piątek, 11 sierpnia 2017

Udobruchać Emmę („Z Duchem do teatru”, tekst i ilustracje: Nika Jaworowska-Duchlińska)


- (...) Wy, którym się zdaje, że budka suflera to spiżarnia! Wy, którym się zdaje, że scena to salon, a kulisy to obrazy! Że kurtyna to firanka, a rekwizytornia to czyjeś tam nazwisko! - Poczerwieniała i pyszczek jej zmarszczył się aż po czoło. - Cieszę się! - krzyknęła. - Cieszę się, że inspicjent Filifionek (niech spoczywa w spokoju) was nie widzi! Nic nie wiecie o teatrze, nawet mniej niż nic, nawet cienia tego, czym jest nic! - W spiżami jest tylko bardzo stara szprotka - oznajmił Homek. - Jeżeli nie jest to raczej mały śledź. Emma wytrąciła mu rybę z łapki i z głową wysoko podniesioną wycofała się do swego kąta. Szurała tam czymś długo, aż w końcu wyciągnęła dużą miotłę i zaczęła gwałtownie zamiatać. - Co to jest teatr? - zapytała szeptem zaniepokojona Mama Muminka. - Nie wiem - odparł Tatuś. - Ale wygląda na to, że każdy powinien wiedzieć.


Zapewne pamiętacie ten fragment z „Lata Muminków”? Mi szczególnie utkwiła w pamięci Emma przemawiającą głosem Ryszardy Hanin w słuchowisku na dwóch winylowych płytach. Zasłuchiwaliśmy się nim będąc dziećmi. A dałem dzisiaj taki długi cytat, ponieważ bardzo przyda mi się przy opisie jednej z książek. Dlaczego? Po pierwsze mamy lato. Po drugie wyimek dotyczy teatru, a właśnie zdjąłem z półki „Z Duchem do teatru” Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej (Wydawnictwo Bajka). Po trzecie lektura książki pozwala dowiedzieć się kto to jest inspicjent. No i po czwarte głupio prezentować taką niewiedzę jak Mama i Tatuś Muminka. Po lekturze Ducha, lekko zgorzkniała Emma z pewnością nie będzie na was pyskować...

Przyznaję, że odłożyłem na bok trochę książek. Tempo ukazywania się wydawniczych premier jest obecnie ogromne i nie zmniejsza się nawet z okazji wakacji. Tymczasem niektóre pozycje wymagają dystansu, odleżenia. Wiele napisałem na blogu recenzji na gorąco i jak je czytam po jakimś czasie to stwierdzam, że mój ogląd jednak ewoluuje. Że dzisiaj może napisałbym trochę inaczej... Są to myśli, które mam od jakiegoś czasu i być może zaowocują wkrótce osobnym wpisem.



I teraz chciałbym właśnie skreślić słów parę o książce odleżanej. To leksykon wiedzy o teatrze autorstwa Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Pani Duch dobrze wie o czym pisze bowiem w teatrze pracuje (jako scenograf i kostiumolog). W ogóle „leksykon wiedzy” może brzmieć w tym przypadku trochę odstraszająco – bo i owszem jest to wiedza, ale ciekawie i lekko podana. Wręcz idealnie dla czytelnika dziecięcego, nawiązuje do jego doświadczeń (przykład: opisanie pojęcia „akcja” przez odwołanie do jazdy na deskorolce!) Książka ma podział na hasła, ale jest to sprawa, którą nie musicie się przejmować. W zasadzie to jedna, koherentna opowieść o teatrze, z której czuć, że autorka wiem o czym pisze (swoją drogą: nie wiedziałem, że ludzie teatru są tacy przesądni!) - cytuje, podaje przykłady, porównuje. I przy tym wszystkim opowiada o teatrze naprawdę pięknie, ani przez chwilę nie zapomina (ani ona, ani my – czytelnicy), że na scenie mamy do czynienia z magią, z tworzoną wprawdzie przez ludzi, a nie czarodziejów, ale jednak magią. Bardzo podobały mi się też minimalistyczne rysunki stworzone przez autorkę, które wzmagają ten interesujący przekaz. 



