czwartek, 29 czerwca 2017

Jesteś moim Burtonem („Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Tom 3. Pan Kleks”, tekst: Jan Brzechwa, ilustracje: Marianna Sztyma)


Dla moich rówieśników kinowy seans „Akademii Pana Kleksa” w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego (i oczywiście dwóch kontynuacji) był rodzajem przeżycia pokoleniowego. Szczególnie ten cholerny marsz wilków z muzycznym podkładem zespołu TSA – nie znam chyba nikogo kogo by to nie ruszyło. Wszyscy się bali, że wilki napadną na nasze miasta, miasteczka i wsie dogasającego PRL-u, przez tydzień nie zbliżaliśmy się do lasu. Niestety, po latach ta scena straciła dla mnie straszny klimat. Stroje wilków wyglądają sztucznie i śmiesznie, nie mówiąc o infantylnych pyskach narysowanych na sztandarach, zapalili w kilku miejscach trawę, dali trochę dymu i już...


No, ale - zapewne was dziwi dlaczego piszę o filmie w recenzji książki? Wszak trzymam w ręce trzeci tom dzieł dla dzieci Jana Brzechwy wydawanych przez Naszą Księgarnię. Tom ten został tym razem wypełniony utworami, w których występuje Ambroży Kleks (oprócz „Akademii” są to „Podróże Pana Kleksa” i „Tryumf Pana Kleksa”). Całość pięknie wydana, w pokaźnym, szytym tomie na grubym papierze.

Wszystko pięknie, tylko skąd ten film? Otóż bardzo podobał mi się w dzieciństwie, ale obejrzany po latach bardzo rozczarował. Wstęp do opowieści o rozczarowaniu mieliście już wyżej, teraz będę kontynuował. Wiem, były inne czasy i wiem, że jak na tamte czasy to i tak... Ale jednak ta stylistyka Tęczowego Music Boxu i Fasolek, dosyć „papuśna” scenografia i niezbyt klarowna wizja Gradowskiego, który wybitnym reżyserem przecież nie był i w sumie zrobił z tego musical – to wszystko spowodowało, że zacząłem zastanawiać się co by było gdyby... Jak by to wyglądało gdyby dali ten materiał przykładowo Wojciechowi Jerzemu Hasowi? Przesada, chociaż Has jeszcze żył, nawet na krótko wrócił do reżyserii, więc teoretycznie mógł... A jak nie Has to chociażby taki Tim Burton. Jak wyglądałaby zekranizowana przez Burtona (tego z końca lat 80., co robił „Sok z żuka” pierwszego „Batmana” i „Edwarda Nożycorękiego”) „Akademia Pana Kleksa”? 



Tego nie dowiem się pewnie nigdy – ale za to dowiedziałem się jak wygląda Kleks bez rysunków Szancera. Nowe wydanie Brzechwy zostało bowiem na nowo zilustrowane. I powiem wam, że właśnie ilustracje Marianny Sztymy są dla mnie taką nigdy nie nakręconą wersją Tima Burtona. Zupełnie nowym spojrzeniem na te piękne historie, historie stanowiące świadectwo jakże wspaniałej wyobraźni Brzechwy, której w jego wierszach (przy całym szacunku dla tej twórczości) za bardzo nie widać. Czytając te opowieści (no właśnie bo przecież nie powieści!) można odnieść wrażenie, że dla autora „Szelmostw lisa Witalisa” nie ma żadnych granic fabularnej ekspresji i żadnych niemożliwych pomysłów. Zwróćmy uwagę, że w „Akademii” dostajemy tylko umowny zarys fabuły, który opiera się na przeciwstawieniu Kleksa i fryzjera Filipa a większość utworu wypełniają poboczne opowieści i dygresje mieniące się dziesiątkami pomysłów i wizji. Oczywiście dostrzegam w tym (w filmie tego zupełnie nie widziałem) wyraźne elementy opowieści inicjacyjnej, o dorastaniu. Dostrzegam stworzenie wizji beztroskiego świata, który opanowuje chaos i zło – wszak to utwór pisany w czasie II wojny i wydany w 1945 roku. A zatem jest to również o schyłku dawnego świata, świata pałaców i ogrodów na rzecz rozrastających się miast, zapowiedź nieokiełznanej industrializacji. Wreszcie to przedstawienie idealnego środowiska do rozwoju dziecięcej kreatywności o czym tak naprawdę możemy przekonać się dopiero dzisiaj, kiedy już zrozumieliśmy, że sztywne reguły i ciasno związane warkoczyki nie są dobrą drogą do sukcesu i szczęścia.




