poniedziałek, 23 października 2017

Winston Churchill zostaje agentem („Kot Winston. Tajna misja” Frauke Scheunemann, Debit)


Książka, przy której co chwilę włączała mi się myśl: już to gdzieś czytałem… Czytałem po wielokroć. I to w lepszym wykonaniu. Gadający kot. Dziewczynka, która ma kłopoty w domu i w szkole. Zamiana ciał. Safandułowaty profesor. Zły przemytnik z Rosji. Kobieta – obecnie gosposia, kiedyś nauczycielka. Złośliwe koleżanki i przyjaciele od serca. Intryga, w której dziecko podaje się za dorosłego. Pewnie kojarzycie takie motywy i takich bohaterów? Oczywiście stosowanie schematów nie jest jeszcze przyczyną, żeby daną książkę skreślić. W końcu wszystko już było... Jednak trzeba robić to z jakimś pomysłem, własną inwencją, autorskim rysem. Tego w „Tajnej misji” nie znalazłem.


Od samego początku trochę się zdziwiłem, że niemiecka autorka Frauke Scheunemann pisze książkę dziejącą się w Gdańsku, której główną bohaterką jest Rosjanka. Po co? Jej znajomość zarówno naszego kraju, jak i Rosji ogranicza się co najwyżej do narodowych stereotypów. A nawet i to nie, bo stereotypy dotyczą tutaj Rosji (główna bohaterka Daria pochodzi z tego kraju). O Polsce nie ma nawet stereotypów… Miejsce akcji czyli Gdańsk (który jak wiemy jest miastem literacko rozpieszczanym przez np. Grassa czy Huellego) nie ma żadnego znaczenia w tej historii, brak jakichkolwiek elementów w świecie przedstawionym, które wskazywałyby, że to się dzieje nad Mołtawą. Nie oczekuję żeby Scheunemann opisywała miasto z topograficzną dokładnością, jednak czytając miałem wrażenie, że gdyby pisarska wpisała do powieści nazwę innego europejskiego miasta to nie byłoby różnicy. Więc spieszę „uspokoić”, że o Polsce pani Frauke nie pisze stereotypowo, ponieważ nie pisze w ogóle…

Krótko o treści: w Gdańsku mieszka profesor fizyki Stanisław Grad. Ma piękną willę w lepszej dzielnicy i rozpieszczonego kota rasowego o „wymyślnym” imieniu Winston Churchill. Ma też gosposię Olgę, która jednak odchodzi ponieważ ma plany matrymonialne, a na jej miejsce zatrudniona zostaje jej siostra Anna, która ma córkę Darię. Anna ma kłopoty ze swoim byłym partnerem Jurijem, draniem, który chcę ją wrobić w przemyt papierosów. Natomiast Daria ma kłopoty w nowej szkole, gdzie dokucza jej wredna koleżanka Lena. Daria zaprzyjaźnia się z Winstonem, uczy go nowych zwyczajów, nawet wychodzenia na spacer. Wreszcie nadchodzi chwila, że oboje chronią się przed burzą na budowie, siadając na zwoju kabla, w który uderza piorun. Od tej chwili zamieniają się ciałami i realizują tajną misję (a nawet kilka): chcą oczyścić Annę z zarzutów, znaleźć w szkole prawdziwych przyjaciół dla Darii i na podwórku dla Winstona.

Większość bohaterów jest tutaj idealnie przezroczysta i scharakteryzowana za pomocą jednej cechy – profesor trochę buja w chmurach, Jurij jest złym przemytnikiem, Lena jest wredna itd. Najdokładniej poznajemy Darię i Winstona. Daria jest inteligentną, podążającą za dobrem dziewczynką, ale znowu jest to postać uniwersalna, pozbawiona indywidualnych rysów - mogłaby mieszkać wszędzie, działać w każdych warunkach, jej myśli i czyny są zglobalizowane. Obserwuję to coraz częściej u współczesnych autorów – pisać tak, aby bez problemu trafić do czytelnika z każdego (powiedzmy europejskiego) kraju. Nie ma wtedy problemu z tłumaczeniem. Oczywiście Daria jest Rosjanką, ale o jej narodowości pisarka przypomina sobie tylko kiedy akurat „przydusi” ją konieczność np. kiedy musi dać Lenie argument do psychicznej przemocy w szkole. Najlepiej poznajemy Winstona, którego obserwacje dotyczące świata ludzi są najjaśniejszym elementem książki.

