piątek, 4 sierpnia 2017

Życie jako najbardziej schematyczny pisarz świata? („Kroniki z życia ptaków i ludzi” Aida Aimer)


Przyznaję, że sięgnąłem po „Kroniki z życia ptaków i ludzi” Aidy Aimer trochę przez przypadek. Pochodzę ze Szklarskiej Poręby, a mieszkam we Wrocławiu więc temat przesiedleń, wchodzenia do opuszczonych domów, w których jeszcze przed chwilą byli inni ludzie jest mi znany. Nawet jeśli sam tego nie przeżyłem, to pamięć o tych powojennych wydarzeniach, w mojej rodzinie nadal trwa i ma się dobrze. Wciąż wspomina się, że na strychach stały drewniane narty, nad umywalkami w kuchniach wisiały ściereczki haftowane napisem „Guten Tag”, a wujek wykopał pod agrestem skrzynie z porcelaną. Spodziewałem się, że książka wydana przez Naszą Księgarnię będzie do tych moich wspomnień i przeżyć nawiązywać i że będzie bardziej skierowana do dzieci i młodzieży. Tymczasem dostałem jak najbardziej dorosłą powieść o trudnych ludzkich losach.



Muszę się przyznać, że przeczytałem ją dosyć szybko i z umiarkowanym zaangażowaniem. Z jakąś niezwykłą łatwością przebiegłem przez losy wszystkich opisanych tutaj ludzi, prześlizgnąłem się po ich życiach tragicznych i mniej tragicznych, aby stwierdzić, że jest to typowa opowieść „do śmiechu, no i do łez”. Taka stworzona według sprawdzonego schematu, w którym dziedzic musi być nieszczęśliwie zakochany w chłopce, Szkot musi być skąpy, a jak ktoś w przedwojennej Warszawie pójdzie w miasto to koniecznie muszą go okraść i musi zahaczyć o dom uciech. Mężczyzna biorący za żonę kobietę noszącą dziecko innego musi być brutalny, agresywny i zakompleksiony, ubekom musi kwaśno śmierdzieć z ust, a wrażliwy chłopiec z pewnością zostanie muzykiem... Aida Aimer pisze trochę i o urokach wielkiego miasta, i o skarbie, i o życiu towarzyskim i uczuciowym na wsi polskiej, trochę o arystokracji, trochę o miłości i wreszcie trochę o wojnie, bombardowaniach zagładzie i złu. Zatem dla każdego coś miłego (albo nie). Na początku lektury miałem większe oczekiwania, które malały wraz z każdą kolejną przeczytaną stroną. Zgodnie z okładkowym blurbem opisane wydarzenia są po części prawdziwe – jeśli tak, to życie okazuje się być najbardziej schematycznym pisarzem na świecie. Zwróćmy jednak uwagę na to „po części”. Miałem bowiem wrażenie, że pisarka zasłyszane lub przeczytane fakty hojnie wzbogacała swoją fabularną inwencją. Proporcje nie są mi znane (nie sposób też dowiedzieć się ich z posłowia), więc bezpieczniej będzie potraktować przedstawioną opowieść w całości jako fikcję literacką.

Książka polsko-palestyńskiej pisarki to połączenie sagi rodzinnej z opowieścią o miejscu, o axis mundi. Coś jakby zmiksować „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier z „Mostem na Drinie” Ivo Andrica, maksymalnie upraszczając. Wymienione tytuły bowiem, oprócz tego iż opisywały konkretne miejsca i konkretne ludzkie losy były w ogólnej swojej wymowie metaforyczne i uniwersalne. Aida Aimer również tak chciała, nie wątpię. Cóż kiedy się nie udało...

Forma wybrana przez pisarkę dla przedstawienia tej fabuły czyli poszatkowanie poszczególnych historii a następnie ułożenie wbrew porządkowi czasowemu tylko pozornie jest zabiegiem utrudniającym odbiór książki. Nie takie rzeczy czytaliśmy u Faulknera czy Buczkowskiego, nie takie hocki klocki serwowali nam Cortazar z Parnickim. Tutaj zabieg ten został wprowadzony w wyższym celu – mianowicie miał pokazywać nietrwałość ludzkiego losu, fakt, że wystarczy gwałtowniejszy ruch i wszystko sypie się jak domek z kart, które upadają na dywan zupełnie przypadkowo. I układają się w losową mozaikę narodów, ludzi i charakterów. Niestety autorka nie zapanowała nad tą mozaiką... Niektóre historie pozostały niezakończone, inne urwały się nagle i już nie zostały podjęte. Świat przedstawiony tej książki przypominał mi układanie niekompletnych puzzli - opróżniliśmy już pudełko, widzimy ten obraz na stole, ale nadal jest w nim wiele białych, pustych miejsc. Pewnie się zgodzicie, że jest to jeden z najbardziej denerwujących momentów... "Kroniki..." są dla mnie takimi właśnie niekompletnymi puzzlami.