Nie jest to zatem pozycja, którą ściąga się raz na jakiś czas z półki, żeby na potrzeby szkolnego wypracowania wynotować poważnie brzmiącą definicję. To jest książka do czytania, do odkrywania, wstęp do samodzielnego doświadczenie teatru.

No dobra, ale czym się w końcu zajmował inspicjent Filifionek? Wyobraźcie sobie samolot pasażerski. Jego pasażerowie to aktorzy. Pilot to reżyser. A ten człowiek, który siedzi w wieży kontroli lotów i mówi: „Macie pozwolenie na start” - to jest właśnie inspicjent. Chcecie więcej? Czytajcie Ducha!

/BW/





wtorek, 8 sierpnia 2017

Dzieciom o „starłorsach” coś przeczytać możesz... („Akademia Jedi”, „Akademia Jedi. Powrót padawana”, „Akademia Jedi. Łobuz Widmo”, tekst i rysunki: Jeffrey Brown)


Uwaga zaczynam i powiem to szybko: lubię filmy z serii Star Wars. Ciemna i jasna strona mocy. Luke i Leia. Vader. Yoda. Nie jestem może fanem skrajnym, kimś kto ubrałby na ślub maskę Lorda Sithów albo szturmowca Imperium, kto kupiłby grilla w kształcie Gwiazdy Śmierci albo próbował nauczyć się podstaw języka Wookieech – tym niemniej filmy cenię (z naciskiem na oryginalną sagę) i lubię, raz na jakiś czas, do nich wracać. Przyznaję też, że nigdy nie interesowały mnie fanfiki w postaci książek opisujących dodatkowe epizody, rozwijających wątki jakichś tam drugoplanowych postaci czy planet. Ostatnio, kiedy Disney kupił od George’a Lucasa prawa na tworzenie kolejnych części sagi, ale też kręcenie filmów spin-offów rozgrywających się w uniwersum SW i posługiwanie się znakiem handlowym SW obserwujemy ogromną ekspansję gadżetów i bajerów, skierowanych głównie do dzieci. Mamy więc klocki Lego, seriale, komiksy, gry, ubrania, czekoladki, tornistry, resoraki i milion innych rzeczy. Wcale nie twierdzę, że to dobrze. Co za dużo to zwyczajnie niezdrowo. Przede wszystkim jednak zastanawia mnie coś innego – historia przedstawiona w tych najsłynniejszych częściach Star Wars, kiedy jeszcze nikt nie wyczuł w tym biznesu (chociaż w „Powrocie Jedi” już się pojawiły Ewoki z myślą o produkcji pluszaków dla dzieci) nie za bardzo nadaje się dla młodszych dzieci. Wiecie – ojciec staje się zły, matka umiera, dzieci idą na poniewierkę a gość w czarnym kapturze przejmuje władzę nad wszechświatem. Mam wrażenie, że o rzeczywistym wydźwięku tej historii zapomnieli lub chcieli zapomnieć prawie wszyscy np. producenci cukierków, które wyjmuje się z plastikowej maski Lorda Vadera...

Nie zamierzam jednak brnąć w opisywanie popkulturowego fenomenu czy mechanizmów franczyzy SW - mądrzejsi zrobili to przede mną i pewnie jeszcze zrobią nie raz. Dla mnie istotne jest, że postacie z Gwiezdnych Wojen (przynajmniej niektóre) są mojemu Kostkowi znane. Nie sposób tego kontaktu  uniknąć, a skoro już się to mleko rozlało to pomyślałem, że zamiast nad nim rozpaczać lepiej ułożyć z niego kontur rycerza Jedi... Innymi słowy jakoś sensownie skanalizować ten pęd ku „starłorsom”. Trochę się nad tym zastanawiałem, szukałem i tak trafiłem na Jeffreya Browna. To rysownik i scenarzysta, który fanom gwiezdnej serii znany jest przede wszystkim z książeczek pokazujących perypetie Dartha Vadera jako ojca małej Lei i Luke’a. Było to zrobione lekko, zabawnie i inteligentnie, dlatego zyskało spore grono wielbicieli. Brown jest też autorem trzech komiksów w serii „Akademia Jedi” (Wydawnictwo Ameet)  – o których to właśnie chciałbym teraz napisać.



