

Opowieści od Bałtyku do Tatr („Baśnie i legendy polskie” tekst: różni autorzy, ilustracje: Mirosław Tokarczyk)


Pełno tego w sklepach. Tak, sklepach. Nie tylko – w księgarniach. W Biedrze leży, w Lidlu leży, w Tesco bywa, że całe kosze, nawet w Społem i Media Markcie. Piękne formaty, piękne ilustracje, piękne inaczej i piękne nie-inaczej, bo czasem komuś coś się uda narysować czy złożyć. Mam z tym duży problem i robię się bardzo podejrzliwy, kiedy widzę „Księgę baśni polskich” czy inne wydawnictwo w tym stylu. Bo o ile rynek autorskiej książki dla dzieci został już w znacznym stopniu naprawiony, tak w kategorii „zbiór jakichś utworów dla dzieci” nadal jesteśmy trochę w latach 90. Dalej rządzi barokowa przesada, kapiący od złota przepych i jarmarczny skład, dalej nowe wersje klasycznych baśni i legend pisują ludzie nie za bardzo potrafiący posługiwać się językiem polskim. A nawet jak potrafiący to nie mający świadomości, że tworzą literaturę piękną. Oni tworzą produkt użytkowy. Być może ktoś gdzieś przebadał, że jeżeli już statystyczny Polak kupuje na prezent książkę dla dziecka (niekoniecznie swojego) to wybiera przede wszystkim oczami - coś co wygląda „tłusto” i „na wypas”. A potem i tak nikt tego nie czyta. Mam w domu kilka takich książek. Moje dzieci dostały właśnie na prezent od dalszej rodziny (bo bliższa wie, że prowadzimy bloga), albo ktoś znajomy przyniósł „po kimś” – dobre, pięknie wydane, niezniszczone, po co będziecie wydawać pieniądze? No jest to dyskusja z gatunku tych, których nie chce się już toczyć. Więc leżą.



Jak zatem nawigować wśród tych bajkopodobnych raf, skał i rekinów? Najlepiej zdać się na sprawdzone metody. Taką metodą sprawdzoną jest Wydawnictwo Nasza Księgarnia, które właśnie puściło w świat nowe wydanie „Baśni i legend polskich”. Myślicie, że to agitka? Poniżej konkretne uzasadnienia.

Po pierwsze:
Fakt, że baśnie i legendy pierwotnie istniały w formie mówionej nie uprawnia jeszcze do tego, żeby zapisywać je byle jak. Istnieją przecież wersje, które wyszły spod piór autorów znanych i umiejących pisać, wersje wolne od ułatwień czy wygładzeń. W zbiorze znajdziemy m.in. teksty Mariana Orłonia, Marii Krüger, Artura Oppmana i Wandy Chotomskiej. Wiem, sporo w nich archaizmów i w ogóle nieznanych słów, nierzadko przestawny szyk. Warto jednak przekonać się, że starannym i pięknym językiem nie trzeba „machać jak cepem”, a tym samym nie trzeba wielu zdań, żeby trafić w sedno. Być może zdziwicie się jak krótki (a jednocześnie bogaty w treści) jest np. „Bazyliszek” Orłonia. 



Po drugie:
Ilustracje Tokarczyka nie „przyduszają” zebranych historii. Są skromne, ale charakterystyczne, o mocnych kolorach. Nie jest to żadne formalne szaleństwo (jak np. w przypadku książki „Legendy warszawskie. Antologia” wydanej przez Muzeum Warszawy (http://muzeumwarszawy.pl/project/legendy-warszawskie-antologia/), ale też nie standardowy banał. Styl znamy z tylnej okładki serii „Poczytaj mi mamo” – ilustracje tworzą piękne tło, nie wpychają się na pierwszy plan, ale z drugiej strony nie sposób ich pominąć wzrokiem.





Po trzecie:
Dostajemy tutaj naprawdę udany i szeroki przekrój polskich baśni i legend od Bałtyku do Tatr. Historie najważniejsze. Pomnikowe obdarte z pomnikowości. Jest Wars i Sawa, Janosik, poznańskie koziołki, krakowski hejnał i toruńskie pierniki. Niby znane, w dzieciństwie czytane, kształtowały naszą wyobraźnię i okazuje się, że nic ze swojej wartości nie straciły. I pozwalają przekonać się w jak barwnym kulturowo kraju mieszkamy, chociaż już zdążyliśmy o tym zapomnieć.

Po czwarte:
Książka została wydana zgodnie z zasadą umiaru. Nie jest więc jakąś przypadkową broszurą, ale też trudno określić ją barokową cegłą. Na pewno nie wstyd jej komuś dać.

