sobota, 30 września 2017

W oparach psychodelii i absurdu („Agnieszka Osiecka dzieciom” teksty: Agnieszka Osiecka, ilustracje: Elżbieta Wasiuczyńska)


Agnieszka Osiecka znana jest wszem i wobec przede wszystkim jako autorka tekstów piosenek, chociaż uprawiała wszystkie chyba możliwe rodzaje pisarstwa. Pisała powieści, wiersze, wspomnienia, dzienniki, scenariusze, sztuki teatralne. Tworzyła także dla dzieci. Nasza Księgarnia właśnie wznowiła zbiór jej utworów skierowanych do najmłodszych, który po raz pierwszy ukazał się w roku 2011. Jednak gdy weźmiemy go do ręki, a w głowie pobrzmiewać nam będą wersy znamienne, rymy dźwięczne i metafory celne, które tyle razy słyszeliśmy w eterze, to możemy się srogo zawieść. Autorka „Szpetnych czterdziestoletnich” w swojej twórczości dla dzieci w zasadzie nie bywała poetką. Pisała przede wszystkim prozę i to dosyć specyficzną. Zbiorczy tom przypomina ten mniej znany rozdział jej twórczości (chociaż Daniel Passent tłumaczy we wstępie, że to rozdział niezwykle dla pisarki ważny). Zostawmy jednak te dywagacje i zadajmy pytanie podstawowe: czy to się w ogóle da dzisiaj czytać dzieciom?


Zanim spróbuję udzielić odpowiedzi na to pytanie krótko opiszę, co znajdziemy w zbiorze. A zatem umieszczono w nim następujące utwory: „Dzień dobry, Eugeniuszu” (1969) o glinianym ptaszku, który powstał w Szwecji, ale trafił do Polski – w tej historii Osiecka przemyca wiele akcentów autobiograficznych (umieszcza nawet siebie); „Dixie” (1972) o samochodzie, który zabiera dzieci w podróż po niezwykłych krainach, tutaj znajdziemy także sporo odniesień do współczesnych autorce realiów z jazzowym klimatem na czele; „Wzór na diabelski ogon” (1974), gdzie pisarka wykorzystuje schemat opowieści ze szkolnej ławy i do mocno absurdalnych opowieści o lekcjach fizyki wkłada prawdziwe podręcznikowe regułki (wyróżnione innym fontem); „Panoflisko” (1975), w którym śpiewająco przedstawiła łańcuch pokarmowy; „Szczególnie małe sny” (1986) są o dziewczynce, która musi nosić okulary przez co śmieją się z niej w szkole do czasu, gdy optyk, wujek Edek, wymyśla sposób jak przezywaniu zaradzić i wreszcie „Ptakowiec” (1988) historia samolotu, który kiedyś był ptakiem i na którego czyhają marsjańskiej koty. Zbiór uzupełniają dwa utwory liryczne (każdy na stronę), przypominające formą piosenki: „Zaszumiało jesienią” (1984) i „Kolęda myszki” (1985). 


Przyznaję, że nie miałem wcześniej kontaktu z utworami dla dzieci Agnieszki Osieckiej i ich lektura stanowiła dla mnie zaskoczenie. Z czym w ogóle można je porównać? Jest to proza trochę mrożkowska, lekko absurdalna, oparta na wolnych skojarzeniach i zapętlających się powtórzeniach. Osiecka nie lubi opowiadać linearnych historii, raczej stawia na swobodne „dzianie się”. Przy tym wszystkim, co warto podkreślić, prawie zupełnie brak w tych utworach dydaktyki, ale afiszują za to dużą wolność działania i myślenia. W fabułach można dostrzec realia PRL-u w krzywym zwierciadle. W ogóle czytając miałem wrażenie, że autorka traktuje dzieci jako małych dorosłych. I czuć, że pisanie dla najmłodszych stanowi dla niej taki rozrywkowy przerywnik, miejsce gdzie może wymyślić i opowiedzieć wszystko.

Jej opowieści zaludnia mnóstwo dziwnych postaci (autorka szczególnie lubi ptaki), a świat w którym rozgrywają się wydarzenia nierzadko wydaje się jakby powstał pod pędzlem Salvadora Daliego. Przedstawiona wizja świata rzadko kryje w sobie coś więcej niż tylko radosną zabawę, ewentualnie ironiczną aluzję do rzeczywistości PRL-u. Nawet jak Osiecka chce dać morał i przykładowo w „Pantoflisku” zachęca do jedzenia warzyw to wypada to jakoś blado i mało przekonująco. A jak chce dodać szczyptę dydaktyki we „Wzorze na diabelski ogon” to wydaje się ona dołączona trochę sztucznie i na siłę.