Kiedy Nasza Księgarnia pokazała nowe ilustracje do Kleksa, w internetowych dyskusjach można było przeczytać wiele krytycznych opinii - no bo przecież jak można narysować inaczej niż Szancer? Nawet to żartobliwie komentowałem modyfikując fragment „Wesela”: „Niech na całym świecie wojna / Byle ilustracja do Brzechwy zaciszna, byle ilustracja do Brzechwy spokojna”. I ja wam mówię – nie! Chcę nowego spojrzenia, tym bardziej że Marianna Sztyma zilustrowała to z wielkim szacunkiem dla Brzechwy i nawet Szancera (np. postura i wygląd Kleksa są podobne). Zaproponowana przez nią różnorodność stonowanych kolorów i wielość szczegółów sprawiły, że spojrzałem na tę opowieści zupełnie inaczej. Szancer był jednak ilustratorem, który narzucał określoną wizję, dopowiadał i przedstawiał skończone sceny niczym kadry nienakręconego filmu animowanego – Sztyma daje więcej pola dla interpretacji czytelnika. Dla mnie to wydanie, z tymi ilustracjami to wydarzenie.

Marianno Sztymo jesteś moim Timem Burtonem!

/BW/

wtorek, 27 czerwca 2017

Dziewczynka, która konstruuje („Rózia Rewelka, Inżynierka”, tekst: Andrea Beaty, ilustracje: David Roberts)


„Rózia Rewelka, Inżynierka” to druga wydana w Polsce (Kinderkulka) książka duetu Andrea Beaty (tekst) i David Roberts (ilustracje). Jest chyba najpopularniejszą częścią serii, czego dowodzi nieprzerwana obecność na liście bestsellerów New York Timesa oraz tłumaczenia na wiele języków świata. Historia Rózi podbiła więc serca młodych czytelników i przy okazji polskiego wydania warto zapytać: dlaczego? Co tak bardzo spodobało się amerykańskim dzieciom (a także dorosłym, bo pamiętajmy że to przeważnie oni kupują swoim pociechom książki i potem czytają) w „Rózi Rewelce”? Skąd ten sukces?


Na początek może o ilustracjach Robertsa, których styl znamy już przecież z Kitka. Z pewnością przyciągają wzrok, chociaż dorośli wyglądają na nich niekiedy dosyć teatralnie i demonicznie, niczym ucharakteryzowani mimowie, jakby służyli na dworze Shardara Mocnego. Za to dzieci wychodzą ilustratorowi bardzo różnorodnie i ciekawie. No i są strony pełne szczegółów i szczególików, a także trochę wiedzy o historii kobiecej awiacji.

Przejdźmy do treści.

Główna bohaterka to dziewczynka obdarzona pasją do konstruowania pomysłowych urządzeń. A to podawacz do hot-dogów wymyśli, a to helowe spodnie, a to odstraszacz pytonów... Właśnie ten ostatni wynalazek zostaje wyśmiany przez pracującego w zoo wujka Tobiasza i odtąd Rózia, nie chcąc narazić się na kpiny, konstrukcyjne marzenia blokuje i dusi w sobie. Do momentu kiedy odwiedzi ją praciotka Róża…