Akcja powieści zasadniczo dzieje się w dwóch wsiach – w Żubrynku na Podlasiu i Gąskach na Mazurach (właściwie Gonsken, a od 1938 r. Herzogskirchen). Miejsca te nie były od siebie bardzo oddalone, ale w wyniku działań wojennych Żubrynek został zniszczony, a Gąski wysiedlone z mieszkających tam Niemców i objęte jurysdykcją Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Rodziny z Żubrynka zostały przesiedlone do Gąsek. W książce opisana została jedna taka rodzina – Sztulmowskich. Po przybyciu do nowego miejsca zajmują dom Stuhlmacherów. Fonetycznie nazwiska są podobne i autorka na kilka jeszcze sposobów stara się familie te do siebie zbliżyć np. najmłodsze dzieci z rodziny są wrażliwe (Jaś i Fritz). Aczkolwiek nadanie takiego samego imienia matce z rodziny niemieckiej i krowie, którą posiada rodzina polska (Berta) uznaję za zabieg nieco mało elegancki...

Książka miała w założeniu traktować o zbiorowości, stąd u Aimer brak głównego bohatera. Dla mnie to kolejny, duży minus powieści. Autorka nie poradziła sobie z wprowadzoną do historii liczbą bohaterów. Niektórych poznajemy tylko z imienia, niektórzy pozostali tylko schematycznymi, papierowymi tworami, wreszcie niektórzy, z tych opisanych trochę szerzej nie dostali zakończenia swoich historii. Na głównych bohaterów powieści wyrastają więc Jan Putra, chłop który dwa razy (po śmierci żony i po wkroczeniu Armii Czerwonej) postanowił wyruszyć w świat (aczkolwiek co robił przez całe pięć lat po pogrzebie żony Eugenii dokładnie się nie dowiadujemy) i jego córka Apolonia Sztulmowska, kobieta o niezwykłej urodzie, która została zmuszona wyjść za mąż za brutalnego psychopatę Józefa Sztulmowskiego. To ich losy głównie poznajemy, pozostali bohaterowie są tłem. Raz nakreślonym staranniej, innym razem tylko naszkicowanym. Być może autorka planowała pierwotnie napisać książkę obszerniejszą, ale z jakichś powodów została zmuszona do jej szybszego zakończenia?

Na co jeszcze zwróciłem uwagę... Uproszczone i trochę infantylne fragmenty historyczne (jest ich sporo, ale np. fragment o tym jak w Jałcie Stalin, Churchill i Roosvelt wyrywali sobie chorągiewki). Niektóre fabularne pomysły brzmią mało wiarygodnie np. hrabina Izabela von Ansbach korespondująca ze wszystkimi znanymi ludźmi epoki od Einsteina do Virginii Woolf. Nawet Jung przyjechał na wakacje nieopodal jej rezydencji i został terapeutą Jasia Putry (!) Nie za bardzo rozumiem też czemu tytuł książki tak bardzo akcentuje symbiozę ludzi i ptaków, podczas gdy zawartość wcale jej nie podkreśla. Bardziej chyba uzasadnione byłoby napisanie „zwierząt i ludzi” – mamy tutaj wszak historie konia Ryżego, suki Traszki czy krowy Berty. Na pewno zarysowane ciekawiej, niż te z udziałem ptaków. Ale generalnie i tak, mimo niewątpliwie ciepłego podejścia autorki do zwierząt, pełnią one tutaj raczej rolę poddańczą. To nie jest książka o ptakach czy zwierzętach – to jest książka o ludziach. Wreszcie drobiazg, który utkwił mi w pamięci: kilkakrotne porównywanie pięknej, ale drobnej kobiety do porcelanowej figurki, laleczki.

Reasumując powieści Aidy Aimer zdecydowanie bliżej do ambitniejszego czytadła niż wstrząsającego historiozoficznego świadectwa.

/BW/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...