Mam trochę zgryz z tą książką - chwilami czyta się ją naprawdę ciężko i monotonnie, bo jak wspomniałem Osiecka uwielbia powtórzenia i wprowadzanie nowych bohaterów o fantazyjnych (lub nie) imionach. A trzeba dodać, że jej teksty nie są długie, więc te postacie, jak to było w starym hiciorze Lombardu, zjawiają się i znikają. Z drugiej strony jest w tym pisaniu jakaś radość tworzenia, czuć w nim lekko pokręconą, psychodeliczną i hippisowską wyobraźnię (szczególnie w pierwszych utworach) – nigdy do końca nie wiadomo, w którą stronę potoczą się wydarzenia, gdzie nagle skręci akcja i co z tego wszystkiego wyniknie. Jeżeli ktoś lubi takie klimaty to będzie w siódmym niebie.

Reasumując mam jednak nieodparte wrażenie, że taki styl i sposób snucia opowieści trąci już trochę myszką. Czuć w tych tekstach upływ czasu, jeżeli jednak spytacie czy warto sięgnąć po tę książkę to odpowiem: oczywiście, że tak. Chociażby po to, żeby samemu się przekonać.

/BW/

wtorek, 26 września 2017

Sznurowadła nie takie straszne („Wiąż, ile chcesz, Albercie” tekst i ilustracje: Gunilla Bergström)


Jak to dobrze, że istnieje Albert... Trudno mi wskazać drugiego bohatera w wieku przedszkolnym, którego przygody byłyby opisane za pomocą tak prostych słów i jednocześnie niosłyby tak głębokie i zmuszające do myślenia treści. Nawet ilustracje stworzone przez autorkę są z jednej strony czytelne dla każdego, ale jednocześnie posiadają indywidualny rysunkowo-kolażowy sznyt. Pamiętam wrażenie jakie wywarł na mnie „Albert i potwór”, książka pokazująca jak rodzi się w człowieku zło, albo „Czy jesteś tchórzem Albercie?”, w którym chłopiec postanawia, że będzie pacyfistą i nigdy nie weźmie udziału w bójce. Sytuacje, za pomocą których autorka prezentuje te, niełatwe przecież, problemy są jednak tak pomysłowe i bezpretensjonalne, że wypada tylko napisać: chapeau bas. Ale seria Gunilli Bergström nie porusza tylko problemów pierwszej wagi. Są części traktujące o najzwyklejszych elementach naszej codzienności. Przynajmniej pozornie. Bo tak naprawdę trudno wskazać w życiu przedszkolaka czytelną granicę między tym, co pierwszej wagi, a tym co najzwyklejsze...
 


Wydana właśnie w Polsce część pt. „Wiąż ile chcesz Albercie” te dylematy potwierdza. W Szwecji ukazała się w roku 1988. Celowo podałem rok, bo historyjka dotyczy zaniedbywanej ostatnio wśród dzieci umiejętności wiązania kokardek. Albert ma tym razem 5 lat i właśnie nauczył się wiązać. Postanawia więc swoją nową umiejętność wykorzystać w praktyce i obwiązuje cały dom, żeby przygotować niespodziankę dla mających go odwiedzić przyjaciół. Tata mu pozwala, bo jest dumny z synka. Czy tego wiązania nie jest jednak trochę za dużo?



W 1988 roku wiązanie (szczególnie butów) było jeszcze czynnością podstawową i niezwykle istotnym etapem rozwoju każdego dziecka. Wcale się nie dziwię, że tato Alberta odetchnął z ulgą... Tylko czy dzisiaj, w dobie rzepów i butów wsuwanych, czynność ta jest jeszcze dzieciom potrzebna? Pewnie. I przychodzi taki czas, że trzeba dziecko tego nauczyć. Nowa część przygód Albert może stanowić do tej nauki sporą zachętę. Po naszym kilkakrotnym wspólnym czytaniu Kostek od razu przystąpił do ćwiczeń. Więc tak: niby o wiązaniu kokardek, ale o czymś jeszcze. Na przykład o granicach wolności jakie dajemy dziecku. A nawet o tym, że po zabawie trzeba posprzątać. To są właśnie takie książki – niby proste, ale wciąż prowokujące do pytania i myślenia.

/BW/

środa, 20 września 2017

W świecie Ireny („Nieja i ja” tekst: Antonina Kasprzak, ilustracje: Katarzyna Bukiert)