Wydaje mi się, że sukces tej książki jest wypadkową kilku składników. Przede wszystkim pokazuje dziewczynkę, która pasjonuje się zajęciem/zawodem/aktywnością utożsamianymi z chłopcami. Jak dobrze przeczytać, że mała Rózia nie musi być fanką koloru różowego, kucyków Pony, tańca i malowania paznokci (a niestety wciąż tego typu aktywności proponuje małym dziewczynkom dzisiejszy świat) – może konstruować maszyny i może ją to cieszyć, może czuć się szczęśliwa i wcale nie musi udowadniać, że jest lepsza od chłopców. Przeciwności, które napotyka nie są związane z płcią i chwała za to autorom. Za bezpretensjonalne pokazanie dziewczynki, którą interesuje konstruowanie, bez żadnego przymrużania oka i robienia z tego wielkiego wydarzenia.



Rzecz druga to nawiązanie do amerykańskiej przeszłości i tradycji, co jak wiadomo w USA jest rzeczą niemal świętą. Tutaj pierwowzorem praciotki Róży jest Rózia Nitowaczka (Rosie the Riveter), fikcyjna postać z piosenki, która stała się symbolem kobiet pracujących w fabrykach podczas II wojny światowej przy produkcji np. samolotów czy czołgów. Chociaż kojarzenie Rose the Riveter z plakatem „We can do it!” (a tak podano w posłowiu) jest podobno błędem, bo Rózia Nitowaczka nie nosiła żadnej tam czerwonej chusty w białe grochy, bo wyglądała tak: http://www.saturdayeveningpost.com/2012/03/09/art-entertainment/rockwell-classics-1940s.html/attachment/9430529_rd. Ale zostawmy te rozważania – ważniejsze, że Róża od Rózi sporo się jednak różni. Bo podczas gdy ta pierwsza zaczęła pracować w fabryce niejako z konieczności, a jej zastępstwo za mężczyzn okazało się krótkotrwałe i nieco propagandowe (wszak potem przyszły w USA lata 50., a jak wtedy traktowano kobiety można się przekonać oglądając chociażby serial „Mad men”), tak dziewczynka Rózia swoją pasję chcę rozwijać sama z siebie, a początkowo nawet dla siebie. Świat się zmienił, w tym przypadku na lepsze i powinno być jak najwięcej książek, które pozwolą to dostrzec zarówno dzieciom, jak i dorosłym.

Wreszcie nie bez znaczenia jest krzepiące przesłanie tej historii – przegrywasz gdy przestajesz próbować. Muszę przyznać, że to głównie dzięki niemu Kostek i Matylda polubili tę historię. No i ważne jest także zachęcanie dziecka do kreatywności, do próbowania, eksperymentowania.

Nie znam oryginalnego tekstu Andrei Beaty, jednak tłumaczenie Łukasza Witczaka wydaje mi się chwilami dosyć chropowate. Przykładowo jakoś mi nie pasuje ubranie Róży w „kapotę”, „rozniecanie wyobraźni”, czy wrzutka, obrzydzonego przez reklamy, zwrotu „Brawo ty!”.

Warto jednak przymknąć na to oko, bo książka jest ważna i potrzebna – szczególnie w Polsce.


/BW/


wtorek, 20 czerwca 2017

Szukajcie Eona! („Kubatu. Do trzech razy sztuka”, rysunki: Przemysław Surma, ilustracje: Jakub Syty)


Trzeci tom serii Surmy i Sytego (Wydawnictwo Egmont) był dla nas w rzeczywistości tomem pierwszym. Nie znaliśmy poprzednich dwóch części, ale chyba warto ten lekturowy brak nadrobić...

Pierwszą, ogólną uwagę odnośnie Kubatu mam taką, że jest to komiks idealnie skrojony dla młodszych dzieci. Takich 6-latków jak Kostek, no może do 10 lat. Dla starszych i bardziej doświadczonych komiksiarzy ta historia może już być zbyt prosta i mało wciągająca - chociaż trzeba przyznać, że twórcy trochę o starszych odbiorcach pamiętają i przemycają wiele fabularnych smaczków, które z pewnością rozpoznają mamy i tatowie czytający polskie komiksy w latach 80. (ale też powieści dla dzieci i młodzieży i oglądający filmy). 


