wtorek, 30 maja 2017

Przygody przedmiotów codziennego użytku („Nowe przygody skarpetek”, „O srebrnej łyżce”, tekst: Justyna Bednarek, ilustracje: Daniel de Latour)


To było raczej pewne. Po bestsellerowych „Niesamowitych przygodach dziesięciu skarpetek” Justyna Bednarek postanowiła ponownie zajrzeć do mieszkania mamy, taty i małej Be, a przede wszystkim do łazienki, w której niezmiennie stoi pralka, kosz na brudną bieliznę a także znajduje się sławetna czarna dziura, będąca portalem przenoszącym do dowolnych światów. To właśnie, swojskie milieu było początkiem drogi dla wielu „nanożnych” bohaterek w części pierwszej. Nie inaczej dzieje się w części drugiej. Książka zatytułowana tym razem „Nowe przygody skarpetek (Jeszcze bardziej niesamowite)” (Poradnia K) nie przywołuje już w tytule konkretnej liczby głównych bohaterek (jest ich tym razem 13), a rozpoczyna się od dramatycznie brzmiącej deklaracji taty, który postanawia zakleić skarpetkową drogę ku wolności i (co istotniejsze) szczęściu.

 
Z tworzeniem drugich części książek (i nie tylko), które stały się hitami sprawa zwykle nie jest łatwa - a o sukcesie „jedynki” niech zaświadczy fakt, że była to jedyna wartościowa książka dla dzieci, którą widziałem wyeksponowaną w saloniku prasowym (!). Wszyscy spodziewają się czegoś równie udanego, a przecież autor traci choćby taki ogromny atut jak efekt zaskoczenia. I jeśli o to chodzi – rzeczywiście zaskoczenia nie ma. Skarpetki dalej uciekają i trafiają w różne interesujące miejsca, nawet pomimo odgrażania się taty małej Be, że dziurę pod pralką załata. Mam wrażenie, że Justyna Bednarek nawet trochę zmarnowała potencjał tego fabularnego twistu, a przecież mógł on pchnąć tę historię na zupełnie nowe tory np. pozwolić różnym zdekompletowanym skarpetom działać razem. Bo jak dotąd to każda sobie rzepkę skrobie…

Nie uważam jednak, że przewidywalność jest wadą tej książki. Justyna Bednarek nie poszła w „odcinanie kuponów”. Mam taką generalną obserwację po lekturze, że opowiadania z „dwójki’ są nawet bardziej dopracowane, pełniejsze. W części pierwszej, w kilku przygodach akcja pędziła według mnie zbyt szybko – spieszę donieść, że w „Nowych przygodach...” takich sytuacji nie ma. Jest to także tom lżejszy tematycznie – autorka nie ukrywa tutaj aż tak wielu publicystycznych problemów, których twórcze wykorzystanie było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem „jedynki”. W kontynuacji pisarka udowadnia, że i bez tego wyobraźnia dostarcza jej wielu tematów (motyw ten został zresztą wykorzystany w jednym z tekstów) np. z jednej skarpety robi serowara (mamy tutaj też duży skok czasowy i w zakończeniu teoretycznie mała Be jest duża), innej pozwala lecieć w komos albo tchnąć nowe życie w teatralne przedstawienie o Kopciuszku. Wydaje mi się jednak, że w części trzeciej (o ile powstanie, na co liczę) Justyna Bednarek będzie już musiała zdecydować się na jakąś bardziej rewolucyjną fabularną zmianę…



We wspomnianej „przygodzie”, nazwijmy ją autotematyczną, poznajemy skarpetkę, która widzi fantastyczne stworzenia: garuki i ptakoryby. Nikt nie chce jej wierzyć, aż trafia na pewną pisarkę, która nie dość, że widzi te stwory to jeszcze chce je opisać. Ciekawe, na dziecięcym poziomie percepcji, wytłumaczenie źródeł pisarskiego natchnienia...