Ich bohaterem jest Roan Novachez. Roan marzy, że zostanie pilotem myśliwca (jak ojciec i brat), ale nie zostaje przyjęty do wymarzonej szkoły czyli Akademii Pilotów. Zostaje mu uczelnia rolnicza, a jak powszechnie wiadomo rolnictwo to najgorsze zło tego świata i umysł Vadera to przy tym małe miki. Warto przy okazji wtrącić, że chłopak pochodzi z Tatooine, rolniczej planety na której wychowywał się Luke Skywalker Na szczęście w ostatniej chwili jego zdolności wyczuwa czołowa postać Akademii Jedi, czyli nie kto inny jak mistrz Yoda (to zresztą jedyna postać z oryginalnej gwiezdnej sagi obecna w tym komiksie, ale z racji tego, że ma 700 lat można go wcisnąć prawie wszędzie...). Przesyła on Roanowi pismo z propozycją rozpoczęcia nauki w swojej szkole. Novachez zgadza się, ale wbrew pozorom zadanie przed nim niełatwe... 


Z czym mamy tutaj do czynienia? Z opowieścią z życia szkolnego ludu ubraną w kostium Star Wars. Są sprawdziany, ferie, wakacje, egzaminy, potańcówki, pierwsze miłości i konflikty. Jedni nauczyciele są spoko, inni jakby się uwzięli (szczególnie pan Garfield). Jak to w budzie – można znaleźć przyjaciela typu Pasha, ale można też natknąć na złośliwego Zabraka o imieniu Cronah lub Cyrus (z Zabraków pochodził Darth Maul). Żarcie na stołówce jest parszywe (dość powiedzieć, że  kucharz Gammy jest fanem potraw zawierających oczy). Roan naprawdę nie ma w akademii łatwego życia, a powiedzieć, że rzadko mu coś wychodzi to nic nie powiedzieć. Jak robi eksperyment z wulkanem to ten wybucha na całą salę, jak ma obsługiwać symulator lot to maszyna się psuje, jak chce zatańczyć z Gaianą to akurat muzyka przestaje grać. Jednym słowem pasmo porażek łamane przez okropności okresu dojrzewania. Piętrzone przed naszym bohaterem trudności nie zrażają go jednak i całość każdego tomu kończy happyend.




Nazwanie tych książeczek komiksami też nie do końca jest precyzyjne – to połączenie komiksu z pamiętnikiem (wpisy pojawiają się pod dniami tygodnia od primka do septeli), notatnikiem a nawet szkicownikiem i brudnopisem. To forma, którą w komiksie dla dorosłego czytelnika doskonale opanowali np. Guy Delisle („Kroniki jerozolimskie”, „Pjongjang”) czy Craig Thompson („Dziennik podróżny”). Bardzo lubię taki sposób komiksowej narracji (podobnie zresztą jak styl rysunków Browna) i tutaj też mi się podobał mimo natłoku zupełnie nieistotnych dla mnie, dorosłego czytelnika informacji typu budowa miecza świetlnego, plany lekcji, screeny z holobooka, zawartość pierwszych stron gazetki szkolnej pt. „Informator Padawański” czy komiks Roana, w którym wyśmiewa Ewoków i Jawów chcących opanować tajniki pilotowania myśliwca. W środku mamy więc krótkie komiksy (góra trzy strony) przeplatane czym się tylko da, zgodnie z zasadą – żeby nie było nudno. I rzeczywiście nie jest, ale według mnie najlepsze fragmenty tych wydawnictw to jednak te komiksowe. 