W debiutanckiej powieści Antoniny Kasprzak (Wydawnictwo Bis) poznajemy historię nieśmiałej i niezbyt popularnej w szkolnym towarzystwie Irenki, mieszkającej z babcią i matką w starym domu, w nienazwanym miasteczku. Ojciec wyjechał do Anglii i nie wrócił, co skutkuje tym, że o bohaterce, za jej plecami, mówi się „eurosierota”. Problemy rodzinne i problemy z akceptacją w szkole (do których dochodzi jeszcze wydawałoby się drobny i nieuzasadniony, ale jakże istotny dla akcji, zarzut matki oskarżającej córkę o wyjedzenie... musztardy) powodują, że w życiu dziewczynki pojawia się jej mniejszy i charakterystycznie ubrany awatar o imieniu Nieja (na pytanie mamy kto zjadł musztardę, bohaterka opowiada „Nie ja” i tak powołuje tę maleńką istotę do życia). Nieja oprócz tego, że jest dobrą towarzyszką zabaw zna kilka magicznych sztuczek – na przykład potrafi podróżować w czasie. Tymczasem koło domu zaczyna kręcić się podejrzany typek, antykwariusz Szymon Panek (hmm, to już druga ostatnio czytana przeze mnie książka, po powieści Artura Pacuły, gdzie czarnym charakterem jest antykwariusz), który ma chrapkę na ukryte gdzieś w pobliżu pamiątki po prawujku Irenki – Zbyszku, przedwojennym podróżniku. W tym celu wkrada się w łaski mamy Ireny. W historii tej pojawia się jeszcze siostrzeniec antykwariusza Franek, który staje się przyjacielem głównej bohaterki i pomaga jej w poszukiwaniach skarbu. Nic jednak nie udałoby się tutaj bez Niei i jej umiejętności przenoszenia się w czasie...


Debiut Antoniny Kasprzak jest dla mnie przykładem książki trochę przeładowanej pomysłami. W rezultacie czytając ją wydawało mi się, że to co najmniej cztery książki w jednej (co przy tej objętości nie jest czytelniczo zbyt komfortowe). Po pierwsze jest to więc książka o wymyślonym przyjacielu (tutaj przyjaciółce). Po drugiej jest to książka o podróży w czasie. Po trzecie jest to książka przygodowa z lajtowym wątkiem detektywistycznym. I po czwarte jest to książka przywołująca problemy dzisiejszych dzieci (np. emigracja zarobkowa rodziców czy uzależnienie od programów telewizyjnych). Oczywiście rozumiem, że w pierwszej książce chciałoby się napisać o wszystkim, jednak pewna selekcja pomysłów, w mojej opinii, tej książce by się przysłużyła. W rezultacie po lekturze najbardziej zapamiętałem motyw podróży w czasie - miałem nawet skojarzenia z dawną powieścią Marii Kruger „Godzina pąsowej róży”. Ten rys „staroświeckości” jest zresztą w „Nieja i ja” wyczuwalny. 




Nie można też zaprzeczyć, że autorka operuje w swojej powieści znanymi, często bardzo wyeksploatowanymi przez literaturę młodzieżową i dziecięcą motywami (część z nich wymieniłem powyżej). Widać, że dobrze czuje takie pisanie, jednak uważam, że nie zdołała wypracować jeszcze swojego indywidualnego głosu. Jej debiutancką książkę określiłbym jako zręczną zabawę schematami. I zdecydowanie lepiej idzie jej odrealnianie, nasycanie baśniowością, a gorzej pisanie o realiach bo np. taki wątek związku mamy Irenki i antykwariusza od początku jawił mi się jako mało prawdopodobny. Pomijam już nieczyste intencje mężczyzny, ale przedstawienie kobiety jako bezwolnego narzędzia w rękach pierwszego lepszego (tak to wygląda) trochę chyba przeczy temu jak wygląda dzisiaj świat? Przynajmniej jak ja ten świat widzę...

I cóż mogę jeszcze napisać? Czekam na kolejną książkę.

/BW/



piątek, 15 września 2017

Padawani wracają do szkoły („Akademia Jedi. Nowa klasa” tekst i rysunki: Jarrett J. Krosoczka)


Kilka tygodni temu pisałem na blogu o komiksie Jeffreya Browna „Akademia Jedi”. Autor narysował trzy części AJ (czyli można powiedzieć, że ukończył swoją własną, klasyczną trylogię) po czym odleciał w inne rejony Galaktyki i mam nadzieję, zobaczę go jeszcze w innej, nie „starłorsowej” odsłonie. Rynek jednak nie znosi próżni i oto pojawiła się kontynuacja interesującej serii Browna, sygnowana przez Jarretta J. Krosoczkę. Czy „Nowa klasa” (Wydawnictwo Ameet) jest tym dla trylogii Browna, czym było „Mroczne Widmo” dla klasycznej trylogii SW – a więc nie najlepszej jakości naśladownictwem? Na szczęście nie jest.


Akcja toczy się w znanej nam tytułowej szkole, w której dalej uczy długowieczny mistrz Yoda. Jednak oprócz zielonego, pomarszczonego mędrca reszta bohaterów została zupełnie wymieniona (chociaż kilku nauczycieli można było ocalić...). Wiem, że Krosoczka chciał opowiedzieć tę historię po swojemu, ale jest to trochę wyważanie otwartych drzwi...