Inne wytłumaczenie znajdziemy w kolejnej nowej książce Justyny Bednarek „O srebrnej łyżce” (Literacki Egmont, seria: Poczytaj ze mną). Łyżka (będąca eksponatem warszawskiego muzeum Polin?) z podpisem właściciela Dawida Lachmana stała się dla pisarki okazją do przypomnienia świata, który bezpowrotnie zniknął z Polski, zmieciony przez XX-wieczną historię. Te dwie pozycje (o skarpetkach i o łyżce) są wprost stworzone do opisania we wspólnej recenzji – w obydwu oprócz tekstów tej samej autorki, mamy ilustracje Daniela de Latoura i pojawiają się rzeczone postacie garuków i ptakoryb.

„O srebrnej łyżce” to utwór po pierwsze edukacyjny – mający prezentować czym jest „przypowieść”. Bardzo stary gatunek literacki, znany przede wszystkim z Biblii. Po drugie został napisany na zamówienie Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, w ramach festiwalu Made in Polin – a zatem bardzo istotny jest tutaj także kontekst judaistyczny. Przyznam, że trochę się obawiałem czy te cele – edukacyjny i upamiętniający – uda się autorce dobrze połączyć. I według mnie wyszła z tego obronnym piórem;) Aczkolwiek początek jest raczej „przypowieściowy” – mamy tutaj autorskie wersje przypowieści o stworzeniu świata, człowieka czy o królu Salomonie, a dalej głębiej wchodzimy w życie żydowskiej rodziny Lachmanów, poznajemy żydowskie zwyczaje i ten niepowtarzalny sposób myślenia oraz postrzegania świata. Przewodniczką jest tytułowa, mówiąca łyżka. Mieliśmy i mamy w Polsce wielu pisarzy, którzy genialnie opisywali ten nieistniejący dziś świat – choćby Hanna Krall, Henryk Grynberg, Julian Stryjowski, Bohdan Drozdowski – opowiadanie Justyny Bednarek może być dobrym wstępem do sięgnięcia po ich książki. Tym bardziej, że „O srebrnej łyżce” skierowane jest raczej do starszych dzieci. 

Przyznam, że miałem ciarki na plecach kiedy przeczytałem:
„Pewnego dnia musieli bowiem odejść ze swojego miasteczka. Czekała ich bardzo daleka i bardzo trudna podróż, w którą nie mogli zabrać łyżki”. A wart podkreślenia jest fakt, że autorka ani razu nie pisze o wojnie, śmierci, Holokauście. Opisuje rzeczy dobre, harmonijny, nieskażony świat. Wojnę, też raczej domyślną, widać tylko na jednej ilustracji de Latoura.

Zachęcam zatem do lektury dwóch książek Justyny Bednarek i może zabrzmi to banalnie, ale każdy znajdzie w nich coś dla siebie.


/BW/


środa, 24 maja 2017

Jak brat z siostrą („Moja młodsza siostra” tekst: Astrid Desbordes, ilustracje: Pauline Martin)


Kiedy biorę do rąk książkę, w której na każdej stronie (a często rozkładówce) znajdują się dwa krótkie zdania, zwykle zadaję sobie pytanie: czy autorom się uda? Czy moje dzieci załapią, polubią, czy dadzą się uwieść kilkunastu zdaniom i kilkunastu ilustracjom? Nie powiem - lubię obserwować efekty działania takich skondensowanych historii na wyobraźnię moich małych słuchaczy. Widać wtedy jak na dłoni czy autor (tłumacz) użył właściwych słów, a ilustrator odpowiednio słowa zwizualizował? Przecież czasu nie ma wiele, bo ile minut zajmuje przeczytanie takiego tekściku? Autorskie zadanie nie jest łatwe i szczerze podziwiam twórców, którzy się na to decydują. O wiele prościej jest lać wodę przez stron czterysta, niż kapać wodą przez kilkanaście. Takie miałem myśli otwierając „Moją młodszą siostrę” (Wydawnictwo Entliczek). Zacząłem czytać i nie zdążyłem dojść do połowy, a już wiedziałem, że Astrid Desbordes i Pauline Martin odniosły sukces. Trafiły do mojej pary słuchaczy. Po przeczytaniu usłyszałem: jeszcze raz! A Matylda wzięła książkę do łóżka i usnęła przytulając się do niej. O czym zatem jest „Moja młodsza siostra”?