Sam wyjściowy pomysł na tę fabułę jest bardzo ograny i schematyczny, ale im dalej w tekst tym niestety gorzej. Z początku mamy monolog kota, który ze swojej perspektywy opisuje wydarzenia. Nie jest to nic nowego, ale przynajmniej daje się jeszcze czytać, chwilami może nawet zainteresować. Gdyby pisarka do końca pisała w takiej konwencji... Ale po feralnym pomyśle zamiany ciał w powieści zaczyna się robić bałagan, czytelnikowi łatwo się pogubić w zasadach rządzących światem, szczególnie w umiejętnościach głównych bohaterów – kot w ciele dziewczynki zaczyna mówić (i pisać!), dziewczynka w ciele kota także mówi, ale słyszy ją tylko kot w ciele dziewczynki. Przed przemianą kot oczywiście też mówił, ale dziewczynka go nie rozumiała. Na dodatek autorka chcąc utrzymać tempo akcji sięga po kolejne absurdalne pomysły – np. kota w dziewczynce przyłapują na kradzieży i nagle okazuje się, że potrafi ona rozmawiać z dziewczynką w kocie także telepatycznie! Dalej kwestia przyczyny zamiany ciał – dostajemy jakieś mętne wyjaśnienie o elektromagnesie i przyciąganiu (po co to w ogóle wyjaśniać?). Do zamiany dochodzi przypadkowo i spontanicznie – zwykle w tego typu historiach powrót do właściwego stanu rzeczy także jest nagły i niespodziewany. Tymczasem tutaj autorka wykorzystuje medyczny aparat do rezonansu magnetycznego, który bezbłędnie daje sobie radę z ponowną zamianą ciał. Być może w kolejnych częściach autorka będzie z tej zamiany jeszcze korzystać… Nie wspomnę już o takich słabościach jak pomysł, żeby chłopiec podał się za dorosłego, który chce kupić papierosy z przemytu, a wszystko tylko dzięki zmienionemu głosowi w słuchawce - oczywiście to działa...

Przeczytałem na wiki, że pisarka tworzy jedną książkę o Winstonie rocznie (jest już 5) i być może w kolejnych trochę się „rozpisała”. Niestety „Tajna misja” jest dla mnie książką nijaką, o świecie pozszywanym bardzo grubymi nićmi. Portrety psychologiczne bohaterów i realia świata przedstawionego zostały tutaj skrajnie uproszczone na rzecz tak pożądanego obecnie „dziania się”. Mogę polecić chyba tylko maniakalnym kociarzom, chociaż Kornel Filipowicz potrafił więcej powiedzieć o tych zwierzętach w jednym krótkim opowiadaniu.

/BW/


3 komentarze:

  1. O, właśnie. Klątwa "dziania się" dopchana watoliną. Chyba jednak napiszę o "Magicznym kontrolerze" Baddiela :P A tak w ogóle, to dzięki za ostrzeżenie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja pisałem o "Agencji wynajmu rodziców" Baddiela - lektura tej książki była dla mnie wyzwaniem i doświadczeniem bardzo ponurym. Chętnie przeczytam o "Magicznym kontrolerze" - wpadam do ciebie, bo ciekawie piszesz.

    A tu link do AWR http://www.coczytamkonstantemu.pl/2017/04/rodzice-gosu-nie-maja-agencja-wynajmu.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Starszy przeczytał obydwie, ale od niego się czegokolwiek, poza fajne/niefajne, dowiedzieć, to wiesz ... A co do pisania, to takie tam lanie wody :)
    Przeczytałem i widzę, że zasada jest ta sama, czyli obśmiejmy to co uważamy za niepożądane, a żeby nie znudzić to oplećmy to obśmiewanie dookoła jakiegoś atrakcyjnego dla współczesnego dzieciaka tematu. Tyle że obaj z Młodszym z utęsknieniem czekaliśmy końca, tak że z tą porywającą akcją to tak sobie :P

    OdpowiedzUsuń

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...