Nie wiem czy „Baśnie i legendy polskie” z NK to pozycja najlepsza z najlepszych w tym gatunku, jeżeli jednak macie dość olesiejukowych erzaców to warto po nią sięgnąć.

niedziela, 16 października 2016

Ojciec o dwóch twarzach („Mus jabłkowy” tekst i ilustracje: Klaas Verplancke)


Trzecia niderlandzka książka dla dzieci z Wydawnictwa Dwie Siostry, którą opisuję. I trzecia o tacie. Dwie pierwsze zrobiły na mnie wielkie wrażenie. I z tą trzecią nie mogło być inaczej. Mimo iż w odróżnieniu do „Taty” Toona Tellegena i „Książki wszystkich rzeczy” Guusa Kuijera, gdzie mieliśmy do czynienia raczej z sążnistymi narracjami – „Mus jabłkowy” Klaasa Verplancke to książka obrazkowa z niewielką ilością tekstu.



Holenderski autor pisze i rysuje na temat relacji ojca i syna. Matka jest tutaj zupełnie nieobecna, co różni tę pozycję od dwóch poprzednich. Zostawmy jednak porównania.
W „Musie” ojciec przedstawiony został pod dwoma postaciami – tą fajną, jako towarzysz zabaw, wesołek, człowiek z drobnymi wadami, których jednak nie ukrywa. I tę ciemną, kiedy się denerwuje, wścieka, kiedy musi od syna coś wyegzekwować, kiedy staje się kimś innym, nieznanym, strasznym. Chyba każdy tato zna takie sytuacje, zna dylematy, pamięta kiedy z jasnej przechodził na ciemną stronę mocy. To nie jest książka o sytuacji patologicznej. Autorowi udało się przetworzyć w metaforę normalne życie w normalnej rodzinie. Każdy z nas musi kiedyś zagonić dziecko do odrabiania lekcji czy sprzątania. Każdy z nas przemienia się w potwora. Niestety.



Świat został tutaj pokazany z pozycji dziecka, Janka. To ważne. Ojciec z domatora z brzuszkiem zmienia się w małpoluda właśnie w oczach synka. Nie pamiętam innej książki, która tak organicznie, zmysłowo, obrazowo pokazywałaby to, co dzieje się w psychice dziecka, po tym jak traci (chwilowo) oparcie w rodzicu. Po przemianie ojca, świat zaczyna przypominać horror, gdzie na opuszczonego, rozżalonego i pragnącego zemsty chłopca czyha wiele strachów i niebezpieczeństw. Chłopiec błąka się po lesie Inaczej-Lepiej, gdzie drzewa „wyśpiewują piosenki, które brzmią jak  pioruny”:


Janku, Janku, słyszysz mnie?
Ruszysz w końcu się czy nie?
Rób te lekcje, pośpiesz się,
bo do garnka wrzucę je!


Tytułowy „mus jabłkowy” to kulinarna specjalność taty a zarazem ulubiony przysmak Janka, który kojarzy mu się z bezpieczeństwem, spokojem i miłością. Kiedy więc przykra sytuacja mija w powietrzu znowu czuć jabłkami.
Ilustracje w książce także są autorstwa Verplanckego i robią tutaj większość klimatu. Szczególnie udatnie pokazana została przemiana ojca, którego familiarna, pocieszna postać naturalnie  i przerażająco łatwo zmienia w postać małpoluda-potwora. 



W temacie „niderlandzka literatura dla dzieci” jestem radosnym laikiem, nie wiem jakie tam były nurty, co z czego wyrosło i kto gdzie postawił milowe kamienie. Czytam i cieszę się z każdego odkrycia. „Mus jabłkowy’ czytałem wielokrotnie i za każdym razem na końcu przechodził mnie dreszcz.

/BW/

środa, 12 października 2016

Ezop wiecznie żywy („Uwaga, wilk! i inne bajki Ezopa”, tekst: Cristóbal Joannon, ilustracje: Agata Raczyńska, „Żywot Ezopa Fryga, mędrca obyczajnego z przypowieściami jego”, oprac. Antonina Jelicz, ilustracje: Zbigniew Rychlicki)


Z okazji premiery nowej książki z bajkami Ezopa w Naszej Księgarni chciałbym zaproponować wam krótką podróż do przeszłości. Wszak podróże podobno kształcą.

Oto mamy rok 1950, w Polsce trwa najczarniejsza noc stalinizmu, a Antonina Jelicz kończy polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim. Pewnie nie macie pojęcia kim jest Antonina Jelicz? Otóż już wkrótce zostanie autorką wybitnych opracowań literatury staropolskiej. Dla tej recenzji jednak ważne jest to, że po studiach przyjeżdża do Warszawy i w 1951 roku dostaje pracę jako redaktor w Naszej Księgarni. Czasy są ciężkie. Także dla literatury dziecięcej. Jelicz przejmuje w wydawnictwie opiekę nad serią „Biblioteka Klasyków”. Długo w NK nie pracuje. W tym samym roku przechodzi do PIW-u, gdzie w pełni rozwinie skrzydła. Kilka książeczek z serii BK zdążyło się jednak ukazać. 