Rodzice zabierają synka na lody i mówią, że będzie miał siostrzyczkę. Jak wygląda taka dziewczynka? Czy fajnie mieć siostrę, a jeśli tak - to dlaczego? Na takie pytania próbuje odpowiedzieć chłopiec, który jest tutaj narratorem. Właśnie: próbuje. Domyśla się, ale też często doskonale nazywa swoje przypuszczenia. A potem, kiedy siostra już jest na świecie, celnie opisuje ich relacje. Werbalizuje to, co odczuwają kilkuletnie dzieci. Wydaje mi się, że ta książeczka pozwala im lepiej swoje odczucia zrozumieć. Na przykład: co to znaczy, że kłócą się na zawsze, ale nigdy na długo? Dla dorosłego to bez sensu, jednak dzieci doskonale zrozumieją.

Ale cenię tę książkę także za unaocznienie młodym czytelnikom czy słuchaczom faktu, że współistnienie i przebywanie z drugą osobą, tutaj siostrą, jest wspaniałą i także wymagającą przygodą, a człowiek czuje się spełniony dopiero wtedy, kiedy innemu człowiekowi w pełni zaufa.

Poleca się do czytania. Działa.

/BW/






poniedziałek, 22 maja 2017

Bez ograniczeń wiekowych („Psy i koty pod lupą naukowców” tekst: Antonio Fischetti, ilustracje: Sebastien Mourrain)

Pod poważnym tytułem, kojarzącym się niemalże z publikacją naukową, znajdziemy bardzo ciekawe opowiadania pełne informacji i ciekawostek dotyczących najpopularniejszych zwierząt domowych – psów i kotów. Wiem, że książek o takiej tematyce w księgarniach można znaleźć bez liku – jednak ta pozycja z pewnością wyróżnia się na ich tle. To wręcz encyklopedyczny przykład na to w jaki sposób świeżo opowiadać o czymś, co dobrze wiemy. Tylko pytanie: czy rzeczywiście dobrze wiemy? Przyznam, że ja nie wiedziałem. Wprawdzie obecnie z różnych przyczyn nie jestem właścicielem czworonoga – jednak w przeszłości było inaczej. W domu rodzinnym zawsze mieliśmy psa albo kota, albo kota i psa razem. Więc wydawało mi się, że nie jestem w tym temacie zielony...

Na wewnętrznej okładce umieszczona została warta przytoczenia informacje, że książka została wydana z okazji wystawy Psy & Koty, która była prezentowana całkiem niedawno w Paryżu (IV 2015 – II 2016).



Teksty Fischettiego (przełożone przez Sylwię Sawicką) są interesujące, napisane lekką ręką i można się z nich dowiedzieć wielu niesłychanych rzeczy m.in. o szczekaniu, głaskaniu, wąchaniu, posłuszeństwie, spacerach, miauczeniu, toalecie czy spadaniu na cztery łapy. Oczywiście dla osób interesujących się tematem być może są to sprawy powszechnie znane, jednak dla mnie, częstokroć były prawdziwymi odkryciami. Celowo nie wdaję się tutaj w szczegóły, ponieważ gdybym zaczął je wypisywać powstałby sążnisty elaborat. Lepiej poczytajcie sami – ta książka z pewnością zdoła was zaskoczyć. W każdym opowiadaniu większą czcionką zaznaczono szczególnie interesujące fragmenty. Spieszę jednak donieść, że i w czcionce drobnej, czarnej znalazłem wiele poznawczego dobra;)

Ilustracje Mourraina stanowią przewrotny i przeważnie humorystyczny komentarz do opowieści. Duży format książki sprawia, że są dobrze wyeksponowane i każdemu tekstowi towarzyszy jedna, wymowna ilustracja, traktująca przeważnie sąsiednią treść z przymrużeniem oka. Świetne są te ilustracje, teksty i cała książka. Mam nadzieję, że w naszym kraju, w którym tak wiele osób kocha zwierzęta, znajdzie ona należne sobie uznanie. Oczywiście nie tylko wśród dzieci - nie widzę bowiem dla jej czytelników jakichkolwiek granic wiekowych.