Przedstawiona w zeszycie trzecim historia początkowo może wydawać się nieco wydumana. Ale tak to zwykle bywa jak się włazi na imprezę w środku zabawy. Człowiek czuje się trochę zagubiony...

Kubatu to gadająca przytulanka-papuga, maskotka stworzona przez lekko szalonego, ale niegroźnego wynalazcę Pana Inżyniera dla chłopca Kaja. Historia zaczyna się od nocnego zdarzenia - inżynier ma wspaniały sen, który zapomina zaraz po przebudzeniu. Wymyślił jednak nowy model przytulanki zapamiętującej sny. Dzięki niej mógłby sobie przypomnieć treść snu – niestety wspomniana przytulanka o imieniu Eon ma też zdolności kameleona i potrafi zmieniać postać. Inżynier wyrusza więc w pościg za zbiegłą zabawką. Tymczasem do lasu, gdzie mieści się siedziba Inżyniera przyjeżdża Kaj z rodzicami i koleżanką Elwirką. Mają zbierać poziomki, ale nagle z krzaków wyłania się dziwnie zachowujący się Kubatu... Historia jest trochę rozrywkowa (przygody na lądzie, w wodzie i w powietrzu) i trochę dydaktyczna z głębszym przesłaniem (najważniejsze to być sobą). W proporcjach akurat i w sam raz.



Tak jak pisałem – sporo tutaj popkulturowych odniesień. Taki na przykład Pan Inżynier to postać, w której można dostrzec wielu bohaterów – przypomina trochę golarza Filipa, profesora T’Alenta czy bondowskie schwarzcharaktery (szczególnie z wyglądu, bo jest to postać ze wszech miar pozytywna). Jego podwodny pojazd w kształcie ryby nazywa się „Nauti 2” (oczywiste skojarzenia z „Nautilusem” z powieści Verne’a, ale pamiętam też jeden odcinek przygód Bolka i Lolka, w którym chłopcy pływali batyskafem). Kaj i Elwirka pomagający żywej przytulance to zaś koncept znany choćby z przygód Jonki, Jonka i Kleksa Szarloty Pawel. Komiks utrzymany w jasnych, żywych kolorach – kreska kojarzy się trochę ze stylem Janusza Christy (komiks zresztą dostał nagrodę w konkursie imienia tego znanego polskiego twórcy komiksów), a szczególnie „pucułowate” liternictwo czcionki w tytule. No i pani Robot jest tutaj określana mianem „strażniczki kluczy” (oczywiście wiecie z jakiego to komiksu...). Podobnych smaczków jest tutaj bardzo wiele, ale sama fabuła nie jest skomplikowana. Pochłania się ją szybko - Kostek naprawdę się wciągnął i ani się nie obejrzałem jak czytałem mu trzeci raz pod rząd.

/BW/



wtorek, 13 czerwca 2017

Książki dla najmłodszych? („Mydło” tekst: Małgorzata Strzałkowska, ilustracje: Adam Pękalski „Pisklę”, tekst: Dorota Gellner, ilustracje: Jona Jung, „Uwolnij mnie” kreacja i ilustracje: Patrick George)


Wydawnictwo Bajka powoli staje się specjalistą w tworzeniu ambitniejszych kartonówek, pisanych i ilustrowanych przez polskich twórców. Jeżeli ktoś szuka w ofercie dzisiejszych wydawnictw spadkobierców dawnej serii Naszej Księgarni „Poczytaj mi mamo”, to powinien na propozycje Bajki zwrócić uwagę. W zeszłym roku ukazała się „Myszka” i „Koala nie pozwala” (recenzja tutaj), w 2017 do „rodziny” dołączyło „Mydło” i „Pisklak”. Miejmy nadzieję, że liczba tytułów będzie się powiększać, ponieważ to właśnie w kartonówkach zarejestrować można największy zalew książkopodobnej tandety. Ale nie psujmy sobie nerwów i zajmijmy się jasną stroną mocy.


