wtorek, 19 grudnia 2017

Parami (2) Kolejna i pierwsza (”Florka. Zapiski ryjówki”, „Pan Kardan i przygoda z vetustasem”)


Dzisiaj o dwóch książkach z Wydawnictwa Bajka – pierwsza to kolejna część znanej i popularnej serii, na podstawie której zrealizowano nawet animowane filmy a druga nowa, premierowa, będąca pierwszą częścią zapowiadanego cyklu. Pierwsza o zwierzętach, a druga o ludziach i… duchach.


„Florka. Zapiski ryjówki” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel (oczywiście z ilustracjami Jony Jung) to piąty już tom rozważań spisywanych przez sympatyczną ryjówkę-przedszkolaka – pierwszy był pamiętnik, potem dwa razy listy, raz mejle i teraz: zapiski. A zapiski jak to zapiski, swobodne, niedługie, raczej konkretne. W porównaniu do rozbudowanych „Mejlów do Klemensa” dostaliśmy tym razem teksty króciutkie, z których każdy dotyczący jednej ważnej dla dzieci sprawy – uczenia się nowych rzeczy, dzielenia się z innymi, ratowania świata, obowiązku, wygrywaniu, braniu bez pytania, strachu przed dentystą, spotkaniu z obcym i robieniu czegoś razem. 



Ukazanie się piątego tomu oznacza, że Roksana Jędrzejewska-Wróbel już ładny kawałek czasu (pierwszy tom ujrzał światło dzienne 10 lat temu) opisuje świat Florki i przy tej okazji warto chyba zapytać czy wyczuwa się w tym pisaniu tzw. zmęczenie materiału. Cóż: trochę tak, i trochę nie. Może najpierw dlaczego „tak”. Świat tej książki jest bardzo przewidywalny. Trudno sobie wyobrazić, żeby bohaterowie czymś tutaj zaskoczyli. Wszystko toczy się według schematu od zdarzenia do morału/puenty. Może to wina rozmiaru tych opowiadań, w których nie ma miejsca na dodatkowe, poboczne wątki? No to teraz dlaczego „nie”. Florka nadal daje się lubić. Chociaż odniosłem wrażenie, że przedstawianie jej życia odeszło od przyrodniczej wiarygodności (co np. z tak często podkreślanym przez Samojlika faktem, że ryjówki muszą w zasadzie bez przerwy jeść?). To przede wszystkim dziecko, przedszkolak w ciele zwierzątka. Działają też poruszane przez autorkę problemy – na przykład tekst dotyczący reakcji na obcego opisuje ten socjologiczny mechanizm prosto i czytelnie. Wydaje mi się również, że Florka to ważna dziewczynka-bohaterka napisana dla dziewczynek-przedszkolaków – poszukująca, otwarta na wiedzę, nie ograniczająca się do lalek i koronek. Takich bohaterek nigdy za mało.


Niewiele postaci płci żeńskiej znajdziemy natomiast w premierowej książce Justyny Bednarek pt. „Pan Kardan i przygoda z vetustasem” (wspaniałe ilustracje Adama Pękalskiego). Od czasu „Skarpetek” jestem wielkim fanem tej pisarki i ucieszyłem się, że tym razem postanowiła napisać historię dłuższą, nie rozbitą na krótsze teksty. Nie do końca tak się stało, ponieważ historia ma być kontynuowana i miłośnicy dobitnych i szczęśliwych zakończeń mogą poczuć się usatysfakcjonowani jedynie po części... 

Justyna Bednarek wykorzystuje w swojej książce figurę lekko zakręconego, ale jednocześnie dobrodusznego naukowca, który w zaciszu własnego domku z ogródkiem pracuje nad tajemniczym wynalazkiem. Pomaga mu mieszkający za płotem Michałek, syn gospodyni domowej i zabieganego biznesmana. Całości gromadki dopełnia wredny deweloper o dosyć czytelnym nazwisku Bałamut, dwie kury rasy sussex Sherlock i Watson, potrafiące przenosić się w czasie i przestrzeni, kot Młotek oraz duch pan Kazimierz, który nawet po śmierci nie może pogodzić się z niewykorzystaną szansą na prawdziwą miłość. 