Pod moim oknem znajduje się pas zieleni z krzewami i drzewami – dlatego kilka razy dziennie widzę właścicieli czworonogów wyprowadzających swoich pupili. Są to ludzie bardzo różni, dzieci i dorośli, młodzi i starzy, grubi i chudzi, radośni i smutni. Mam wrażenie, że każdy z nich znalazłby w tej książce coś dla siebie.

/BW/

Uwaga!
Wydawnictwo Polarny Lis organizuje konkurs związany z tą książką. Nie jest to bardzo skomplikowany konkurs, więc jeśli chcecie stać się szczęśliwymi posiadaczami „Psów i kotów pod lupą naukowców” (a warto!) to do 28 maja możecie w tym konkursie wziąć udział. Trzeba zrobić swojemu czworonożnemu ulubieńcowi zdjęcie, w chwili gdy macie wrażenie, że chce wam coś przekazać. Potem umieszczacie fotografię na fanpejdżu wydawnictwa bądź na Instagramie wraz z krótkim opisem wyjaśniającym „mowę” twojego pupila i tagujecie ją #psyikotykonkurs. Na autorów zwycięskich prac czekają nagrody: opisywana w tym poście książka, prenumerata „Magazynu Kocie Sprawy” oraz bony podarunkowe do internetowego sklepu zooart. Więcej szczegółów oraz regulamin konkursu znajdziecie tutaj: http://polarnylis.pl/aktualnosc/17/Konkurs-foto-,,Co-m%EF%BF%BDwia-do-nas-psy-i-koty?



środa, 17 maja 2017

Puszczyk w mieście („Mój przyjaciel Stefan” tekst i ilustracje: Eva Lindström)


I znowu (który to już raz?) zazdroszczę szwedzkiej pisarce dla dzieci. Tym razem nazywa się Eva Lindström i napisała książkę o przygodach puszczyka Stefana (Wydawnictwo Zakamarki). Tak się chyba zwykle pisze: o przygodach. Tylko czy fabuła tej książeczki to rzeczywiście ciąg przygód, które kojarzą się z czymś romantycznym i ekscytującym? Nie. To jest książka o życiu, zwyczajnym życiu, które jest trudne, niesie ze sobą wiele rozczarowań i tylko niekiedy i niektórym udaje się wzlecieć w niebo. 


Dobrze, ale nie napisałem czego zazdroszczę. Otóż zazdroszczę pewnego rodzaju łatwości myślenia (trudno precyzyjnie opisać ten dar, który wyczuwa się tutaj w każdym zdaniu) - łatwości, która potrafi zmienić oklepany standard pt. „Przygody gadającego ptaka wśród ludzi” w coś zupełnie innego, niespodziewanego na polu literatury dla dzieci. Przecież wciąż jeszcze, statystyczna większość kojarzy taką literaturę z pokrzepianiem serc, rozśmieszaniem albo dydaktyką. A tutaj?


Historię Stefana poznajemy z opowiadania dziewczyny, która spotkała puszczyka pod supermarketem. Ptakowi rozerwała się torba. Stefan przyjechał z prowincji. Sprzedał swój dom czyli sosnę i wybrał wielkie miasto. A „w wielkim mieście niebo jasne i w ogóle żyć niełatwo” jak śpiewa Adam Nowak. Kilka tych sów może i w tej betonowej dżungli jest (sowy to rząd, puszczyk gatunek), ale żadnej znajomej. Raz sowa złapie lepszą pracę, trzy razy gorszą, będzie próbowała pracować na własny rachunek, będzie próbowała komuś zaufać. Poniesie sporo porażek. Nie podda się jednak. Od razu zaznaczam: oprócz tego, że jest to historia o zwyczajnym życiu, Eva Lindström pokazuje świat nie do końca prawdziwy, w pewnym sensie alternatywny. Prowokujący do myślenia. Sylwia ze spożywczego potrafi w tym świecie nauczyć się latać i wyrusza na południe, a puszczyk Stefan ma problemy w pracy, bo źle wywiercił dziury pod półki. Granica między realizmem a fantastyką jest cieniutka i umowna. A jednocześnie autorce nie zdarzają się fabularne szarże i zbyt proste rozwiązania.