Główny bohater tym razem nazywa się Victor Starspeeder. Chłopiec zostaje wybrany ze względu na „wrodzoną umiejętność władania mocą” i trafia do szkoły, gdzie uczęszcza już jego siostra Christina (na terenie akademii udaje, że nie zna brata). Na miejscu od razu nawiązuje znajomość ze starszym od niego Zachem (wyglądającym jak wzorowy rycerz Jedi) i nabiera podejrzeń wobec kolegi z klasy Artemisa (zakapturzonego niczym podejrzany Sith). Victorowi wpada też w oko Maya, dziewczyna która jak na złość, nie zwraca na niego uwagi...



Znowu dostajemy zatem historię osadzoną w szkolnych realiach, ubraną w kostium Star Wars – i tutaj Krosoczka wiernie podąża drogą Browna. Podąża nią także tworząc elementy dodatkowe – strony z pamiętnika, plany lekcji, strony z „Obserwatora Padawańskiego”, krótkie komiksy nawiązujące do Fistaszków. Jednak zestawiając szkolne przygody Victora ze szkolnymi przygodami Roana uwidaczniają się różnice decydujące o tym, że mamy do czynienia z dwoma nieco innymi propozycjami. 



Krosoczka postawił przede wszystkim na narrację komiksową. Dodatkowych wtrąceń jest wyraźnie mniej niż u Browna, przez co „Nowej klasie” bliżej do klasycznej historii obrazkowej. Druga sprawa to fabuła komiksu, w której Krosoczka przedstawił historię bardziej zwartą i wyrazistą. Akurat to nie za bardzo przypadło mi do gustu, gdyż fabularny kalejdoskop Browna, który starał się nie wpadać w moralizatorskie tony, twórca „Nowej klasy” zastąpił standardową opowieścią rodem ze szkolnej ławy okraszoną może trochę zbyt czytelnym morałem, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ucierpieli też na tym bohaterowie – ci z komiksów Browna są dla mnie ciekawsi, lepiej przedstawieni – jednak należy pamiętać, że to dopiero pierwszy tom. A dla przeciwwagi wyznam, że podoba mi się promowanie w tym komiksie czytania papierowych książek (patrz ujęcia powyżej:). Nie jestem niestety miłośnikiem kreski Krosoczki – jego rysunki wydają się zbyt uproszczone. I Brown był zdecydowanie lepszy w ukrywaniu smakowitych szczegółów i detali dla trochę starszych fanów SW. Te drobne wątpliwości nie powinny jednak przesłonić faktu, że to udana kontynuacja serii. A w kolejnych tomach (o ile powstaną) rysownik pewnie bardziej rozwinie skrzydła. 

Zatem jeżeli wasze dziecko fascynuje się Star Wars, a wy nie wiecie jak fascynację tę rozwinąć i nie chcecie jednocześnie ugrzęznąć w jakichś „starłorsowych” popłuczynach, których pełno na rynku to śmiało sięgajcie zarówno po Browna, jak i Krosoczkę. A moc lektury analogowej, tradycyjnie niech będzie z wami!

/BW/

środa, 13 września 2017

Uniwersum ma się dobrze („Łamignat Straszliwy” scenariusze: Maciej Kur, Tomasz Samojlik, rysunki: Sławomir Kiełbus, Paweł Bednarczyk, Tomasz Samojlik)


Cyklem o przygodach Kajka i Kokosza, dwóch słowiańskich wojów z Mirmiłowa, zaczytywałem się w, szczenięcych dla mnie, latach 80. Ze wstydem przyznaję jednak, że później rzadko do tych opowieści wracałem (podczas gdy regularnie sięgałem np. po komiksy Tadeusza Baranowskiego i Papcia Chmiela). Teraz przeczytałem „Łamignata Straszliwego” i poczułem tęsknotę za moją kolekcją KiK, a były to egzemplarze nierzadko rozpadające się i po milion razy klejone na grzbietach. Ehhh... Przypomniałem sobie bowiem jak świetne były to opowieści i rysunki.


Nie jest to blog typowo komiksowy, więc chciałbym wyjaśnić kwestie, dla jednych pewnie oczywiste – a dla innych nieznane. Otóż nowy komiks o przygodach Kajka i Kokosza to w rzeczywistości zbiór czterech komiksowych historyjek opracowanych przez współczesnych polskich twórców komiksów. Scenariusze napisali Maciej Kur (3) i Tomasz Samojlik (1), a rysowali Sławomir Kiełbus (2), Piotr Bednarczyk (1) i Tomasz Samojlik (1). Nie jest to więc album, prezentujący jedną dłuższą historię, ale kilka historyjek, których twórcy wykorzystują motywy, miejsca i postacie z twórczości Christy. Nie będę pewnie oryginalny jeśli napiszę, że rysunkowo najbardziej przypadł mi do gustu Sławomir Kiełbus, natomiast scenariuszowo (chociaż tutaj w zasadzie nie miał konkurencji) Maciej Kur. W wielu napisanych przez niego dymkach wyczułem ducha Christy (choćby wypowiedź posiadacza latającego dywanu o tym, że przyjechał na ferie zimowe). Recenzji tego komiksu w sieci było już mnóstwo i zauważyłem, że krytycy często wytykają Kurowi współczesne wrzutki (np. hasztagowanie w „Łamignacie Straszliwym”). Nie zgadzam się z tym. Janusz Christa także przemycał do komiksów elementy rzeczywistości PRL-u, zatem hasztagi nie powinny tutaj dziwić. To dla mnie także jest kontynuacja znanej tradycji.



