środa, 9 stycznia 2019

, ,

Czarownica zmienia świat ("Babcocha" Justyna Bednarek, il. Daniel de Latour)


Nie byłem przekonany do tej książki. Ostatnie fabuły Justyny Bednarek nie miały dla mnie tej świeżości, co "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek". Nie żywiłem więc wielkich oczekiwań i tym przyjemniejsze spotkało mnie zaskoczenie. "Babcocha" to bowiem historia, która działa powoli, rozpuszcza się w głowie niczym musująca tabletka z wyobraźnią instant. Fabuła podzielona została na 54 rozdziały, a raczej mini-opowiadania, których tytuły rozpoczynające się od "jak" kojarzą się z ludowymi opowieściami. Między rozdziałami występuje ciągłość akcji i obserwujemy poczynania stałej grupy bohaterów-mieszkańców wsi Grajdołek, nieistniejącej ostoi prowincjonalnej mentalności. Co ciekawe sąsiadującej z prawdziwymi podkarpackimi wsiami o takich malowniczych nazwach jak Końskie, Dydnia i Krzywe.


Obserwujemy więc mieszkańców metaforycznie zabitej dechami dziury, którzy pogrążeni w swojej bylejakości i jakośtobędziości nie zdają sobie sprawy, że życie może wyglądać inaczej. Wszystko jednak odmieni się, bo pewnego dnia nadlatuje na chmurze Babcocha.

Brzmi znajomo? Owszem podobne klimaty nie są dla nas niczym dziwnym, bo w polskiej kulturze mieliśmy sporo okazji do śledzenia ich w różnych formach - mieliśmy (i mamy) powieści nurtu wiejskiego i ludowe podania, czytaliśmy prozę Andrzeja Stasiuka, Izaaka Singera i oglądaliśmy filmy Jana Jakuba Kolskiego. To niesamowite, ale wszystkie te tropy gdzieś tam u Justyny Bednarek odnajdziemy. Tytułowa bohaterka, kolejna inkarnacja jakże znanej z literatury dziecięcej Baby Jagi czy Wiedźmy, z pypciem na nosie, w chustce i na chmurze (zamiast na miotle), z przydatnymi mazidłami pod ręką, chociaż tak dobrze znana, jest tutaj jednak kimś nowym, innym. 



Powiedzmy sobie wprost: świat przedstawiony tej książki wcale nie jest piękny, przyjemny, ba nie jest nawet zbyt ciekawy - ale Justyna Bednarek pięknie go opisuje, uszlachetnia, umagicznia. Udowadnia kilkoma prostymi zdaniami do czego służy literatura. Szast prast czy szach mat. Pod malinowym sokiem pitym przez mężczyzn we wsi wyczuwamy przecież smak bardziej gorzki i procentowy, niemniej moje na przykład skojarzenia powędrowały do opowiadania Brunona Schulza pt. "Mój ojciec wstępuje do strażaków". Przecież tytułowi strażacy spali w kominie opici właśnie sokiem malinowym. Tak mało czyta się dziś Schulza, że pozwolę sobie na mały fragment:

Przy tym pod koniec jesieni stają się leniwi i ospali, zasypiają stojąc, a gdy pierwszy śnieg spadnie, nie widać ich na lekarstwo. Opowiadał mi pewien stary zdun, że przy naprawianiu kominów znajduje się ich wczepionych w kanał dymnika, nieruchomych jak poczwarki, w ich szkarłatnych uniformach i lśniących kaskach. Śpią tak stojąc, upici sokiem malinowym, pełni wewnątrz lepkiej słodyczy i ognia. Wyciąga się ich wtedy za uszy i prowadzi do koszar, pijanych snem i nieprzytomnych, przez poranne jesienne ulice, kolorowe od pierwszych przymrozków, podczas gdy gawiedź uliczna rzuca za nimi kamieniami, a oni uśmiechają się swym zawstydzonym uśmiechem pełnym winy i złego sumienia i słaniają się jak pijani na nogach.




"Babcocha" jest właśnie książką, która przywołuje wiele literacko-filmowych wspomnień, a przy tym stanowi połączenie love story, prozy społecznej oraz wiejskiej podlanych realizmem magicznym. Przy tym wszystkim nie jest rozwleczona (co daje mi kolejny dowód że Justyna Bednarek najlepiej czuje się w "formie pokawałkowanej") i świetnie się ją czyta. Więc jeśli jeszcze nie mieliście z "Babcochą" styczności, proponuję ten brak szybko nadrobić.

/BW/

Babcocha
napisała: Justyna Bednarek
ilustracje" Daniel de Latour
Poradnia k 2018



Share: