piątek, 8 września 2017

Pirat i superbohater („Burzliwe dzieje pirata Rabarbara”, tekst: Wojciech Witkowski, ilustracje: Edward Lutczyn)


Kiedy wziąłem do ręki książkę, na okładce której pirat dosiada rekina to pierwszą rzeczą, którą zrobiłem było przejrzenie ilustracji. Miałem w dzieciństwie wydanie z Czytelnika i wydawało mi się, że obrazki te znałem na pamięć. Setki razy przyglądałem się każdej z nich... Są ich tutaj dwa rodzaje (kolorowe całostronicowe, i małe, czarno-białe w kółku na początku każdego rozdziału). I moje przewidywania się sprawdziły – pamiętałem wszystkie. Dlatego chociaż nie przepadam dzisiaj za stylem Edwarda Lutczyna to, dzięki wertowaniu książki wznowionej przez Wydawnictwo Bis, zaliczyłem naprawdę miły powrót do przeszłości...


Tak, ilustracje pamiętałem dobrze - jednak zupełnie wyparłem z pamięci fabułę. O czym to było? Wiadomo, że jest pirat, a jak pirat to musi mieć malownicze przygody na morzu. Spojrzałem na zdjęcie autora książki, Wojciecha Witkowskiego, który prezentuje się na nim niczym francuski malarz impresjonistyczny. Jednak nic więcej nie potrafiłem sobie przypomnieć. Żeby szybko ten brak nadrobić zaczęliśmy czytać z dziećmi wieczorami. I tutaj pojawia się pytanie podstawowe: czy po latach „Burzliwe dzieje pirata Rabarbara” wciąż bronią się jako książka dla dzieci?

Pirat Rabarbar to trochę taki polski Popeye (chociaż nie jest skory do bitki), a trochę antymilitarystyczny superbohater, który jako amunicję do armaty wykorzystujący arbuzy lub pomidory. Poznajemy go jednak jako marynarza, członka załogi statku o niezbyt pięknej nazwie „Kaczy Kuper”. Uwielbia kurzyć fajkę, uwielbia grochówkę na wędzonce, którą wyczuje z pełnego morza i uwielbia swoją żonę Barbarę (a potem także synka Krzynka). Opowieść rozpoczyna starcie Rabarbara z kapitanem Octem, który zakazuje swoim marynarzom kichać, Rabarbar oczywiście za nic ma jego groźby i postanawia wyruszyć wpław do domu. Po drodze pomoże mewie, krabom, uratuje Bretończyka (którego ludożercy chcą przyrządzić po fasolsku). A po dopłynięciu do domu postanawia zostać piratem i odzyskać swoją wypłatę za rejs oraz kuferek z tytoniem.


 
Książkę Witkowskiego na pewno pokochają ci, którzy lubują się w fabularnym wyolbrzymianiu i pure nonsensie. Dla naszego pirata nie bowiem rzeczy niemożliwych – przy pomocy rekina kosi morską trawę na siennik dla synka Krzynka, ryby piły i młoty pomagają mu budować szkuner, który nazywa „Krwawy mściciel pogromca i postrach”, fajką kurzy tak, że jest w stanie osłabić upał (promienie słoneczne nie przebijają się przez chmurę dymu), a kiedy chce mieć górę lodową po prostu po nią wyrusza. Fabułę tworzy tutaj kilkanaście opowiadań o pomysłach i przygodach Rabarbara. Uważam, że czyta się je po latach świetnie, przede wszystkim ze względu na postać głównego bohatera, któremu charyzmy z pewnością nie brakuje. Szkoda, że bohaterowi Witkowskiego nie udało się wypłynąć na szersze wody, bo historia jest uniwersalna, zupełnie wolna od polskich odniesień i wydaje się, że miałaby szansę zaistnieć na Zachodzie. Ujrzałem w niej również sporo podobieństw do wcześniejszych przygód rozbójnika Rumcajsa Václava Čtvrtka – wszak szewc z Jiczyna też został zbójnikiem z konieczności, też ma żonę i synka i wreszcie też przejawia superbohaterskie zdolności.


Oczywiście są w tej historii elementy, które dzisiaj mogą być odbierane trochę inaczej niż kiedyś. Przykładowo stosunek pirata do żony i żony do pirata, utrwalający niestety najgorszy patriarchalny model rodziny (kobieta zajmująca się domem i leniwy mężczyzna, który do działania bierze się tylko po interwencji kobiety). Podobnie zwyczaj palenia fajki, który tutaj przedstawiany został jako przydatny atrybut naszego superbohatera – jest sposobem na upał czy złośliwego niedźwiedzia polarnego (Rabarbar przegania go z góry lodowej wydmuchując w jego kierunku tytoniową chmurę, co sprawia że sierść zwierzęcia nabiera żółtawego koloru). Cóż, są to elementy które pasują do rabarbarowego świata i rządząca tutaj wszystkim hiperbolizacja pozwala przyjąć je wraz z dobrodziejstwem inwentarza – tym niemniej trochę rażą jeśli spojrzymy na nie z dzisiejszego punktu widzenia.

 Aha, warto jeszcze przypomnieć, że niektóre rozdziały stanowią doskonały materiał do głośnego czytania dla dzieci ćwiczących wymowę głoski „r".

 /BW/

3 komentarze:

  1. Zaczęłam czytać od drugiego tomu, a kiedy potem doczytałam pierwszy i trzeci, już mnie tak nie porwały. Za to dwójka jest po prostu prześmieszna!

    OdpowiedzUsuń
  2. Drugiego chyba nie czytałem w dzieciństwie (chociaż musiałbym spojrzeć na ilustracje;) - trzecią część mam w formie audiobooka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiałam w dzieciństwie. Mam jeszcze to stare wydanie :-D, ale dzieciom w ogóle nie podpasowało :-( Niestety. Choć moim zdaniem Rabarbar wcale się nie zestarzał.

    OdpowiedzUsuń

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...