Nie będę w tej recenzji streszczał zawartych w albumie historyjek – lepiej niech każdy sam się z nimi zmierzy i przekona czy działają. Na mnie zadziałały. Spotkałem wielu bohaterów z różnych stron tej serii, którzy zwykle się obok siebie nie pojawiali. Całą galerię znanych i bliskich postaci. Są tu zatem zbójcerze z Hegemonem, Kapralem i Ofermą, jest banda Krwawego Barnaby (który jak pamiętamy był mistrzem w rzucaniu nożem), jest osiłek Wojmił, brat Mirmiła, pojawia się smok Miluś i złoty puchar, którą kasztelan całował w ryjek, jest też „królewski wysłannik” a jak pamiętamy takich postaci w oryginalnej serii nie brakowało. Nie mogło się oczywiście obejść bez Kajka i Kokosza oraz Mirmiła i Lubawy. Jednak trzeba też zaznaczyć, że nasi dzielni woje i kasztelan z żoną wcale nie grają tutaj pierwszych skrzypiec...

Bardziej bowiem niż nowy album o ich przygodach jest to przypomnienie wspaniałego świata (dzisiaj się mówi uniwersum) stworzonego przez Janusza Christę, a także pokazanie jak wiele mogłoby się jeszcze w tym świecie wydarzyć. I mam nadzieję, że się wydarzy a kolejny komiks będzie już jedną, dłuższą historią.

/BW/

PS. Tak, zdaję sobie sprawę, że recenzja ta zakończyła się podobnie jak 95% recenzji dotychczas napisanych o tym komiksie.

piątek, 8 września 2017

Pirat i superbohater („Burzliwe dzieje pirata Rabarbara”, tekst: Wojciech Witkowski, ilustracje: Edward Lutczyn)


Kiedy wziąłem do ręki książkę, na okładce której pirat dosiada rekina to pierwszą rzeczą, którą zrobiłem było przejrzenie ilustracji. Miałem w dzieciństwie wydanie z Czytelnika i wydawało mi się, że obrazki te znałem na pamięć. Setki razy przyglądałem się każdej z nich... Są ich tutaj dwa rodzaje (kolorowe całostronicowe, i małe, czarno-białe w kółku na początku każdego rozdziału). I moje przewidywania się sprawdziły – pamiętałem wszystkie. Dlatego chociaż nie przepadam dzisiaj za stylem Edwarda Lutczyna to, dzięki wertowaniu książki wznowionej przez Wydawnictwo Bis, zaliczyłem naprawdę miły powrót do przeszłości...


Tak, ilustracje pamiętałem dobrze - jednak zupełnie wyparłem z pamięci fabułę. O czym to było? Wiadomo, że jest pirat, a jak pirat to musi mieć malownicze przygody na morzu. Spojrzałem na zdjęcie autora książki, Wojciecha Witkowskiego, który prezentuje się na nim niczym francuski malarz impresjonistyczny. Jednak nic więcej nie potrafiłem sobie przypomnieć. Żeby szybko ten brak nadrobić zaczęliśmy czytać z dziećmi wieczorami. I tutaj pojawia się pytanie podstawowe: czy po latach „Burzliwe dzieje pirata Rabarbara” wciąż bronią się jako książka dla dzieci?

Pirat Rabarbar to trochę taki polski Popeye (chociaż nie jest skory do bitki), a trochę antymilitarystyczny superbohater, który jako amunicję do armaty wykorzystujący arbuzy lub pomidory. Poznajemy go jednak jako marynarza, członka załogi statku o niezbyt pięknej nazwie „Kaczy Kuper”. Uwielbia kurzyć fajkę, uwielbia grochówkę na wędzonce, którą wyczuje z pełnego morza i uwielbia swoją żonę Barbarę (a potem także synka Krzynka). Opowieść rozpoczyna starcie Rabarbara z kapitanem Octem, który zakazuje swoim marynarzom kichać, Rabarbar oczywiście za nic ma jego groźby i postanawia wyruszyć wpław do domu. Po drodze pomoże mewie, krabom, uratuje Bretończyka (którego ludożercy chcą przyrządzić po fasolsku). A po dopłynięciu do domu postanawia zostać piratem i odzyskać swoją wypłatę za rejs oraz kuferek z tytoniem.