Być może myślicie, że w serii „Biblioteka Klasyków” ukazywały się klasyczne baśnie Andersena albo wiersze Konopnickiej czy Tuwima... Nic z tych rzeczy. Była to klasyka bardziej leciwa. Niekoniecznie dziecięca. Którą łatwo było odpowiednio „nadbudować”. W tej właśnie serii ukazał się „Żywot Ezopa Fryga, mędrca obyczajnego z przypowieściami jego” (1951) autorstwa Biernata z Lublina, wczesnorenesansowego poety. Czy była to wersja podrasowana dla dziecięcego czytelnika? Nie. Czysty Biernat, że tak powiem. Oczywiście wiersz o życiu bajkopisarza został znacznie okrojony, a po nim znalazł się wybór bajek. Ten wybór i wstęp Antoniny Jelicz to były jedyne działania, w których można domyślać się, że to wydawnictwo zostało stworzone z myślą o dzieciach!

We wstępie Jelicz przybliża najmłodszym czasy Biernata a robi to w sposób bardzo propagandowy. Pamiętajmy jest stalinizm, autorka dostała pierwszą pracę po studiach – obrywa więc i kler, i szlachta, a Biernatowi jako przedstawicielowi mieszczaństwa (który to stan stalinizm nawet tolerował), ciągle ktoś rzuca kłody pod nogi. Zaprezentowane bajki także przeszły odpowiednią ideologiczną selekcję. Zresztą, przeżyjmy to jeszcze raz. Oto krótki cytat:

„Takie gadki (bajki – przyp. BW) powtarzano sobie, wędrowały z ust do ust, zapisywano je często, zwłaszcza jeśli były zabawne i pouczające. Dostawało się w nich złym panom wyzyskującym ubogich ludzi, chytrym oszustom, chciwym księżom, co więcej dbali o własny zysk niż o zbawienie, o które tak kazali troszczyć się wiernym”.

Czujecie ten klimat? Ilustracje są dziełem Zbigniewa Rychlickiego, który też dopiero zaczynał ilustrowanie książek dla NK.





65 years later...


Do księgarni trafia książka „Uwaga, wilk! i inne bajki Ezopa”. Napisał ją chilijski autor Cristóbal Joannon, również pracownik naukowy (a dodatkowo poeta). Zilustrowała Agata Raczyńska, która posiada spore doświadczenie w tworzeniu komiksów. Tutaj z niego skorzystała. Wiele zmieniło się przez te 65 lat, zmieniło się podejście do dzieci i zmieniły się standardy literatury dla najmłodszych. Wiemy o tym, ale trudno to sobie niekiedy wyobrazić. Chyba, że pozwolimy sobie na krótkie (naprawdę!) porównanie.



 

W 1951 roku nie przejmowano się tym, żeby język książki skierowanej do dzieci był dostosowany do ich możliwości poznawczych. „Żywot Ezopa Fryga...” Biernata z Lublina w opracowaniu Jelicz może służyć za przykład skrajny. Z tym tekstem mają problem nawet studenci polonistyki (poniżej strona).



W 2016 roku bajki ezopowe zostały zaprezentowane w formie rozkładówkowych komiksów. Tak, komiksów! Bohaterowie nie przemawiają staropolszczyzną, mówią prosto i krótko. Jak to w komiksowych dymkach, gdzie teksty zwykle raczej się skraca zamiast wydłużać.



Warto może też dodać, że dzieło Biernata to jest autorskie spojrzenie renesansowego poety na życie i spuściznę starożytnego bajkopisarza. W „Uwaga! Wilk...” dostajemy już tylko bajki Ezopa. Autor korzystał zresztą (czemu trudno się dziwić) z wydań: hiszpańskiego (2004) i angielskiego (2003). Przestała liczyć się ideologia, liczy się przekaz.
Jelicz wybrała bajki, które pasowały jej do obrazu Biernata jako prostego człowieka prześladowanego przez burżujów, Joannon przypomina teksty do dzisiaj zaskakujące aktualnością i mądrością. Wyjaśnia to zresztą w posłowiu. 