„Mydło” Małgorzaty Strzałkowskiej z ilustracjami Adama Pękalskiego przenosi nas w czasy średniowiecza, kiedy jak wiadomo mycie się nie było czynnością zbyt lubianą. Fakt ten jest solą (albo mydłem) w oku panującego akurat króla. W wierszyku Strzałkowskiej mamy obdarzoną świadomością kostkę mydła, która słuchając narzekań władcy na brak czystości wśród swoich poddanych, postanawia działać. W tym celu ucieka z królewskich komnat i biegając po zamku mydli wszystko po drodze. Trochę mnie wprawdzie zdziwiło, że określani przed momentem mianem brudasów dworacy króla gonią uciekające mydło jakby sami przed momentem brali kąpiel czyli w ręcznikach – ale ta galopada dodaje wierszykowi koniecznej energii, po której następuje wyliczanie miejsc i przedmiotów, które uczynne mydło namydla. To ulubiony fragment Matyldy – uwielbia pokazywać wszystkie wymieniane miejsca i przedmioty jak kurek na dachu czy szyld golibrody. Nie przepuści żadnemu:) Adam Pękalski lubi kolory i realizm więc swoim stylem do zabawy w znajdowanie jeszcze zachęca.



„Pisklak” Doroty Gellner z ilustracjami Jony Jung to także historia „osadzona” w zamku, gdzie na wieży wykluwa się niezbyt ładne pisklę (nazywane tutaj wprost „paskuda”). Mimo to wszyscy mieszkańcy zamku niezwykle się z narodzin paskudy cieszą. Wierszyk jest takim zabawnym komentarzem do szaleństwa w domu odbywającego się zwykle po narodzinach dziecka. Strzałkowska i Gellner to poetki związane kiedyś m.in. z „Misiem” (byłoby fajnie poczytać kiedyś zebrane w jeden tom wierszyki misiowe np. Doroty Gellner..., bo napisała ich mnóstwo, a przeważnie pozostają nieznane). Sensownie rymować potrafią i trochę szkoda, ze tak mało mają godnych następczyń...



W tym wpisie chciałbym jeszcze wspomnieć o jednej książce z Bajki, która znalazła się w tym zestawieniu trochę dodatkowo, ale w żadnym przypadku nie należy jej traktować jako doczepki. „Uwolnij mnie” Patricka George’a to przecież światowy bestseller, w którym nie pada ani jedno słowo – właściwie picturebook, a nawet książka interaktywna z bardzo ważnym przesłaniem. Trudno się dziwić statusowi bestsellera, ponieważ jest to wydawnictwo oparte na prostym, ale jakże genialnym pomyśle. Oto każda rozkładówka składa się tutaj z dwóch kadrów: złego i dobrego, a między nimi, mamy foliową stronę z rysunkiem zwierzęcia, które dziecko może przenieść z kadru złego na kadr dobry. O przykładowo tygrys rozdziawia paszczę służąc jako pokojowy dywanik, w jednej chwili można przenieść do z powrotem w gęstwinę dżungli, krokodyl z torebki wraca do ulubionego bagna, a lis z szyi do lasu.

Obcujemy tutaj więc z książką bardzo pomysłową i kolorową, ale też zaskakująco poważną, zwracającą uwagę na problem polowania na zwierzęta oraz zamykania ich w klatkach, ale robiąca to w sposób zrozumiały nawet dla bardzo małych dzieci. Matylda z Kostkiem wręcz rzucili się na pozycję George’a, wielokrotnie przekładając przezroczyste strony i prosząc o tłumaczenie jakie zwierzę właśnie uwolnili i dlaczego. Obcowanie z „Uwolnij mnie” to doskonały wstęp do rozmowy o tych trudnych sprawach, o tym że zwierzęta nie tylko są bohaterami książek i kolorowych kreskówek, że w każdą Wigilię powinniśmy się im gęsto tłumaczyć. Kiedy bierze się tę pozycję do ręki to następuje taki efekt „wow”, jakie to pomysłowe, ale za chwilę ten zachwyt grzęźnie w gardle, bo okazuje się, że ta kolorowa książeczka przede wszystkim traktuje o złu, złu w nas, nawet jeśli już dawno udało nam się o tym zapomnieć.