 
Książkę Witkowskiego na pewno pokochają ci, którzy lubują się w fabularnym wyolbrzymianiu i pure nonsensie. Dla naszego pirata nie bowiem rzeczy niemożliwych – przy pomocy rekina kosi morską trawę na siennik dla synka Krzynka, ryby piły i młoty pomagają mu budować szkuner, który nazywa „Krwawy mściciel pogromca i postrach”, fajką kurzy tak, że jest w stanie osłabić upał (promienie słoneczne nie przebijają się przez chmurę dymu), a kiedy chce mieć górę lodową po prostu po nią wyrusza. Fabułę tworzy tutaj kilkanaście opowiadań o pomysłach i przygodach Rabarbara. Uważam, że czyta się je po latach świetnie, przede wszystkim ze względu na postać głównego bohatera, któremu charyzmy z pewnością nie brakuje. Szkoda, że bohaterowi Witkowskiego nie udało się wypłynąć na szersze wody, bo historia jest uniwersalna, zupełnie wolna od polskich odniesień i wydaje się, że miałaby szansę zaistnieć na Zachodzie. Ujrzałem w niej również sporo podobieństw do wcześniejszych przygód rozbójnika Rumcajsa Václava Čtvrtka – wszak szewc z Jiczyna też został zbójnikiem z konieczności, też ma żonę i synka i wreszcie też przejawia superbohaterskie zdolności.


Oczywiście są w tej historii elementy, które dzisiaj mogą być odbierane trochę inaczej niż kiedyś. Przykładowo stosunek pirata do żony i żony do pirata, utrwalający niestety najgorszy patriarchalny model rodziny (kobieta zajmująca się domem i leniwy mężczyzna, który do działania bierze się tylko po interwencji kobiety). Podobnie zwyczaj palenia fajki, który tutaj przedstawiany został jako przydatny atrybut naszego superbohatera – jest sposobem na upał czy złośliwego niedźwiedzia polarnego (Rabarbar przegania go z góry lodowej wydmuchując w jego kierunku tytoniową chmurę, co sprawia że sierść zwierzęcia nabiera żółtawego koloru). Cóż, są to elementy które pasują do rabarbarowego świata i rządząca tutaj wszystkim hiperbolizacja pozwala przyjąć je wraz z dobrodziejstwem inwentarza – tym niemniej trochę rażą jeśli spojrzymy na nie z dzisiejszego punktu widzenia.

 Aha, warto jeszcze przypomnieć, że niektóre rozdziały stanowią doskonały materiał do głośnego czytania dla dzieci ćwiczących wymowę głoski „r".

 /BW/

środa, 6 września 2017

Króliki na gigancie („Wodnikowe Wzgórze”, Richard Adams, ilustracje: Aldo Galli)

Doskonała książka - angażująca, wyzwalająca ogromne emocje, wspaniale napisana (przekład: Krystyna Szerer) i traktująca o... migracji królików. No właśnie. Migracja królików to pojęcie z telewizyjnego programu przyrodniczego, w którym Krystyna Czubówna swoim charakterystycznym głosem wypowiada zdania w stylu: „Łąka. Człowiekowi miejsce to kojarzy się z wytchnieniem, pięknem i spokojem. Tymczasem toczy się tutaj codziennie brutalna walka o przetrwanie...”. Właśnie o tej walce jest „Wodnikowe Wzgórze”. I od razu oświadczam – tak, migracja królików potrafi być fascynująca i wciągająca.


Richard Adams opisuje życie i zwyczaje królików, ale nie robi tego w stylu Dygasińskiego, Goździkiewicza czy Wajraka, daleko mu też do Mrs Potter i jej historyjek o Piotrusiu Króliku. Sugerowałbym raczej abyście odświeżyli sobie „Folwark zwierzęcy” lub „Rok 1984” Orwella. Autor „Wodnikowego Wzgórza” nie ogranicza się bowiem do roli obserwatora i komentatora fauny i flory. To fakt – nigdy nie zapomina o przyrodniczej wiarygodności, dba żeby za bardzo nie uczłowieczyć swoich bohaterów, ale jednocześnie pozwala im myśleć po ludzku. Tylko myśleć i aż myśleć, ponieważ dzięki temu dostajemy opowieść metaforyczną – króliki chociaż oddają hrakę i chodzą na sylflaj (to słowa z języka leporydzkiego, którym posługują się skaczące zwierzęta) powtarzają nasze błędy. Zobaczyłem w tej historii przeklęte problemy dzisiejszego świata, w którym króluje konformizm nierzadko prowadzący do totalitaryzmu, ale na szczęście wciąż znajdują się tacy, dla których wolność, rozsądek i dobro są wartościami największymi.