Na przykładzie zwierzaka, który w innej fabule miałbym pewnie fantastyczne życie (a nawet jakby nie miał, to chroniłby go baśniowy kostium), możemy pokazać dzieciom jak trudny jest los przybysza, imigranta, obcego. Ale znowu nie tak ekstremalnie trudny, że ktoś go krzywdzi, męczy czy segreguje. To nie jest historia ekstremalna, jej siła w tym że jest zwyczajna i emocjonalnie szczera. To jest historia bez morałów. Bez rozwiązania. Bez happyendu. Bardziej taka historia „się zobaczy”. Jak w życiu.

/BW/



wtorek, 16 maja 2017

Zadania w atrakcyjnym otoczeniu („Matematyczna pizza” tekst i ilustracje: Anna Ludwicka, „To twoja nowa książka naukowa” ilustracje: Harriet Russel)


Dzisiaj będzie o książkach z zadaniami. Akurat o dwóch książkach, ale to tylko forpoczta tego, co oferują obecnie wydawnictwa. Bardzo mnie cieszy, że nagle (albo powoli?) stało się tak, że książki, po których można kreślić, rysować, z których można wycinać i wydzierać, które można uzupełniać (inna sprawa, że niekiedy żal), że książki takie  przestały być tymi gorszymi, przestały być uzupełnieniem dla książek pełnoprawnych. Mam wrażenie, że pokutuje wciąż przekonanie z czasów minionych o tym, że rysowało i pisało się po czymś pośledniejszym. Wiecie czarno-białym, z gorszym papierem.  Kreślenie po książkach to był niemalże zamach stanu. Pewnie pamiętacie (niektórzy) jaka była różnica między szkolnym podręcznikiem a szkolnym zeszytem ćwiczeń? Tymczasem dzisiaj – nic z tych rzeczy. Są to coraz częściej wręcz pozycje konceptualne (opisywane na tym blogu „W góry” Karskiego), wypełnione atrakcyjną warstwą graficzną i pomysłowymi zadaniami, dzięki którym sprzedają dzieciom wiedzę w sposób atrakcyjny i niebanalny. I co najważniejsze (a pewnie przyprawiałoby kiedyś o zawał serca niejednego bibliotekarza) – można, a wręcz trzeba po nich mazać, notować i kreślić!


„Matematyczna pizza” Anny Ludwickiej (Nasza Księgarnia) to „zbiór zagadek, zadań i zagadnień, które uczą myślenia matematycznego w sposób zupełnie inny niż podręczniki szkolne”. Wiem, czytaliście podobne kawałki pewnie nie raz, ale muszę przyznać w środku rzeczywiście wygląda to fajnie (tak, dla dorosłych też się nadaje – szczególnie tych, którzy oddalili się przez lata od matematyki;). Tytułowe porównanie do okrągłej, wielokolorowej potrawy, którą można w charakterystyczny sposób dzielić jest tutaj jak najbardziej na miejscu. To właściwie taka skrócona podróż przez matematykę. Zadania zostały opracowane dla dwóch kategorii wiekowych (6-10 lat i 10-14 lat), aczkolwiek nie ma tutaj czytelnego podziału, które zadania do której grupy zaliczyć. Muszę przyznać, że po zapoznaniu się z książką zainteresowałem się postacią jej twórczyni Anny Ludwickiej – matematyczki i ilustratorki. Jest to przecież niezwykle fascynujące połączenie umiejętności! Autorka prowadzi zresztą ciekawego bloga Triki Grafiki. Aha, w prawym górnym rogu "Matematycznej pizzy" znajdziecie biegnącego jamnika.




„To twoja nowa książka naukowa” (Wydawnictwo Bajka) to z kolei pozycja, która powstała w oparciu o wystawę w Muzeum Nauki w Londynie. Wystawa miała tytuł „Wonderlab: the Statoil Gallery”, a w tworzeniu książki pomogli eksperci pracujący w muzeum. Jej największa wartość jest taka, że do proponowanych tutaj eksperymentów nie potrzeba nie wiadomo jakiego sprzętu (przeważnie macie go w domu pod ręką). Zadania pokazują jak prowadzić badania i obserwacje czyli jak „myślnie” przyglądać się światu. Dodatkową atrakcją są ilustracje Harriet Russel. Książka skierowana jest do młodszej grupy wiekowej niż w przypadku „Matematycznej pizzy”. Myślę, że już 4-latek załapie większość proponowanych tutaj eksperymentów. A wy będziecie się dobrze bawili razem z nim – co niniejszym potwierdzam.

