piątek, 9 lutego 2018

, ,

Komiks ze szkolnej ławy


Podobno Dav Pilkey, twórca Kapitana Majtasa, cierpiał w wieku szkolnym na ADHD i dysleksję, przez co był permanentnie karcony, upominany i sadzany w oślej ławce, gdzie narysował pierwszą wersję przygód swojego kanonicznego dziś bohatera.


Trudno wyobrazić sobie lepszą genezę powstania serii Pilkeya, którą dodatkowo doskonale odzwierciedla sama fabuła. Jest to bowiem historia dwóch niesfornych uczniów George’a i Harolda, którzy swoją placówkę edukacyjną traktują jako wcielone zło, ze szczególnym uwzględnieniem pracujących tam nauczycieli. Oj trzeba przyznać, że Pilkey przedstawia ich wszystkich bez wyjątku jako chodzące kreatury...


Główni bohaterowie szczególnie nie cierpią dyrektora, pana Kruppa, który uosabia najgorsze cechy szefa szkoły. Pewnego dni chłopcy hibernują go pierścieniem mocy w wyniku czego dyro spełnia ich polecenia. Jednym z absurdalnych życzeń jest takie, aby Krupp został superbohaterem Kapitanem Majtasem. On oczywiście od razu wykonuje to polecenie, nie posiadając żadnych supermocy (tylko Siłę Bawełny pochodzącą od ogromnych białych gaci stanowiących oprócz peleryny najważniejszy składnik jego stroju). Sytuacja komplikuje się jednak dużo bardziej kiedy dyrektor supermocy nabiera, dzięki wypiciu Soku Supersiły. Streściłem wam tutaj początkową część historii, która jest rozpisana na kilka albumów, więc nie myślcie, że to się dzieje w jednej tylko części. Przyznaję, że czytałem część piątą „Kapitan Majtas i szał strasznej superkobiety” oraz siódmą czyli „Kapitan Majtas i wielka bitwa z zasmarkanym cyborgiem. Część 2: Rozróba głupkowatych roboglutów” i to chyba nie było zbyt korzystne dla mojego spojrzenia na tę historię. Jeżeli jednak ktoś nie dysponuje akurat jedynką to uspokajam, że łatwo się w tym połapać. Na początku zawsze znajdziecie komiksowe streszczenie wszystkich poprzednich części. A cierpliwie wynotowane przeze mnie tytuły pozwalają się mniej więcej domyślić z czym będziemy mieć tutaj do czynienia…


Nie ulega wątpliwości, że Pilkey potrafi dynamicznie prowadzić swoje historie. To w zasadzie ciągła jazda bez trzymanki. I dlatego bardzo mi to przypominało twórczość szkolną, którą również praktykowałem na nudnych lekcjach rysując mało wysublimowane (nie będę może rozwijał tego skrótu myślowego) obrazki komiksowe. Pamiętam, że rysowali wszyscy moi koledzy, co oczywiście nie wiąże się z tym, że zostali(śmy) potem twórcami komiksowymi. Został nim natomiast autor „Kapitana Majtasa”, który poetykę takich sztubackich „druków” ulotnych (he, he) wykorzystał do stworzenia wielotomowej, bestsellerowej serii. Powinienem go chyba określić mianem mentora? Warto też zaznaczyć, że jego książki nie są stricte komiksami, to forma książkokomiksowa (coś jak „Jędrek” Skarżyckiego i Leśniaka). Trochę tekstu, trochę komiksowych kadrów i dużo wielkich obrazków.


Mam ambiwalentne podejście do tych historyjek. Z jednej strony nie sposób się przy nich nudzić, można się nawet uśmiechnąć i bardzo podobają się Kostkowi. Z drugiej strony jednak jest to wszystko takie po „amerykańsku” uproszczone. Autor co rusz wprowadza jakieś wynalazki, gadżety, które wyciągają akcję z najbardziej ryzykownych kolein – tu się kogoś napromieniuje, tutaj cofnie w czasie i już można przechodzić do kolejnej części. Nie powiem, że oczekiwałem tutaj jakiejś finezji, niemniej trochę mnie to nagromadzenie pomysłów, (będących w istocie kalkami z dorosłych superbohaterskich komiksów) męczyło. Pełno tutaj także nawiązań do załatwiania potrzeb fizjologicznych (np. w Roboglutach misja kosmiczna nazywa się KUPKA, a urządzenie do przenoszenia w czasie to kibelek). Nawet nie wiem czy to się dało lepiej przełożyć (a piszę to bo nie znoszę słowa „kibelek”), niemniej muszę przyznać, że moje dziecko bardzo te mało wysublimowane odniesienia najbardziej bawią. Co utwierdza mnie w przekonaniu, że chyba nie jestem idealnym czytelnikiem przygód serii Pilkeya...

Kreska Pilkeya generalnie mi się podoba (szczególnie na kolorowych okładkach), chociaż zdarza mu się upraszczać i nie zawsze te postacie wyglądają dobrze. Chętnie bym poczytał jakiś jego klasyczny komiks z kadrami.

Reasumując: obawiam się, że nie macie wyjścia – wasze dzieci i tak polubią Kapitana Majtasa. A wy możecie co najwyżej zdać sobie sprawę, że kiedyś (czytane np. pod ławką w klasie) na pewno także bardzo by was to bawiło.

/BW/


Kapitan Majtas i szał strasznej superkobiety
Kapitan Majtas i wielka bitwa z zasmarkanym cyborgiem. Część 2: Rozróba głupkowatych roboglutów
Tekst i rysunki: Dav Pileky
Tłumaczenie: Piotr Jankowski
Jaguar 2017




Share:

1 komentarz:

  1. Kapitan, pierwsze trzy tomy, został zakupiony na wyraźną prośbę Młodszego. I leży. A właściwie, leży i kwiczy :( I podejrzewam, że dopóki tu piszący nie zainteresuje się tematem, to leżeć i kwiczeć będzie po wiek wieków :P A że coraz więcej pozytywów na temat serii, to mimo że nie lubię takich baaaardzo luzaaaackich książek, spróbuję :D
    PS. Co dziwne, wszystkie wielopiętrowe domki połknął tuż po zakupie, a przecież idea (łączenie wartkiej akcji z komiksowymi wstawkami), podobna. Nie wiem o co cho :)

    OdpowiedzUsuń

Chcesz coś dodać? Śmiało!