Wiedzcie też, że te książeczki to wcale nie jakieś tam „fiu bździu”, które poczytacie dziecku w poczekalni u lekarza. Każda liczy ok. 170 stron, więc obcowanie z nimi może stanowić wprowadzenie w lektury komiksowo bardziej zaawansowane...

 „Akademia Jedi” dobrze sprawdza się także jako komiks dla starszych czytelników, bo stanowi naprawdę fajną zabawę motywami ze SW. Przyznaję, że całkiem kreatywną, o co w tej franczyzie coraz trudniej... O podobieństwie Roana do Luke’a już pisałem, ale tutaj wciąż widzimy znajome miejsca ze starej sagi i bohaterów, którzy na razie są nieletni, ale wkrótce będą tworzyć Republikę, a potem Imperium. A nawet jeżeli to nie ci sami – są do nich podobni z twarzy… Spójrzcie na wystawkę zdjęć z ferii wrzuconych na , które przysłali do akademii jej uczniowie. Przecież mamy tutaj prawie całe Star Wars! Popatrzcie:


Wielką wartością komiksów Browna jest to, że nie pokazują przemocy. Bohaterowie władają mieczami świetlnymi, ale albo obcinają nimi (przez przypadek) kawałek stołu lub kanapy, albo walczą w sportowym dorocznym turnieju szkolnym. Być może ta infantylizacja idzie niekiedy trochę za daleko w wyniku czego Yoda zostaje przedstawiony nie jako wielki mistrz Jedi, ale bardziej zabawny stworek (używając mocy plewi nawet ogródek) rzucający na lewo i prawo swoimi specyficznymi składniowo maksymami.

Reasumując „Akademia Jedi” to rozrywka niegłupia i całkiem wciągająca.

/BW/

PS W zestawie z komiksami można też kupić interaktywny „Dziennik kontratakuje” – jest to ni mniej, ni więcej książka do wypełniania, wpisywania i rysowania, w której można się wczuć w Roana Novacheza.

piątek, 4 sierpnia 2017

Życie jako najbardziej schematyczny pisarz świata? („Kroniki z życia ptaków i ludzi” Aida Aimer)


Przyznaję, że sięgnąłem po „Kroniki z życia ptaków i ludzi” Aidy Aimer trochę przez przypadek. Pochodzę ze Szklarskiej Poręby, a mieszkam we Wrocławiu więc temat przesiedleń, wchodzenia do opuszczonych domów, w których jeszcze przed chwilą byli inni ludzie jest mi znany. Nawet jeśli sam tego nie przeżyłem, to pamięć o tych powojennych wydarzeniach, w mojej rodzinie nadal trwa i ma się dobrze. Wciąż wspomina się, że na strychach stały drewniane narty, nad umywalkami w kuchniach wisiały ściereczki haftowane napisem „Guten Tag”, a wujek wykopał pod agrestem skrzynie z porcelaną. Spodziewałem się, że książka wydana przez Naszą Księgarnię będzie do tych moich wspomnień i przeżyć nawiązywać i że będzie bardziej skierowana do dzieci i młodzieży. Tymczasem dostałem jak najbardziej dorosłą powieść o trudnych ludzkich losach.



Muszę się przyznać, że przeczytałem ją dosyć szybko i z umiarkowanym zaangażowaniem. Z jakąś niezwykłą łatwością przebiegłem przez losy wszystkich opisanych tutaj ludzi, prześlizgnąłem się po ich życiach tragicznych i mniej tragicznych, aby stwierdzić, że jest to typowa opowieść „do śmiechu, no i do łez”. Taka stworzona według sprawdzonego schematu, w którym dziedzic musi być nieszczęśliwie zakochany w chłopce, Szkot musi być skąpy, a jak ktoś w przedwojennej Warszawie pójdzie w miasto to koniecznie muszą go okraść i musi zahaczyć o dom uciech. Mężczyzna biorący za żonę kobietę noszącą dziecko innego musi być brutalny, agresywny i zakompleksiony, ubekom musi kwaśno śmierdzieć z ust, a wrażliwy chłopiec z pewnością zostanie muzykiem... Aida Aimer pisze trochę i o urokach wielkiego miasta, i o skarbie, i o życiu towarzyskim i uczuciowym na wsi polskiej, trochę o arystokracji, trochę o miłości i wreszcie trochę o wojnie, bombardowaniach zagładzie i złu. Zatem dla każdego coś miłego (albo nie). Na początku lektury miałem większe oczekiwania, które malały wraz z każdą kolejną przeczytaną stroną. Zgodnie z okładkowym blurbem opisane wydarzenia są po części prawdziwe – jeśli tak, to życie okazuje się być najbardziej schematycznym pisarzem na świecie. Zwróćmy jednak uwagę na to „po części”. Miałem bowiem wrażenie, że pisarka zasłyszane lub przeczytane fakty hojnie wzbogacała swoją fabularną inwencją. Proporcje nie są mi znane (nie sposób też dowiedzieć się ich z posłowia), więc bezpieczniej będzie potraktować przedstawioną opowieść w całości jako fikcję literacką.