/BW/



czwartek, 11 maja 2017

Rycerzyk na tropie odwagi („Rycerz Lwie Serce”, tekst i ilustracje: Delphine Chedru)


Muszę przyznać, że kiedy zobaczyłem podtytuł tej książki brzmiący: „Książka-gra, której bohaterem jesteś ty” to miałem mieszane uczucia. Do tej pory w naszej karierze (hm, hm) konsumentów wydawniczych propozycji dla dzieci, nie trafiliśmy jeszcze na interesującą hybrydę typu książka i kolorowanka czy właśnie książka i gra. Zwykle były to dosyć przypadkowe wydawnictwa – przypadkowo napisane, przypadkowo zilustrowane, z raczej oczywistymi zadaniami.


Tymczasem książka „Rycerz Lwie Serce” bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła, a miarą jej sukcesu w naszym domowym, czytelniczym światku jest fakt, że dzieci wprost zamęczały mnie prośbami o czytanie, ponieważ przez kilka pierwszych dni nie mogły „przejść” tej gry do końca. Przyznaję, że sięgnąłem po nią także dlatego, ponieważ skojarzyła mi się z animowanymi „Przygodami Błękitnego Rycerzyka”, które w latach 80. oglądałem w kinie. Bohater Chedru też jest zresztą błękitny;) Jego historia brzmi w zasadzie prosto – mały rycerzyk stracił odwagę i czytelnik musi pomóc ją odzyskać. W końcu imię zobowiązuje...



Co spodobało mi się kiedy już zajrzeliśmy do środka?

Duży format, dzięki czemu rozkładówkowe ilustracje robią wrażenie i, co szczególnie istotne, sprawiają, że rozwiązywanie kolejnych zagadek nie jest wcale takie proste – niekiedy trzeba się naszukać... Po drugie stylistyka ilustracji nawiązuje trochę do średniowiecznej sztuki – do witraży,  fresków czy drolerie.  Wreszcie zadania – zostały opracowane w interesujący sposób, bywa że dzieci muszą się nagłowić, a kiedy już, już stron do końca ubywa, już jesteśmy w ogródku i witamy się z gąską... musimy cofnąć się na stronę szóstą. Emocje więc są i to całkiem duże.

A zatem śpiewając do melodii uwielbianej przez kibiców siatkówki: Wstań, otwórz książkę, wsłuchaj się w słowa, książki o małym rycerzu...

/BW/



poniedziałek, 8 maja 2017

Książkowa ptasia wiosna („Wędrowne ptaki”, tekst i ilustracje: Michael Roher, „Co za ptak robi tak?”, tekst: Maria Szajer, ilustracje: Katarzyna Minasowicz, „Pieśń o Sowie”, tekst: Jarosław Górski, ilustracje: Joanna Rusinek)


Oj, ptasia ta wydawnicza wiosna! Rozśpiewana i rozćwierkana, ale też trochę melancholijna, refleksyjna a na dodatek epicka, żeby nie powiedzieć mickiewiczowska. Zebrane w tym wpisie książki, poza tym że występują w nich ptaki, nie są do siebie podobne. Powiem więcej – każda jest inna, oparta na innym pomyśle, co innego oferująca i o czym innym traktująca. Ale być może ktoś właśnie miałby ochotę, w okolicznościach naszej wyjątkowo zimnej wiosny, na taki ożywczy, literacki koktajl z kluczem dzikich ptaków?