W kwestii ilustracji. Zbigniew Rychlicki pięknie nawiązał do miniatur (i inicjałów), którymi niegdyś ozdabiano księgi. Są to ilustracje czarno białe, a jedynym dodatkowym kolorem jest krwista czerwień okładki. Książka, jak to w latach 50., została wydana bardzo starannie (szyta, twarda okładka) i przyznać trzeba, że do dzisiaj przyciąga wzrok i brak jej większych uszkodzeń.
Ilustracje Raczyńskiej to komiksy. Pomysł, żeby w taki sposób zaprezentować teksty Ezopa był ryzykowny. Sztuka ta jednak udała się. Forma jest nowoczesna, a jednak teksty nadal działają. Są dydaktyczne i filozoficzne. Czytaliśmy z zainteresowaniem.




I na koniec może jeszcze krótkie wyjaśnienie po co w ogóle to porównanie? Wydaje mi się, że jesteśmy tutaj gdzie jesteśmy – w Polsce, w Europie, w roku 2016 – żeby bohaterowie bajek Ezopa mogli porozmawiać komiksowymi dymkami. Frazę Biernata z Lublina sugerowałbym zostawić jednak maturzystom i studentom.

/BW/


sobota, 8 października 2016

Skarpetkowa powieść łotrzykowska („Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” tekst: Justyna Bednarek, ilustracje: Daniel de Latour)


Fabularny punkt wyjścia w książce Justyny Bednarek znany jest, jak myślę, wielu osobom w wielu krajach. Komuż bowiem nie zaginęła druga skarpetka od pary? Celowo nie piszę: Któż nie zgubił drugiej skarpetki do pary, bo udział „nosiciela” nie wydaje się tutaj istotny. Na temat tego, co się dzieje ze skarpetkami po ich zdjęciu ze stóp powstało już kilka teorii. Tych nieoficjalnych i oficjalnych (jak w książce „Niedoparki” Pavla Šruta). Książka Bednarek, wydana przez Poradnię K, proponuje kolejną. W jaki sposób giną nam skarpetki? Przede wszystkim „giną” to zbyt ostateczne słowo. Nie giną, ale dostają nowe życie(a).


U Šruta (polski przekład jego książki wydało wrocławska Afera w 2012 roku) za znikanie skarpet odpowiadają tytułowe stworki żywiące się skarpetami. Czeski autor stworzył więc baśniowy świat równoległy. Siła książki Bednarek polega natomiast na tym, że ona takiego zabiegu nie stosuje. Jedynym elementem baśniowej fantastyki jest w „Niesamowitych przygodach dziesięciu skarpetek” fakt, że skarpetki żyją, rozmawiają i działają. Jednak ich losy „na wolności” związane są w stu procentach ze światem ludzi i zwierząt. To tam znajdują swoje miejsce. To nie jest świat równoległy, to jest nasz, polski świat z wieloma jego problemami. Odebrałem tę książkę bardzo aktualnie. Uważam, że jej wartość nie polega jedynie na opowiedzeniu kilku pomysłowych historyjek o uciekających skarpetkach. Autorka przekazuje dzieciom zbiór ważnych lekcji na temat funkcjonowania w społeczeństwie. Lekcji, które na jakimś WOS-ie przybrałyby pewnie formę poradnikowej publicystyki. Tymczasem tutaj mamy coś w rodzaju skarpetkowej powieści łotrzykowskiej lub jak kto woli powieści drogi z dziury pod pralką.




Oczywiście trzeba zaznaczyć, że takie kwestie jak adopcja, przynależność partyjna, bezdomność, znęcanie się nad zwierzętami czy sytuacja dziecka w szpitalu zostały tutaj poruszone w sposób dopasowany do dziecięcej wyobraźni i sposobu pojmowania świata. Dlatego książka mimo iż traktuje o poważnych sprawach nie jest dla czytelnika czy czytacza uciążliwa. Akcja toczy się wartko i atrakcyjnie – niekiedy miałem wprawdzie wrażenie, że w którymś tam momencie to dzianie się jest zbyt szybkie, że jeszcze bym poczytał więcej o którejś skarpetce, a tu skok i już zaczyna się kolejna przygoda. Ale to nie jest żaden zarzut, raczej podziw dla łatwości z jaką autorka wymyśla kolejne historyjki, z których każda mogłaby z powodzeniem funkcjonować w osobnej książce.



Książka jest bogato ilustrowana przez Daniela de Latoura, także jeśli ktoś spodziewa się jednego obrazka na rozdział to uspokajam. Młodsze dzieci także będą miały frajdę z przeglądania tego wydawnictwa, podczas gdy starsze zaangażują się w przedstawiane wydarzenia. Ulubiona historyjka Kostka, jest o skarpecie, która została prywatnym detektywem. Jej pierwszą sprawą było odkrycie tożsamości złodzieja ciastek w pewnej cukierni…

A na koniec chciałbym wystąpić z ważnym apelem: Szanujcie wasze skarpetki! One też mają uczucia, plany i marzenia. Pamiętajcie: skarpeta też człowiek.


/BW/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...