piątek, 13 października 2017

Zestaw startowy do każdego domu („Wanda Chotomska dzieciom”, ilustracje: Artur Gulewicz)


Oto zbiór, który powinno się mieć w domu. Jeżeli z twórców literatury dziecięcej toleruje się na półce Konopnicką, Brzechwę oraz Tuwima to Chotomska koniecznie musi do nich dołączyć! Bez niej polska literatura dla dzieci - ta, którą dzisiaj znamy, jak również ta, która dzisiaj powstaje – wyglądałaby zupełnie inaczej. Czego się dotknęła to zmieniała w literackie złoto. Pisała poezję, prozę, piosenki i sztuki teatralne i w każdym gatunku czuła się jak ryba w wodzie. Zbiór „Wanda Chotomska dzieciom” to taki niezbędnik, podstawowy zestaw startowy pokazujący ogromne pisarskie umiejętności Chotomskiej i jej niezwykłą wyobraźnię. W książce obok klasycznych już wierszy (np. „Gdyby tygrysy jadły irysy”, „Hipopotam”, „Ślimak” czy „Bańkowice Mydlane”), znajdziecie kilka poetyckich cykli („Czterech panów i Mikołaj”, „Tańce”), teksty teatralne albo raczej teatrzykowe („O rety, ety, lecą kabarety”), piosenki („Śpiewańce”) i teksty prozą („Panna Kle-Kle”, „Leonek i lew”, „Kogutek”).


Tę książkę można poznawać i czytać na różne sposoby i jak to zwykle ze zbiorami – utwory pomieszczone razem, zestawione obok siebie odbiera się zupełnie inaczej. Dostrzega się podobieństwa, których wcześniej się nie widziało, obserwuje jak poetka próbuje różnego metrum, różnych sposobów rymowania – są to małe, ciekawe odkrycia oraz (dla starszych czytelników) sporo wspomnień, ponieważ teksty pochodzą z różnych lat. Tylko trochę szkoda, że nigdzie nie ma informacji o datach ukazania się konkretnych zbiorów czy wierszy. Książka w tym wydaniu po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w roku 2011. Dobrze, że teraz kiedy Wandy Chotomskiej nie ma już wśród nas – tak szybko ją wznowiono. 



W recenzji nie będę się jednak odnosił do całości tego tomu. Jest w nim dużo wspaniałości i tego nie trzeba udowadniać. Chciałbym tylko napisać o niedługim opowiadaniu Chotomskiej z 1976 roku zatytułowanym „Leonek i lew”. Ukazało się z dopiskiem „opowieść” – pisarka często powoływała się na ten gatunek-niegatunek. Przyznaję - nie czytałem wcześniej „Leonka i lwa”. Nie jestem w temacie literatury dla dzieci alfą i omegą, nigdy być nie zamierzałem i nie zamierzam. Całkiem często oczywistości dla bardziej oczytanych w temacie są dla mnie odkryciami. I w sumie to cieszę się, że mogłem przeczytać historię Leona z moim dzisiejszym czytelniczym doświadczeniem. Gdybym poznawał ją w dzieciństwie pewnie nie zdołałbym dostrzec wszystkich niuansów, walorów i smaczków tego opowiadania, które sprawiły że po lekturze potocznie mówiąc „rozdziawiłem gębę”.

Zofia Beszczyńska we wstępie do zbioru cytuje słowa Chotomskiej:
„Niektórzy mówią, że dla dzieci trzeba pisać tak, jak dla dorosłych, tylko lepiej. A ja myślę, że dla dzieci trzeba pisać tak, żeby dorośli nie nudzili się przy czytaniu!”.
Wspaniała deklaracja! Można takie usłyszeć dosyć często od twórców literatury dla dzieci. Jednak nie zawsze (jako dorosły czytelnik i czytacz) mogę się zgodzić, że ten szczytny (i diabelnie trudny) został osiągnięty. Chotomskiej się to udało. Oczywiście nie tylko w opowiadaniach.

„Leonek i lew” to wzorcowy przykład jak napisać niedługie, lecz emocjonujące opowiadanie. Najpierw może o formie. Wykorzystywanie przez autorkę krótkich zdań, często równoważników sprawia, że tekst jest niezwykle dynamiczny. Posuwa się rytmicznie niczym kroki stawiane na miejskim bruku, bo to jest także opowiadanie o wędrówce: po mieście, ale też w głąb siebie, o podróży i dojrzewaniu. Do tego w tekst wplecione zostały wiersze – rzecz jasna zrymowane po mistrzowsku. 


Głównym bohaterem jest Leon, chłopiec ze wsi, który przyjechał do wielkiego miasta w odwiedziny do wujka. Wujek ma kolegę w cyrku, niejakiego Wacka, z którym służył w wojsku. Ma też wyjątkowo wrednego, „cwaniackiego” syna Waldka, którego wybryków nie zauważa, a słów przez niego wypowiadanych nie słyszy. Bardzo ważnym bohaterem jest tutaj także lew. Lew w kilku postaciach. Jako zwierzę zamknięte w klatce (oglądają go dzięki uprzejmości Wacka), jako rysunek na placu i wreszcie jako część charakteru Leona, który ma lwie imię. Każda z tych kreacji ma swoją rolę do wykonania w tym opowiadaniu, które zresztą nie zawiera żadnych zbędnych słów. Każdy dialog, każdy opis prowadzi do tego, co wydarzy się w ostatniej scenie na placu. Wszystko, od słów pana Wacka do słów dziewczynki rysującej biedronkę, to zapowiedź przemiany Leona z przestraszonego „wsioka” w obrońcę sprawiedliwości i prawdy. To opowiadanie zbudowane na motywie przemiany, ale też na przeciwieństwach: miasto-wieś, tchórzostwo-odwaga, słońce-deszcz. Wszystko się tutaj dopina, pasuje, siedzi na swoim miejscu. Staranna, koronkowa robota. Jeżeli nie znacie „Leonka i lwa” to naprawdę polecam lekturę tego opowiadania. Podobnie zresztą jak całej reszty tego świetnego zbioru.

/BW/


2 komentarze:

  1. JA chyba jednak wolę Chotomską w serii "Muzeum Książki Dziecięcej" poleca (Muza S.A), w tym "Leonka" z ilustracjami T.Wilbik...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tego wydania nie znam, postaram się dotrzeć:) "Leonka" z ilustracjami Wilbik widziałem, przeglądałem, jednak w domu nie mam. Swoją drogą styl Gulewicza do mnie nie przemawia, uważam że te ilustracje się zestarzały... A minęło tylko 6 lat...

    OdpowiedzUsuń

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...