środa, 29 listopada 2017

O dzieciach, dla dzieci („Lilka i spółka”, „Lilka i wielka afera”, tekst: Magdalena Witkiewicz, ilustracje: Joanna Zagner-Kołat)


O ileż uboższa byłaby literatura dla dzieci i młodzieży gdyby nie zwyczaj wysyłania pociech na przymusowe wakacje! Zapewne kojarzycie niejedną taką książkę. Bohater lub bohaterka marzą o jakimś wspaniałym miejscu, a tymczasem muszą udać się zupełnie gdzie indziej, gdzie wiedzą że będzie nudno i beznadziejnie. A co dalej? Zwykle to miejsce kaźni, nie okazuje się takie złe, a wręcz staje się scenerią do wspaniałych przygód. Ostatnią czytaną przeze mnie książką, gdzie taki schemat został wykorzystany była chyba „Czarownica piętro niżej” Marcina Szczygielskiego. Ta książka zrobiła na mnie duże wrażenie – Szczygielski pokazał jak napisać historię o dwóch emerytkach, wiewiórce, kocie i liliach, którą czyta się z zainteresowaniem. Uściślijmy: którą czyta z zainteresowaniem także dorosły czytelnik. I niestety nie mogę tego powiedzieć o książkach Magdaleny Witkiewicz. Co oczywiście wcale nie musi zostać poczytane za ich wadę…


Wydaje mi się, że „Lilka i spółka” oraz „Lilka i wielka afera” zostały pomyślane jako książki przeznaczone do czytania przez dzieci z pierwszych klas podstawówki. Narratorką jest dziewczynka, pierwszoklasistka Lilka, która ma starszą siostrę Wiktorię (zwaną Wiki) i młodszego brata Mateusza (zwanego Matewką). Jej naiwna percepcja świata, język oparty na słowach zasłyszanych w telewizji lub od dorosłych i bardzo małoletni humor przetworzone w monologową narrację zupełnie niczym nie zaskakują, rażą sztucznością. I znowu: nie zaskakują i rażą mnie. Ale być może dzieci w wieku Lilki traktują ten język i świat jak swój…

Kilka słów o treści. W „Lilka i spółka” rodzeństwo zamiast do ulubionej ciotki Franki, która jest psychologiem i rozumie ich emocje i potrzeby, wyjeżdża na wakacje do Jastarni, gdzie mieszka ciotka Jadźka. Stara panna z pypciem na nosie, lubiąca koty, flaki i sąsiada, pana Anatola. Dni upływają naszym bohaterom na obmyślaniu w jaki sposób przenieść się od ciotki złej do ciotki dobrej. Metody, którymi chcą to osiągnąć uderzają swoją naiwnością i doprawdy nietrudno wskazać fabuły przeznaczone dla podobnych wiekowo odbiorców, w których bohaterowie mają więcej wyobraźni. Przełomem jest chwila, w której dzieci zaczynają podejrzewać ciotkę i pana Anatola o chęć popełnienia przestępstwa. Naprawdę tylko ośmiolatek może emocjonować się i obawiać tym, że nasza ferajna znalazła się nagle w wielkim niebezpieczeństwie… Część druga pt. „Lilka i wielka afera” z racji tego, że ten świat powieściowy już we mnie trochę okrzepł, wydała mi się ciekawsza. Akcja rozgrywa się u „dobrej” ciotki Franki w domku letniskowym w Amalce na Kaszubach. Dzieci chcą tym razem pozbyć się facetów w czerni poszukujących złóż do odwiertów, a do ciotki przyjeżdża jej chłopak Johnny...


Nie wiem, może za bardzo nas dzisiaj rozpieszczają pisarki i pisarze tak układając swoje fabuły, żeby były atrakcyjne i dla dzieci, i dla dorosłych? Czegoś mi jednak w książkach Magdaleny Witkiewicz brakuje – jakiegoś fabularnego błysku, językowego szaleństwa, ciekawszych postaci... Czegoś. Dostrzegam sprawność rzemiosła, ale nic ponad. Wydaje mi się, że te historie powstały z myślą o czytaniu dla rozrywki, bez żadnych tam głębszych rozważań o dziecięcych lękach i pragnieniach. W sumie to nie ma w takim pisaniu niczego złego. Przecież fakt, że ta lektura nie zapewnia rozrywki mnie, nie oznacza że w przypadku młodszych czytelników będzie tam samo... Tym bardziej, że akcję napędza tutaj różnie podany humor sytuacyjny, dla którego odniesieniem jest pokazany w krzywym zwierciadle świat dorosłych (Lilka wypowiadając jakieś słowo czy zwrot powtarza „jak mówi mama”, „jak powiedzieli w telewizji” itp.) – dzieci wylewają znienawidzone flaki przez okno, składają zeznanie na posterunku policji, ciasto spada z dachu samochodu, Matewka obkleja się tatuażami itd. Jednak intrygi w tych książkach są bardzo wątłe i po przeczytaniu kilkudziesięciu stron często dalej nie wiemy o czym ta książka właściwie będzie...

W obu powieściach znajdziemy obraz typowej polskiej rodziny z ojcem, głównym żywicielem i trochę fajtłapą oraz mamą, która podejmuje decyzje i myśli o odchudzaniu. I trochę szkoda, że kiedy tato siada do stołu z ciotką Franką i jej przyjaciółką Agatą, żeby porozmawiać, to córka-narrator od razu ocenia, że zachowuje się „jak baba”.

Nie czytałem żadnej „dorosłej” powieści Magdaleny Witkiewicz, która, jak twierdzi internet, jest bestsellerową pisarką. Jej powieściowego dyptyku dorosłym jednak nie polecam, chociaż dzieci mogą się przy nim dobrze bawić.

/BW/



2 komentarze:

  1. No właśnie, odbiór. Moi domowi czytelnicy wydają mi się, ku mojemu troszkę smutkowi, mało wybredni. Ale może to tylko wrażenie, bo w końcu mają swoich ulubieńców i jednak nie na każdą lekturę się godzą :) Czytamy teraz z Młodszym "Imaginarium" i o ile ja się z tą książką strasznie męczę (wodolejstwo, rozwiązania fabularne, wtórność i sporo nudy) i około połowy zaproponowałem wprost porzucenie, o tyle słuchacz wyraził sprzeciw, bo jemu się nawet podoba. O i tak :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powstaje pytanie kiedy jest ten moment że czytadło przestaje wystarczać? Czy to się w ogóle da jakoś oszacować...

      Usuń

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...