/BW/






piątek, 9 czerwca 2017

Baśnie trochę inaczej („Królewna Śnieżka i krasnoludki”, „Kopciuszek”, tekst: Gabriela Mistral, ilustracje: Carles Ballesteros i Bernardita Ojeda)


Nasza Księgarnia dalej rozpieszcza czytelników wydaniami wierszowanych baśni Gabrieli Mistral. Po „Czerwonym Kapturku” i „Śpiącej Królewnie” (pisałem o nich tutaj), dostajemy kolejne małe arcydziełka uhonorowane za oprawę graficzną i edytorską laurami ważnych książkowych imprez: „Królewnę Śnieżkę i krasnoludki” oraz „Kopciuszka” (w tłumaczeniu Krystyny Rodowskiej).


Kiedy spojrzałem na tytuł pierwszej z wymienionych pozycji przypomniały mi się słowa Bruno Bettelheima, który grzmiał, że czynienie z krasnoludków równoprawnych ze Śnieżką bohaterów tej baśni to ogromne nadużycie, wypaczające jej sens. Dlaczego? W skrócie: krasnoludki reprezentują pośrednie stadium rozwoju, gdy tymczasem przesłaniem tej baśni jest uzyskiwanie pełnej dojrzałości przez Śnieżkę, jej przemiana z dziewczynki w kobietę.

Gabriela Mistral miała jednak inny powód nadawania takiego tytułu. Po prostu jej wiersz dotyczy tylko fragmentu baśni, właśnie tego w którym Śnieżka trafia w lesie do domku krasnoludków. Właściciele pracują wtedy w górach i gdy wracają zastają w swoim domku zmiany, które krok po kroku prowadzą ich do sprawczyni tego zamieszania... Dobrze to wszystko znamy, jeżeli jednak macie w głowie jakieś disnejowskie obrazy pucułowatych krasnali z kilofami na ramionach, którzy dziarsko maszerują leśną ścieżką i śpiewają Heigh-Ho to po lekturze wiersza Mistral i obejrzeniu ilustracji Carlesa Ballesterosa zmienicie swój ogląd. Przede wszystkim jest to utwór, którego poetyckość nie objawia się tylko obecnością rymów (tych częstokroć nie ma wcale). Poetka sprawnie posługuje się wysublimowaną metaforą dzięki czemu krótki epizod znalezienia domku krasnali, zwiedzenia jego wnętrza i wreszcie poznania samych właścicieli zmienia się w pełnoprawną historię, która uwodzi szczegółami i emocjami poszczególnych postaci. Zostało to napisane plastycznie i oszczędnie. Łóżeczka krasnoludków są „delikatne jak bita śmietanka”, a mali górnicy nadają Śnieżce kwiatowe imiona typu „wilgotnej szałwii zapach” albo „koszyczek migdałów białych”. Jest to poezja niezwykle sensualna, w której wręcz czuje się smaki i zapachy.



Uwagę zwracają lekko kubistyczne ilustracje Ballestrosa, który ciekawie podkreśla na rysunkach indywidualność każdego krasnala – wygląd to jedno, ale każdy ma co innego na stole, przy łóżku i każdy ma trochę inną lampę, narzędzia i krzesło. Można się długo patrzeć i wynajdować nowe szczegóły, np. taki, że śpiąca Śnieżka ma pomalowane paznokcie u stóp...