Parę zdań o treści. Królikarnia Sandleford ma kłopoty. W miejscu, gdzie się znajduje ma powstać osiedle mieszkaniowe. Króliki oczywiście o tym nie wiedzą, bo nie potrafią czytać– ale jeden z nich, Piątek, ma dar jasnowidzenia. Wielki Królik Jarząb odrzuca jednak jego wizję zagłady królikarni i nawet nie chce słyszeć o ucieczce. Wtedy młody królik Leszczynek, który wierzy Piątkowi, postanawia wraz z niewielką grupą towarzyszy wyruszyć na poszukiwanie miejsca na nowy dom. Czeka ich trudna wędrówka, która nie skończy się w momencie wyszukania idealnego miejsca na nory... Akcja powieści poprzetykana jest także opowieściami o mitycznym bohaterze królików o imieniu El-ahrera i jego wiernego druha Rabsztoka, którzy dzięki sprytowi i mądrości skutecznie stawiali czoło największym trudnościom i przeciwnościom (kradzież sałaty to mistrzostwo świata!).



Początkowo, gdy czytałem powieść Adamsa, miałem skojarzenia z „Drogą” McCarthy’ego. To pierwsze skojarzenie, potem było ich więcej od Biblii, przez „Odyseję”, „Proces”, wspomnianego Orwella a skończywszy na klasyce fantastyki spod znaku Tolkiena i Lewisa.

Zostańmy jednak przy tym pierwszym. W „Drodze” ojciec z synem przemierzali świat po apokalipsie, rządzący się okrutnymi zasadami i nigdy nie wiedzieli jaki kolejny przerażający obraz ukaże im się za zakrętem. Tutaj jest podobnie, bo stworzeń czyhających na życie królików jest mnóstwo, ale największym zagrożeniem dla nich są... inne króliki (w „Drodze” byli to ludzie, co zresztą jest charakterystyczne dla postapokaliptycznych narracji). Wyprawa królików polega więc na ciągłym wystrzeganiu się wrogów w postaci zwierząt (lis, sowa, gronostaj, człowiek), ale też owiana jest bezustanną niepewnością, co do zamiarów innych przedstawicieli króliczego gatunku. Adams przedstawia w swojej książce kilka rodzajów ustrojów społecznych i sytuacji jednostki w tych społeczeństwach. Robi to na przykładzie trzech królikarni: Pierwiosnka, w gospodarstwie Nuthanger i wreszcie Efrafy. Prawa rządzące każdym z tych miejsc poznajemy stopniowo, podobnie jak członkowie grupy Leszczynka. Wiadomo też od razu, że nasi bohaterowie nie chcą układów tych powielać, chcą stworzyć własne, idealne społeczeństwo oparte na wolności wyboru. Trzy królikarnie stanowią dla nich negatywne punkty odniesienia.

 
Dużo można pisać o tym dlaczego to jest powieść porywająca. Choćby taki powód: króliki traktujemy zwykle jako zwierzęta-klony, identyczne, nie różniące się między sobą. Tymczasem tutaj każdy jest osobną, złożoną jednostką, kształtowaną przez inne doświadczenia. Leszczynek, Piątek, Czubak, Ostrzeń, Czerniec, Pierwiosnek czy generał Czyściec – poznajemy ich pragnienia, marzenia, obawy i kompleksy. Dzięki takim pełnokrwistym bohaterom jesteśmy w stanie tak bardzo zaangażować się w przedstawione wydarzenia.

Z tylnej strony okładki, zgodnie z praktyką wielu wydawnictw, dowiadujemy się, że wielkimi fanami tej powieści z 1972 roku są Stephen King i Joanne Rowling. Zwykle zbywam takie rewelacje wzruszeniem ramion, ale teraz pomyślałem, że wcale się im nie dziwię. A ciekawa informacja jest jeszcze taka, że „Wodnikowe Wzgórze” wzięło się z historyjek, które Adams opowiadał swoim dzieciom przed snem. Zatem siostry i bracia w blogowaniu, nie traćcie nadziei! Może jeszcze Frys, który rozdaje wygodne nory i najlepszą flerę, spojrzy na was łaskawym okiem i nie poskąpi natchnienia do napisania wielkiej pieśni...

/BW/




wtorek, 5 września 2017

Z dzienniczka Fefe („Z Muchą świat zwiedzamy i opowiadamy” tekst: Marta Galewska-Kustra, ilustracje: Joanna Kłos)


Już po wakacjach, ale książka jeszcze klimacie kanikuły. Historia Muchy Fefe, która schowana w walizce, na gapę wyrusza do Hiszpanii. To kolejna pozycja Marty Galewskiej-Kustry, która niestrudzenie uczy wymowy małych czytelników. Ostatnio robiła to w dwóch częściach Pucia, ale sprytna mucha także już pracowała z najmłodszymi w książce „Z Muchą na luzie ćwiczymy buzie”. Pucia czytamy i szczególnie Matylda stała się wielką fanką jego przygód. Natomiast pierwszej książki o przygodach Fefe nie znaliśmy. Czy czarna (a bywa że opalona) bohaterka przekonała nas do siebie?


