środa, 4 października 2017

Urocza ramotka („Coś ci powiem, Stokrotko...”, tekst: Mira Jaworczakowa, ilustracje: Hanna Krajnik)


To już chyba taka chwila, w której trzeba powiedzieć wprost, że książka dla dzieci wydana w roku 1962 powstała w bardzo, bardzo zamierzchłej przeszłości. Czy Stokrotka nie mogłaby być przykładowo koleżanką jakiejś XIX-wiecznej bohaterki z książek dla dzieci? Wielu z was zapewne krzyknie: Never! Świętokradztwo! Ale założę się, że niejeden mały czytelnik dałby temu wiarę. A byłoby to możliwe także dlatego, że książka Jaworczakowej jest w zasadzie wolna od bezpośrednich nawiązań do sytuacji politycznej kraju, w którym powstała. Nie znajdziecie w niej nachalnej propagandy, ale za to sporo oldskulowego czaru i jakże niewinny obraz przeszłości, także tej doświadczanej w szkolnych murach... 


Książka została przez Jaworczakową napisana w okresie gomułkowskiej „małej stabilizacji”, kiedy wszyscy udawali, że żyją w normalnym kraju i mają jedynie codzienne problemy. I taka właśnie jest „Stokrotka” – rozpisana na kilkadziesiąt kawałków opowieść o dziewczynce z Krakowa, która zaczyna chodzić do szkoły. Wydawnictwo Nasza Księgarnia zdecydowało się ją wznowić, co może być sygnałem, że takie urocze ramotki (jest to określenie w 100% pozytywne!), w których bohaterowie chodzą na pauzę, korzystają z kałamarzy, a w szkolnej klasie stoi piec kaflowy są dzisiaj potrzebne. „Stokrotka” z pewnością będzie miłym wspomnieniem dla babć, które przeczytają tę książkę swoim wnukom. Pytanie czy przedstawione w niej wydarzenia zainteresują najmłodszych?

Mała Stokrotka zaczyna chodzić do szkoły. Początki są dla niej trudne, ale pomaga jej wierny przyjaciel, mały pluszak Misiaczek, z którym dziewczynka rozmawia, spiera się, prosi o rady. Stanowi dla niej nawet coś w rodzaju sumienia – zawsze wskazuje jej tę właściwą drogę, którą powinna pójść. Oprócz tego spotykamy tutaj jej lekko irytującą siostrę Krysię, ojca czytającego gazetę i gromiącego córkę, gdy zapomni literki w wyrazie i mamę zajmującą się domem, która aby jej córki poszły do wesołego miasteczka, rezygnuje z odwiedzenia wystawy w galerii. Do tego są oczywiście uczniowie, koleżanki i koledzy Stokrotki.



Świat tej książki jest tak spokojny, a problemy w niej poruszane tak niedzisiejsze, że wręcz powinno się zalecać czytanie jej zamiast uspokajających ziółek. Z drugiej strony jest to też świat o bardzo tradycyjnym podziale ról i pod tym względem brzmi trochę anachronicznie. Podziwiam styl Jaworczakowej, która potrafi zamknąć historyjkę na trzech, a bywa że dwóch stronach (a czcionka spora!). Oj niejednej dzisiejszej pisarce czy pisarzowi lekcja takiej dyscypliny bardzo by się przydała...

Dużo tutaj realiów codziennego życia w Polsce gomułkowskiej – z lekkim uśmiechem i pewnie trochę niewesołą refleksją, a propos teraźniejszości, czytamy opowieść o tym jak Stokrotka idzie do Ani obejrzeć pierwszy raz w życiu dobranockę w telewizji. Dziwimy się uwielbieniu jakie okazują uczniowie Marii Kownackiej, autorce „Plastusiowego pamiętnika”, która przychodzi na spotkanie do ich szkoły – dzisiaj z podobną estymą traktowani są wszelkiej maści celebryci, wokaliści czy serialowi aktorzy. Wtedy była to autorka książeczki dla dzieci... O tempora, o mores!


Jest to też książka o życiu dziecka w dużym polskim mieście w latach 60. Wtedy takie miejsce akcji nie było jeszcze zbyt często eksplorowane. Czytelnicy przyzwyczaili się do tego, że czołowe autorki dziecięce jak Maria Konopnicka, Janina Porazińska czy występująca w tej książce osobiście Maria Kownacka, raczej z motywów wiejskich, rustykalnych uczyniły znak rozpoznawczy swoich utworów. Jednak także u Jaworczakowej znajdziemy jeszcze sporo postaci z miedzy i z pól – krasnoludki, skrzaty, Nuda-Maruda (eh czasy kiedy można było tak prosto o tym napisać!) czy Baba Jaga. Dzięki postaci Misiaczka książka ma też lekko dydaktyczny wydźwięk, ale nie jest to zbyt nachalne. Wrażenie robi też okładkowy portret Stokrotki stworzony przez Hannę Krajnik.

Ogólnie miły powrót do przeszłości, który z pewnością warto sobie zafundować, nie za bardzo przywiązując się do tego świata, którego już nie ma i nie będzie. Trochę szkoda i trochę dobrze.

/BW/

2 komentarze:

  1. Trochę jednak szkoda. Może nie tyle fabuły i stopnia jej odzwierciedlenia w rzeczywistości, tylko kunsztu pisarskiego. Kto dziś tak konstruuje dialogi, żeby dziecko-czytelnik mogło stać się ich partnerem, choćby w wyobraźni? Współcześnie dobrych dialogów albo brak, albo są o niczym. Są za to skróty myślowe, które rozumie raczej dorosły czytelnik. Dorosły jest w stanie błyskawicznie ocenić sytuację, minę, gag, wszystkie akcje i reakcje. Dzieci ciągle wolą prosto, zwyczajnie, tak po swojemu prawdziwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda! Doskonale napisane i co ważne - nieprzegadane:)

      Usuń

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...