 „Kopciuszek” przedstawia już całą baśń, z dobrze znanymi elementami fabuły – dziewczynka jest tutaj sierotą bez ojca, którą zajęła się macocha, a na bal jedzie tylko dwa razy. W przemianie pomaga jej chrzestna matka i zarazem wróżka. Baśń Mistral jest bliższa wersji Perrault. Manuel Peña Muñoz w posłowiu wskazuje ciekawe tropy chrześcijańskie i latynoamerykańskie. Ale dla czytelnika mają one mniejsze znaczenie, ważne że Mistral podobnie jak w „Śnieżce” uwodzi poetyckim klimatem i potrafi zawrzeć całą fabułę w krótkim, skondensowanym poemaciku. Ilustracje Bernardity Ojedy w kolorach biało-stalowo-niebieskich (na których szczególnie mocno akcentuje się czerwień) dobrze współgrają z poetyckim językiem, stanowią dla niego dobre uzupełnienie. A macocha i złe siostry wyglądają na nich naprawdę paskudnie i odrażająco.

Na koniec warto byłoby zastanowić się przez chwilę nad przyswajalnością tych baśni przez dzieci. W poprzednich tomach pojawiały się wątpliwości co do wieku słuchaczy/czytelników, którzy mogą sięgnąć po baśnie Miastral (powodem była np. drastyczna scena zjedzenia przez wilka Kapturka, co stało się w ostatniej strofie i nie pojawił się już myśliwy...). Uważam, że te dwa tomy nie powinny już budzić w rodzicach podobnych obaw. Cóż, bez wątpienia mamy tutaj do czynienia z poezją innego rodzaju niż chociażby ta znana z wierszy Tuwima czy Brzechwy. Nie możemy liczyć, że odklepiemy to według rymowej protezy, wymaga to pewnej wprawy w czytaniu. U mnie za pierwszym razem wysłuchali do końca i nie wyglądali na znudzonych. To zawsze najlepszy prognostyk przed kolejnymi czytaniami.

/BW/




wtorek, 6 czerwca 2017

To jedzcie ciastka („Baśń o latającym rumaku”, tekst: Henryk Bardijewski, ilustracje: Bohdan Butenko)


Książka autorstwa dwóch uznanych twórców czyli Henryka Bardijewskiego i Bohdana Butenki, którzy współpracowali wcześniej przy „Baśni o latającym dywanie” (2006).

Trochę nietypowo, zacznę od ilustracji ponieważ tych, w wykonaniu Butenki, chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, ani specjalnie reklamować. Wielbiciele jego talentu będą usatysfakcjonowani, szczególnie ci lubiący strażników w kolczugach uzbrojonych w halabardy. Chociaż przyznam, że w „Baśni’ akurat nie za bardzo podobały mi się przedstawienia latających koni. Postacie i interakcje między nimi, jak to często u Butenki, znajdziemy na marginesach, w rogach czy między tekstem na białym tle. Po pierwszym przekartkowaniu książki poczułem się jakbym spotkał starą znajomą (patrz zakończenie recenzji) i trochę szkoda, że uczucie to nie utrzymało się po lekturze całości...


Henryk Bardijewski, znany jest przede wszystkim z twórczości satyrycznej, ale to też prozaik, dramaturg i autor tekstów dla dzieci. Jednym słowem: twórca wszechstronny i doświadczony (debiutował na początku lat 50.). Dlatego dziwi mnie, że napisał tekst nijaki i nie wiadomo do kogo skierowany.

No właśnie o czym to w ogóle jest? Pomysł na „Baśń o latającym rumaku” opiera się na grze baśniowymi konwencjami. Autor przedstawia czytelnikowi zamek. Włada nim książę Miraż, który ma doradcę Totuma, żonę Wandę (która właśnie wróciła z zagranicy) i syna Teodora. Pewnego dnia okazuje się, że w królestwie zaczyna brakować poddanych, ponieważ wszyscy wyjeżdżają do sąsiednich krain, gdzie panuje dobrobyt. Właśnie z ościennej krainy przybywa nagle niejaki pułkownik Buława, wysłannik księcia Prospera, który ma doradzać Mirażowi. On mówi, że najważniejsze są kształcenie i oświata. Tymczasem wszystko ma się odmienić, bo w kraju widziano Latającego Rumaka, a ten podobno przynosi szczęście... Zdaję sobie sprawę, że streszczenie to brzmi trochę niejasno, jednak naprawdę trudno powiedzieć o czym ta książka właściwie traktuje, a jeszcze trudniej wychwycić w jakim kierunku rozwija się akcja i do czego ma ona prowadzić? Na przykład to wyjeżdżanie poddanych, a potem wracanie innych poddanych. Nigdy nie dowiadujemy skąd te migracje i dlaczego na początku jest gorzej, a na końcu lepiej? Nawet metafora musi mieć jakiś punkt odniesienia.


