środa, 11 stycznia 2017

O tym jak śmiałem się ze sztucznych rzygów („Ariol. Wszyscy jesteśmy osiołkami” tekst: Emmanuel Guibert, rysunki: Marc Boutavant)


Zacząłem się ostatnio zastanawiać czy śmieszyły mnie kiedyś komiksy… Czy czytając, lata świetlne temu, „Kajka i Kokosza”, „Tytusa, Romka i A’Tomka”, przygody Kleksa albo komiksy Tadeusza Baranowskiego kiedykolwiek się zaśmiałem? I nie żeby tam nie było odpowiednich obrazków i dialogów! Baranowski skrzył się przecież humorem słownym i sytuacyjnym, w Tytusie też było sporo „volens nolens kraplaków”, a i u Christy humor nie kończył się na mirmiłowskim „posadźcie orchidee na moim grobie”. A jednak nie pamiętam, abym prychnął kiedyś śmiechem… Przeżywałem, czytałem po kilkanaście razy, gapiłem się na te obrazki, na te łażące na drugim planie u Chmielewskiego świnki i napisy „Toto buduje stadiony”, ale żeby się śmiać to chyba nie…



I oto kilkanaście dni temu, trochę przez przypadek (komiks miał być na prezent, ale poczta zawiodła…) zaczęliśmy czytać komiks zatytułowany „Ariol. Wszyscy jesteśmy osiołkami” (Wydawnictwo Adamada). To w zasadzie pierwszy pełnoprawny komiks, który pzeczytałem Kostkowi (fanfary). Próbowaliśmy wcześniej z „Ryjówką przeznaczenia”, ale jakoś nam nie szło. „Ryjówka” jest świetna, ale „Ariol” ma nad nią jedną (albo dwie) początkowe przewagi. Po pierwsze jest to komiks złożony z części, z których każda stanowi osobną, krótką historię. A wiadomo, że krótsze na początek lepsze. Po drugie rozmiary kadrów są identyczne – każdą stronę podzielono na cztery części. Od czasu do czasu pojawiają się obrazki podwójne, ale to jedyne odstępstwo. Taki układ pozwala wytłumaczyć dziecku jak ogląda się komiksy i czyta dymki. Nie ma tu jeszcze formalnych szaleństw z kadrami. Jednak te dwa „techniczne” udogodnienia, byłyby mało istotne gdyby nie sama historia...



Fabuła na pierwszy rzut oka nie traktuje o niczym nowym. Główny bohater to chłopiec, który ma kumpla i razem chodzą do szkoły, gdzie mają jeszcze więcej kumpli. A w tej szkole: pierwsze miłości, wygłupy i sztubackie żarty, starcia z nauczycielami, fascynacja filmowym superbohaterem a do tego jeszcze obok kłopoty z rodzicami, którzy zupełnie nie rozumieją, co jest ważne w życiu. Trochę taki Mikołajek, trochę Niziurski. I jeszcze z tuzin skojarzeń można dołożyć. Wydarzenia rozgrywają się w szkole, gdzieś w środkowych klasach podstawówki. Na stronie wydawnictwa określono wiek odbiorców tej książeczki na 10+. Cóż, niezbadane są koleje lektury! Kostek ma bowiem lat 5.




Dobra – kilka fokusów. Bohaterami są uczniowie, ale nie ludzie, lecz zwierzęta. I nie ma tutaj dominującego gatunku: krowy, lisy, koty, żaby a nawet muchy tworzą społeczeństwo podobne do ludzkiego. Protagonista Ariol jest osiołkiem w wielkich okularach, ale marzy o tym żeby być koniem jak jego ukochany superbohater Superkoń. Tymczasem jedynym koniem, którego zna, jest lekko fajtłapowaty i zwalisty kolega Stępak (brawa dla Tomasza Swobody za tłumaczenie).

Pełno tutaj zabawnych analogii przenoszących zwyczaje człowieka w świat zwierzęcy, które pozwalają nam ludziom (ho, ho) przejrzeć się w zwierciadle satyry. I teraz pora na wyznanie: nie spodziewałem się, że kiedykolwiek jeszcze rozbawią mnie żarty z wykorzystaniem sztucznych rzygów. A jednak. „Sztuczne rzygi” proszę ja was, to nasz ulubiony kawałek. A raczej Kostka, który nauczył się go na pamięć i przeczytał babci przy stole. Ja osobiście mam więcej ulubionych – choćby ten o babci, która zabrała wnuka i jego kolegę (najlepszym kumplem Ariola jest prosiak Ramono) do kina na film o Superkoniu (Superkoń nas wszystkich broń!), ten o wybieraniu pieniędzy z bankomatu przez tatę Ariola czy o lekcji wuefu, podczas której uczniowie skaczą wzwyż. 



Początkujący twórcy komiksowi powinni się od Guiberta uczyć pisania dialogów. Tym bardziej, że w zasadzie jest to komiks dla dosyć określonego odbiorcy, wszak traktuje o przechodzeniu w nastoletniość, o dojrzewaniu i tych wszystkich przeklętych problemach wczesnej młodości generowanych na linii dom-podwórko-szkoła. A jednak dawno nie czytałem tak zabawnej książki. Nie wiem czy to kwestia tego, że dziecinnieję (to jest bardzo możliwe z uwagi na fakt, że ostatnio czytam wyłącznie literaturę dla dzieci i komiksy), czy raczej to zasługa inteligencji twórców, którzy stworzyli malutkie komiksowe arcydziełko.

Tak, śmiałem się czytając „Ariola”.

/BW/

PS. Po raz pierwszy chciałbym podziękować Poczcie Polskiej, że nie doręczyła przesyłki na czas. Wysyłam do was pięć tysięcy policjantów z bombami atomowymi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...