Najpierw może o tym, co mi się podobało mniej. Uważam, że kilka elementów pociągnięte zostało zbyt schematyczną kreską – najlepszy przykład to Bałamut (kolejny po „Wspólne nie znaczy niczyje” deweloper jako szwarccharakter!) z nazwiskiem jak z oświeceniowej satyry, którego podstępny plan oszukania ludzi jak dla mnie szyty jest grubymi nićmi – pomijając już zapisy w umowach to kto np. w dzisiejszych czasach jest w stanie uwierzyć w takie bajki o idealnej architekturze:

„Jeśli sprzeda mi pan swój dom, moja firma Techno-Super-Innovation-House zbuduje mieszkania, w których wszystko będzie działać samo, bez udziału człowieka. Specjalne podajniki będą transportować brudne gatki do pralni i wrzucać je do pralko-suszarki, która sama dobierze odpowiedni program, wypierze je, wysuszy i jeszcze złoży w kosteczkę. To tylko jedna z wielu innowacji, które planujemy”.

Cezary Baryka może i dał się na to nabrać, ale był XIX wiek a on słuchał opowieści niesionej ojcowską miłością do ojczyzny...

A Bałamut to postać wyjątkowo podła (chociaż autorka stara się go trochę uczłowieczyć przywołując retrospekcje z dzieciństwa) i w sumie żałuję, że nie odegrał należnej mu złej roli w tej historii. Jego postać pozostała w zawieszeniu (dosłownie i w przenośni) – mam nadzieję, że w kolejnej części jeszcze pokaże na co go stać...


Bardzo standardowi są także rodzice Michałka – ojciec biznesman, który kiedyś jeździł na motorze i był „easy riderem” i mama myśląca tylko o tym, żeby automaty nie zaczęły za nią gotować. Jak wspomniałem na początku z „gender balance” tutaj krucho...

Tytułowy „vetustas” to maszyna, która pozwala przywołać przeszłość na podstawie jej fragmentu. I o ile odtworzenie np. kubka na podstawie uszka jest już dzisiaj możliwe i wcale nie stanowi literackiej fikcji, tak przywoływanie prehistorycznych stworzeń i miejsc z przeszłości stanowi już atrakcyjną pożywkę dla wyobraźni młodych czytelników. Udanymi postaciami są pan Kardan i Michałek i chętnie poczytam jeszcze o ich przygodach. Mam taką ogólną myśl, że ta książka po prostu skończyła się zbyt szybko – Bałagan został zneutralizowany nazbyt łatwo i bezproblemowo. Przydałoby się go bardziej zdemonizować, bo moim zdaniem ta fabuła jest już o krok od jakiegoś lajtowego fantasy – tylko znowu przydałoby się więcej epickiego oddechu. Takie wrażenia wiernego czytelnika. I bardzo fajnym pomysłem jest niewidzialny kot skaczący przez ludzi, co zmiękcza im charaktery. 

Liczę na to, że kolejna część „Pana Kardana” w taki właśnie sposób przeskoczy przeze mnie.

/BW/

Florka. Zapiski ryjówki


Pan Kardan i przygoda z vetustasem

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzień dobry! Przede wszystkim muszę Panu powiedzieć, że dla autora jest bardzo nobilitujące, gdy jest potraktowany poważnie przez recenzenta. Nie zdarza się to tak często :) Chciałam powiedzieć - nie dla usprawiedliwienia, tylko wyjaśniająco, że w moim zamierzeniu była to "książka o miłości" dla chłopców. Dlatego cała fabuła była w moim zamierzeniu podporządkowana uczuciom i stąd być może wrażenie, że niektóre postaci potraktowałam po macoszemu. One były tak jakby drugoplanowe. Nie konstruuję książek według konceptu: dodaj dwie dziewczynki, dwóch chłopców, trochę różowego i niebieskiego. Zawsze, nawet poruszając się w tych najbardziej fantastycznych rewirach, widzę jakiś konkretny, mój własny kawałek świata. I tak było z panem Kardanem. Za każdą postacią stoją konkretni ludzie. Tak się zdarzyło tym razem, że byli to chłopcy/mężczyźni. Na wiosnę (jeśli ilustrator nie da plamy) wyjdzie dla równowagi coś ze świata kobiet. Pozdrawiam i dziękuję!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za wyjaśnienia - to ciekawe "zobaczyć" książkę od strony autora:) Czytelnik to jednak niesforne stworzenie, które może niekiedy zabrnąć w inne rejony niż te zaprojektowane przez autora. Ja chyba jestem takim czytelnikiem:) Lubię dyskutować z książkami i cieszę się, że pani książki do takich dyskusji mnie zachęcają. Pozdrawiam!

      Usuń

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...