Zamek, książę i jego świta, rumak, chytry doradca – to są motywy pojawiające się w literaturze dziecięcej (i nie tylko!) tak wiele razy, że naprawdę potrzeba dobrego pomysłu, żeby tą wyświechtaną gromadkę podźwignął. I moim zdaniem pomysłowi Henryka Bardijewskiego się to nie udało. Czytając miałem wrażenie, że ciągnie swoją historię na siłę. Na dodatek wpadł w pułapkę nieokreśloności – za bardzo skupił się na samym języku, który wciąż obnaża tutaj sam siebie, bohaterowie bawią się nim, rozumieją opacznie, przekręcają słowa, jest to trochę pusta zabawa formą, bo te dialogi do niczego nie prowadzą, nie posuwają historii do przodu. Czy „Baśń” powstała dla językowych, satyrycznych gierek czy miała być sensowną i zrozumiałą historią dla dzieci (to w końcu kategoria 6+!)? Czy wreszcie jest to jakaś metafora współczesnego świata, w której znajdziemy i temat emigracji zarobkowej, i imigrantów, i dyktatorskich zapędów. Żaden z tych tropów nie został w pełni rozwinięty. Czuję po lekturze spory niedosyt.

Humorystycznie, jak dla mnie, także jest słabo - Bardijewski z dworaków robi totalnych imbecyli, którzy zasłaniając się szlachetnym urodzeniem i światłym umysłem, nie potrafią zrozumieć tego, co się dzieje poza ich komnatami. Zabawne sytuacje oparte są na rozdźwięku pomiędzy myśleniem króla a myśleniem poddanych, jak w tych słynnych słowach przypisywanych Marii Antoninie, która gdy wieśniacy krzyczeli „Jesteśmy głodni, nie mamy chleba”, miała opowiedzieć: „To jedzcie ciastka”. I właśnie te ciastka w opozycji do chleba są tutaj głównym elementem humorystycznym. Kurcze, mnie to nie bawi.


„Baśń” nie jest też moim zdaniem skierowana do dzieci. Próbowałem to czytać Kostkowi, ale nie za bardzo się odnajdywał. Tego nicowania języka jest tutaj za dużo, a w samej historii nie ma nic ciekawego. Przyznaję, że nie czytałem wcześniejszej „Baśni o latającym dywanie”, ale z tego co dowiedziałem się w internecie rzecz dzieje się także na dworze księcia Miraża, styl tego tekstu jest podobny, a książka zdobywała nagrody... Więc może to ja nie jestem w stanie docenić pięknej polszczyzny i satyrycznego zmysłu autora? Być może ktoś ma inną opinię – chętnie wysłucham...

Kiedy otworzyłem „Baśń o latającym rumaku” to miałem skojarzenia z „Cyryl, gdzie jesteś?”(1962) Wiktora Woroszylskiego, genialną książką, też w jednym z wydań ilustrowaną przez Butenkę. Cenię tę prowadzoną trójtorowo opowieść przede wszystkim za ciepły, ironiczny ton i wspaniałe absurdalne pomysły. Niestety było to tylko pierwsze skojarzenie, fabule Bardijewskiego brak tej lekkości, która była domeną książki Woroszylskiego. Jest trochę jak taki literacki sitcom, gdzie z offu leci mechaniczny rechot, ale nikt się za bardzo nie śmieje.

/BW/


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...