Do pozycji, których nadrzędny cel określić można mianem terapeutyczno-edukacyjnego i jest on znany już na etapie wydawniczych zapowiedzi zwykle podchodzę z lekkim dystansem. Umiejętne łączenie fabuły z dydaktyką na poziomie odbiorcy dziecięcego to sztuka bardzo trudna i niezwykle łatwo w takich przypadkach o fałszywy ton. W przypadku przygód Pucia miało to mniejsze znaczenie – wydarzenia były tam uproszczone. Tymczasem książka, której celem jest opisywanie, opowiadanie i dopowiadanie wymaga już bardziej rozbudowanej historii, o większym stopniu skomplikowania.

Autorka jednak oprócz tego, że jest terapeutką, posiada literacką wyobraźnię i pisać potrafi. Można z lekkim przymrużeniem oka powiedzieć, że zastosowała tutaj zakorzeniony w literackiej tradycji motyw „odnalezionego rękopisu”. Wszak śledzimy zapiski z dzienniczka muchy, która swoje przeżycia na urlopie w Hiszpanii zapisuje w pierwszej osobie – co zresztą jest konieczne, bo jej wiedza o rzeczywistości musi być niewielka. Na tyle niewielka, aby dzieci były w stanie zauważyć błędy w jej obserwacjach. Moje zauważają, więc zadanie zostało spełnione. Istotne jest chyba także to, że musze wynurzenia mają w sobie urok i nie straszą jakimiś banalnymi schematami. Nie bez znaczenia jest też fakt, że autorka przemyca w treści sporo informacji o Hiszpanii (język, potrawy, taniec, zwyczaje), a nawet samą siebie tutaj umieszcza – wszak to Marta leci na Półwysep Iberyjski. Podobnie jak w Puciu wydarzenia są przedstawione w formie kadrów, wspaniale zagospodarowanych ilustracyjnie przez Joannę Kłos (a format książki jest spory), ale oczywiście nie tak prostych jak w przypadku przygód przedszkolaka. 





Chwaliłem książki Marty Galewskiej-Kustry o Puciu za stworzenie atrakcyjnych, zindywidualizowanych bohaterów i atrakcyjne ich przedstawienie na ilustracjach, a wszystko dla celu dydaktycznego, który jednak nie był od pierwszych stron podawany łopatą. Historia o podróżującej Fefe to już poziom wyżej, bo obok bohaterów, ilustracji i celów edukacyjnych trzeba było przedstawić atrakcyjną fabułę – interesującą i zachęcającą dzieci do opowiadania. Według mnie to się autorkom udało. To dobra wiadomość, bo takich książek potrzeba jak najwięcej.

/BW/

piątek, 1 września 2017

Nie tylko dla wilków morskich („W morze” tekst i ilustracje: Piotr Karski)


Jeszcze kilka dni temu byliśmy na plaży. A teraz zaczął się wrzesień. Deszcz. Natura to jednak potrafi przywołać nas do porządku. Dlatego dzisiaj, kiedy poczuliśmy, że jesień naprawdę i rzeczywiście nadejdzie proponuję krótką (w recenzji), a długą (w książce) podróż nad morze. A raczej „W morze”...



Odwiązywać cumy szczury lądowe, wtaczać ostatnie beczki do pentry, rozwijać żagle i cała naprzód ku nowej przygodzie! Będzie to wyprawa bogata w doznania, wiedzę i dodatkowo połączona z kreatywną rozrywką.

Cenię sobie pozycje Piotra Karskiego (wcześniej „W góry”), ponieważ nie tworzy książek przewidywalnych. A zadanie ma niełatwe, gdyż – niestety – większość dostępnych uzupełnianek, kolorowanek i poradników kreatywnej zabawy charakteryzuje się wtórnością schematu „ze dwa labirynciki, połącz kropki, porównaj obrazki i trochę do pokolorowania” albo zawiera opisy jakichś zadań z czapy, do których nigdy nie masz w domu składników (serio). A sznurek do wiązania węzłów zawsze się znajdzie.






Dwie sprawy. Pierwsza: ogrom materiału, ogrom zadań, morski kosmos w dużym formacie. Mnóstwo skojarzeń, pomysłów, kolorów plus atrakcyjne ilustracje (aż szkoda po tym rysować:) Druga: walory edukacyjne – jak zawsze mnóstwo informacji powciskanych, poukładanych, wzbogacających to wydawnictwo. Mama z tatą także wiele mogą się dowiedzie.

Jeżeli jeszcze jedziecie z dziećmi nad morze to zabierzcie ze sobą książkę Karskiego. Jeśli nie jedziecie to też ją weźcie. Nada się nawet dla dwójki, bo strony wielkie (A4 w poziomie) i mogą bawić się jednocześnie.

Dla mnie zupełny top topów jeśli chodzi o połączenie książki interaktywnej z książką edukacyjną. Piotr Karski przygotował dla młodszych i starszych dzieci prawdziwą ucztę z owoców morza. I mam nadzieję, że na jeszcze jakieś wyprawy, w przyszłości nas zabierze...

/BW/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...