wtorek, 6 czerwca 2017

To jedzcie ciastka („Baśń o latającym rumaku”, tekst: Henryk Bardijewski, ilustracje: Bohdan Butenko)


Książka autorstwa dwóch uznanych twórców czyli Henryka Bardijewskiego i Bohdana Butenki, którzy współpracowali wcześniej przy „Baśni o latającym dywanie” (2006).

Trochę nietypowo, zacznę od ilustracji ponieważ tych, w wykonaniu Butenki, chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, ani specjalnie reklamować. Wielbiciele jego talentu będą usatysfakcjonowani, szczególnie ci lubiący strażników w kolczugach uzbrojonych w halabardy. Chociaż przyznam, że w „Baśni’ akurat nie za bardzo podobały mi się przedstawienia latających koni. Postacie i interakcje między nimi, jak to często u Butenki, znajdziemy na marginesach, w rogach czy między tekstem na białym tle. Po pierwszym przekartkowaniu książki poczułem się jakbym spotkał starą znajomą (patrz zakończenie recenzji) i trochę szkoda, że uczucie to nie utrzymało się po lekturze całości...


Henryk Bardijewski, znany jest przede wszystkim z twórczości satyrycznej, ale to też prozaik, dramaturg i autor tekstów dla dzieci. Jednym słowem: twórca wszechstronny i doświadczony (debiutował na początku lat 50.). Dlatego dziwi mnie, że napisał tekst nijaki i nie wiadomo do kogo skierowany.

No właśnie o czym to w ogóle jest? Pomysł na „Baśń o latającym rumaku” opiera się na grze baśniowymi konwencjami. Autor przedstawia czytelnikowi zamek. Włada nim książę Miraż, który ma doradcę Totuma, żonę Wandę (która właśnie wróciła z zagranicy) i syna Teodora. Pewnego dnia okazuje się, że w królestwie zaczyna brakować poddanych, ponieważ wszyscy wyjeżdżają do sąsiednich krain, gdzie panuje dobrobyt. Właśnie z ościennej krainy przybywa nagle niejaki pułkownik Buława, wysłannik księcia Prospera, który ma doradzać Mirażowi. On mówi, że najważniejsze są kształcenie i oświata. Tymczasem wszystko ma się odmienić, bo w kraju widziano Latającego Rumaka, a ten podobno przynosi szczęście... Zdaję sobie sprawę, że streszczenie to brzmi trochę niejasno, jednak naprawdę trudno powiedzieć o czym ta książka właściwie traktuje, a jeszcze trudniej wychwycić w jakim kierunku rozwija się akcja i do czego ma ona prowadzić? Na przykład to wyjeżdżanie poddanych, a potem wracanie innych poddanych. Nigdy nie dowiadujemy skąd te migracje i dlaczego na początku jest gorzej, a na końcu lepiej? Nawet metafora musi mieć jakiś punkt odniesienia.


Zamek, książę i jego świta, rumak, chytry doradca – to są motywy pojawiające się w literaturze dziecięcej (i nie tylko!) tak wiele razy, że naprawdę potrzeba dobrego pomysłu, żeby tą wyświechtaną gromadkę podźwignął. I moim zdaniem pomysłowi Henryka Bardijewskiego się to nie udało. Czytając miałem wrażenie, że ciągnie swoją historię na siłę. Na dodatek wpadł w pułapkę nieokreśloności – za bardzo skupił się na samym języku, który wciąż obnaża tutaj sam siebie, bohaterowie bawią się nim, rozumieją opacznie, przekręcają słowa, jest to trochę pusta zabawa formą, bo te dialogi do niczego nie prowadzą, nie posuwają historii do przodu. Czy „Baśń” powstała dla językowych, satyrycznych gierek czy miała być sensowną i zrozumiałą historią dla dzieci (to w końcu kategoria 6+!)? Czy wreszcie jest to jakaś metafora współczesnego świata, w której znajdziemy i temat emigracji zarobkowej, i imigrantów, i dyktatorskich zapędów. Żaden z tych tropów nie został w pełni rozwinięty. Czuję po lekturze spory niedosyt.

Humorystycznie, jak dla mnie, także jest słabo - Bardijewski z dworaków robi totalnych imbecyli, którzy zasłaniając się szlachetnym urodzeniem i światłym umysłem, nie potrafią zrozumieć tego, co się dzieje poza ich komnatami. Zabawne sytuacje oparte są na rozdźwięku pomiędzy myśleniem króla a myśleniem poddanych, jak w tych słynnych słowach przypisywanych Marii Antoninie, która gdy wieśniacy krzyczeli „Jesteśmy głodni, nie mamy chleba”, miała opowiedzieć: „To jedzcie ciastka”. I właśnie te ciastka w opozycji do chleba są tutaj głównym elementem humorystycznym. Kurcze, mnie to nie bawi.


„Baśń” nie jest też moim zdaniem skierowana do dzieci. Próbowałem to czytać Kostkowi, ale nie za bardzo się odnajdywał. Tego nicowania języka jest tutaj za dużo, a w samej historii nie ma nic ciekawego. Przyznaję, że nie czytałem wcześniejszej „Baśni o latającym dywanie”, ale z tego co dowiedziałem się w internecie rzecz dzieje się także na dworze księcia Miraża, styl tego tekstu jest podobny, a książka zdobywała nagrody... Więc może to ja nie jestem w stanie docenić pięknej polszczyzny i satyrycznego zmysłu autora? Być może ktoś ma inną opinię – chętnie wysłucham...

Kiedy otworzyłem „Baśń o latającym rumaku” to miałem skojarzenia z „Cyryl, gdzie jesteś?”(1962) Wiktora Woroszylskiego, genialną książką, też w jednym z wydań ilustrowaną przez Butenkę. Cenię tę prowadzoną trójtorowo opowieść przede wszystkim za ciepły, ironiczny ton i wspaniałe absurdalne pomysły. Niestety było to tylko pierwsze skojarzenie, fabule Bardijewskiego brak tej lekkości, która była domeną książki Woroszylskiego. Jest trochę jak taki literacki sitcom, gdzie z offu leci mechaniczny rechot, ale nikt się za bardzo nie śmieje.

/BW/


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...