Książka polsko-palestyńskiej pisarki to połączenie sagi rodzinnej z opowieścią o miejscu, o axis mundi. Coś jakby zmiksować „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier z „Mostem na Drinie” Ivo Andrica, maksymalnie upraszczając. Wymienione tytuły bowiem, oprócz tego iż opisywały konkretne miejsca i konkretne ludzkie losy były w ogólnej swojej wymowie metaforyczne i uniwersalne. Aida Aimer również tak chciała, nie wątpię. Cóż kiedy się nie udało...

Forma wybrana przez pisarkę dla przedstawienia tej fabuły czyli poszatkowanie poszczególnych historii a następnie ułożenie wbrew porządkowi czasowemu tylko pozornie jest zabiegiem utrudniającym odbiór książki. Nie takie rzeczy czytaliśmy u Faulknera czy Buczkowskiego, nie takie hocki klocki serwowali nam Cortazar z Parnickim. Tutaj zabieg ten został wprowadzony w wyższym celu – mianowicie miał pokazywać nietrwałość ludzkiego losu, fakt, że wystarczy gwałtowniejszy ruch i wszystko sypie się jak domek z kart, które upadają na dywan zupełnie przypadkowo. I układają się w losową mozaikę narodów, ludzi i charakterów. Niestety autorka nie zapanowała nad tą mozaiką... Niektóre historie pozostały niezakończone, inne urwały się nagle i już nie zostały podjęte. Świat przedstawiony tej książki przypominał mi układanie niekompletnych puzzli - opróżniliśmy już pudełko, widzimy ten obraz na stole, ale nadal jest w nim wiele białych, pustych miejsc. Pewnie się zgodzicie, że jest to jeden z najbardziej denerwujących momentów... "Kroniki..." są dla mnie takimi właśnie niekompletnymi puzzlami.

Akcja powieści zasadniczo dzieje się w dwóch wsiach – w Żubrynku na Podlasiu i Gąskach na Mazurach (właściwie Gonsken, a od 1938 r. Herzogskirchen). Miejsca te nie były od siebie bardzo oddalone, ale w wyniku działań wojennych Żubrynek został zniszczony, a Gąski wysiedlone z mieszkających tam Niemców i objęte jurysdykcją Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Rodziny z Żubrynka zostały przesiedlone do Gąsek. W książce opisana została jedna taka rodzina – Sztulmowskich. Po przybyciu do nowego miejsca zajmują dom Stuhlmacherów. Fonetycznie nazwiska są podobne i autorka na kilka jeszcze sposobów stara się familie te do siebie zbliżyć np. najmłodsze dzieci z rodziny są wrażliwe (Jaś i Fritz). Aczkolwiek nadanie takiego samego imienia matce z rodziny niemieckiej i krowie, którą posiada rodzina polska (Berta) uznaję za zabieg nieco mało elegancki...

