czwartek, 5 września 2019

, , ,

Cywilizacja kontra natura ("Tajemnice dzikiego boru", tekst i ilustracje: Tonke Dragt)


Akurat w momencie, gdy cały świat bezradnie obserwuje płonące lasy deszczowe skończyłem lekturę drugiej wydanej w Polsce powieści Tonke Dragt zatytułowanej "Tajemnice Dzikiego Boru". To zupełny zbieg okoliczności, a jednak pożary odległej dżungli miały wpływ na moją interpretację tej książki. Płonąca Amazonia to przecież widoczny objaw kryzysu naszej cywilizacji, który wziął się z przekonania, że możemy podporządkowywać sobie planetę Ziemię wedle uznania, nie bacząc na konsekwencje. Kiedy Tonke Dragt pisała swoją książkę w roku 1965 ten kryzys nie był jeszcze tak bardzo widoczny jak dzisiaj - a jednak, cóż na to poradzę, czytając odnosiłem przedstawione wydarzenia do teraźniejszości.


Holenderska pisarka opowiada przecież o załamaniu pewnej harmonii. Harmonia ta symbolizowana jest przez las, tytułowy tajemniczy bór. Wszyscy, którzy czytali "List do króla" domyślają się jednak, że nieprzebyte knieje nie skrywają tajemnic, do jakich przyzwyczaiła nas literatura fantasy. W zielonym gąszczu rozpoczynającym się za zamkiem Islan odnajdziemy "normalne" problemy od wieków nękające świat - walkę o władzę, wpływy, rację czy z innego punktu widzenia - o przetrwanie. 


A zatem bór... cóż, chociaż tajemniczy, okazuje się całkiem tłoczny. Wkracza do niego znany nam bohater, nastoletni i wciąż (mimo rycerskiej oprawy) niedojrzały rycerz Tiuri w towarzystwie swojego giermka Piaka, by rozwiązać zagadkę zniknięcia rycerza Rystridyna. Początkowo przewodnikiem obu chłopców jest głupek z leśnej chaty Marius, który już kiedyś pomógł Tiuriemu. Kierując się swoim lekko zmąconym umysłem daje bohaterom niejasne wskazówki utrzymując ich (a z nimi czytelnika) w niepewności, co też wyskoczy zza krzaka czy wzgórza. Ten początek, kiedy autorka wodzi nas za nos nie jest jednak zbyt obszerny. A kiedy już karty częściowo zostają odkryte dostajemy soczystą powieść przygodową z gatunku miecza i przyłbicy - są rozstania i odnalezienia, rodzące się miłości, pojedynki (na miecze i figury szachowe), zdrady i nieoczekiwani sojusznicy, bratobójcza walka i humor. To ostatnie zawdzięczamy pijaczkowi Ryżemu Quibo, którego Rystridyn czyni (wbrew woli zainteresowanego) swoim giermkiem. Autorka w świecie swojej powieści wykorzystuje wiele znanych nam dobrze tropów - np. Ludzie w Zieleni, kojarzą się z bandą Robin Hooda a wyglądają jak żywcem wyjęci z filmu z Errolem Flynnem. Obraz ten miał premierę w 1938 roku, przed wybuchem II Wojny - co też jakoś tam wpisuje się w problematykę tej powieści i moich współczesnych interpretacji.

Cenię fabuły Tonke Dragt przede wszystkim za dwie rzeczy. Po pierwsze nie sposób się przy nich nudzić. Po drugie nie są tylko czytadłami wypełnionymi tekturowymi postaciami. Autorka dba aby bohaterowie nie byli jednowymiarowi, nawet ci na drugim i trzecim planie są ciekawie zbudowani np. taki Adelbart - czyż to nie jest kandydat na pierwszy plan? Znamienna jest scena, w której Tiuri i Piak zabijają w górach strażników. Po raz pierwszy zadają śmierć - w klasycznej przygodówce nie zasłużyłoby to na jakiekolwiek rozważania. Trzask, prask - lecimy dalej. Tutaj stanowi bodziec do poważnych przemyśleń, psychologicznych dylematów, których zresztą nie brakuje także w monologach innych bohaterów tej książki. Ludzie myślą tutaj o swoich czynach, nie wymachują tylko bezmyślnie mieczami.


Dragt przedstawia swój świat w anturażu średniowiecznym, ale opowiedziana przez nią historia jest współczesna. Nie ma żadnych wymyślonych, magicznych tajemnic - zdaje się mówić autorka. Jedną tajemnicą, którą warto poznać jest sposób w jaki dziewiczy, nieskażony świat zmienia się w pole walki i poszukiwania doraźnych korzyści. W jaki sposób cywilizacja w brutalny sposób pokonuje naturę. Nie są to wnioski zbyt budujące, szczególnie gdy widzi się ich egzemplifikację w życiu każdego z nas.

/BW/


Share:

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Chcesz coś dodać? Śmiało!