„Wędrowne ptaki” Michaela Rohera (Prószyński) to w tym zestawieniu książka najbardziej poetycka i metaforyczna. Tytułowe „wędrowne ptaki” są ludźmi, grupą obieżyświatów, nomadów, ulicznych grajków i tancerzy, w ptasich przebraniach, którzy z nadejściem cieplejszych dni przybywają do miasteczka, w którym mieszka Łukasz. Chłopiec jest zafascynowany przybyszami, szczególnie przywiązuje się do, należącej do grupy, Paulinki. Nadchodzi jednak jesień, a wraz z nią przybysze muszą odlecieć. Dziewczynka ma jednak dosyć takiego życia... Przede wszystkim jest to książka zaskakująco skromna tekstowo. Opowieść oferuje niezwykle prostą, a jednocześnie podatną na różnorodne interpretacje. Wszak każdy z pewnością zna osobę lub osoby, których cechą jest „wędrowność”? Czym się owa „wędrowność” objawia? Może być tylko zewnętrzna, a może również istnieje gdzieś w środku? Dodatkowo dzisiejszy zglobalizowany świat i kwestia imigrantów – nie sposób pominąć i tej interpretacji, która nasuwa się wręcz sama… Tekst uzupełniają wspaniałe, rozkładówkowe ilustracje – widać, że autor (tekstu i ilustracji jednocześnie) postawił sobie za cel, żeby nie wszystko przekazać słowami. Wyszła mu książka piękna, nieprzegadana, chociaż nie mogę też powiedzieć, że specjalnie zaskakująca fabularnie.



„Co za ptak robi tak?” (Wydawnictwo Bajka) to zbiór krótkich, dwuwersowych wierszyków o ptakach występujących w słynnym tuwimowskim „Ptasim radiu”. Fajny pomysł na swego rodzaju spin-off do utworu słynnego łodzianina. Z jednej strony jest to książka edukacyjna – każdego ptaka poznajemy wizualnie na realistycznych, ale bardzo malarskich ilustracjach Katarzyny Minasowicz oraz dźwiękowo, bo do zbioru dołączona została płyta zawierająca świergoty i trele. U nas tak właśnie tak się zabraliśmy do poznawania tej książki – płyta do odtwarzacza, patrzymy na ptaszka, słuchamy śpiewu i na koniec wierszyk. A wierszyki są tutaj niezwykle istotne i co istotne całkiem zgrabnie napisane. Maria Szajer z pewnością dobrze zna klasyczne rymowanki z cyklu „Zoo” Jana Brzechwy – też potrafi napisać zabawnie, z przymrużeniem oka, skupia się na jednym pociągnięciu pióra, nie kusi ją żeby nad miarę te tekściki wydłużać. Od zawsze uważam, że najtrudniej jest napisać krótką, sensowną rymowankę – Maria Szajer sprostała temu zadaniu.



Wreszcie pozycja najbardziej dla mnie zaskakująca – „Pieśń o Sowie” Jarosława Górskiego (Egmont) wydana w serii Poczytaj ze mną. Seria zgodnie z hasłem reklamowym „to zaproszenie do magicznego świata literatury” – pod tym dosyć enigmatycznym stwierdzeniem kryje się propozycja ciekawego  definiowania gatunków literackich. Mianowicie: definiowania przez literacką praktykę. „Pieśń o Sowie” pokazuje co to był epos (czy epopeja). Dostajemy zatem pisany 13-zgłoskowcem utwór epicki w (a jakże!) XII pieśniach, o walce ptaków pod przywództwem Sowy z wyzyskującym je Misiem. Miś brzmi może mało groźnie, ale zapewniam że to prawdziwy tyran i morderca.
Definicja eposu, którą znajdziemy na wewnętrznej stronie pierwszej okładki naprowadza raczej na eposy homeryckie, jednak bardziej czuję tutaj ducha epopei mickiewiczowskiej, na co ma wpływ przede wszystkim tradycyjne metrum utrwalone przez „Pana Tadeusza”, ale też czuję go dzięki scenom (bitwa!) i metaforom, które tutaj znajdziemy. Tekst powstał przede wszystkim dla potrzeb edukacyjnych, ale ucieszyło mnie że 13-zgłoskowiec nie jest jeszcze jakąś skończoną ramotą i można za jego pomocą opowiedzieć coś ciekawego...



Zatem jak widzicie – każdy znajdzie coś dla siebie i wcale nie trzeba być koniecznie zawołanym ornitologiem... 

/BW/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...