Książka miała w założeniu traktować o zbiorowości, stąd u Aimer brak głównego bohatera. Dla mnie to kolejny, duży minus powieści. Autorka nie poradziła sobie z wprowadzoną do historii liczbą bohaterów. Niektórych poznajemy tylko z imienia, niektórzy pozostali tylko schematycznymi, papierowymi tworami, wreszcie niektórzy, z tych opisanych trochę szerzej nie dostali zakończenia swoich historii. Na głównych bohaterów powieści wyrastają więc Jan Putra, chłop który dwa razy (po śmierci żony i po wkroczeniu Armii Czerwonej) postanowił wyruszyć w świat (aczkolwiek co robił przez całe pięć lat po pogrzebie żony Eugenii dokładnie się nie dowiadujemy) i jego córka Apolonia Sztulmowska, kobieta o niezwykłej urodzie, która została zmuszona wyjść za mąż za brutalnego psychopatę Józefa Sztulmowskiego. To ich losy głównie poznajemy, pozostali bohaterowie są tłem. Raz nakreślonym staranniej, innym razem tylko naszkicowanym. Być może autorka planowała pierwotnie napisać książkę obszerniejszą, ale z jakichś powodów została zmuszona do jej szybszego zakończenia?

Na co jeszcze zwróciłem uwagę... Uproszczone i trochę infantylne fragmenty historyczne (jest ich sporo, ale np. fragment o tym jak w Jałcie Stalin, Churchill i Roosvelt wyrywali sobie chorągiewki). Niektóre fabularne pomysły brzmią mało wiarygodnie np. hrabina Izabela von Ansbach korespondująca ze wszystkimi znanymi ludźmi epoki od Einsteina do Virginii Woolf. Nawet Jung przyjechał na wakacje nieopodal jej rezydencji i został terapeutą Jasia Putry (!) Nie za bardzo rozumiem też czemu tytuł książki tak bardzo akcentuje symbiozę ludzi i ptaków, podczas gdy zawartość wcale jej nie podkreśla. Bardziej chyba uzasadnione byłoby napisanie „zwierząt i ludzi” – mamy tutaj wszak historie konia Ryżego, suki Traszki czy krowy Berty. Na pewno zarysowane ciekawiej, niż te z udziałem ptaków. Ale generalnie i tak, mimo niewątpliwie ciepłego podejścia autorki do zwierząt, pełnią one tutaj raczej rolę poddańczą. To nie jest książka o ptakach czy zwierzętach – to jest książka o ludziach. Wreszcie drobiazg, który utkwił mi w pamięci: kilkakrotne porównywanie pięknej, ale drobnej kobiety do porcelanowej figurki, laleczki.

Reasumując powieści Aidy Aimer zdecydowanie bliżej do ambitniejszego czytadła niż wstrząsającego historiozoficznego świadectwa.

/BW/

poniedziałek, 24 lipca 2017

Senne rozwiązania („O czym nie śniło się dorosłym”, „Ja chyba śnię”, „Bartek, Lenka i sny”, tekst: Joanna Wachowiak, ilustracje: Jola Richter-Magnuszewska)

Czytając moim dzieciom książki zawsze jestem trochę rozdarty – czy ważniejsze jest żeby dana pozycja przede wszystkim podobała się im? Czy może najpierw powinna spodobać się mnie, albo raczej przejść przez moje „cenzorskie” sito? Zwykle poznajemy książki wspólnie – ani ja nic o nich nie wiem, ani nie wiedzą dzieci. Ale jakaś pierwsza ocena, taka czy inna, ma miejsce. Ilustracje, wydawnicze zapowiedzi... Swoją drogą – w literaturze dla dzieci ocenianie książki po okładce bardzo często okazuje się całkiem sensowne... Napisałem „cenzorskie”, chociaż do cenzora mi daleko – niemniej kilkakrotnie zostałem zmuszony do czytania produktów książkopodobnych i jest to doświadczenie mało przyjemne. Na szczęście tego typu pozycje coraz rzadziej trafiają pod naszą strzechę – incydentalne są już nawet przypadki, że dzieci same gdzieś dorwą, albo dostaną od kogoś (szczęśliwie dzięki prowadzeniu bloga książkowe podarunki zostały u nas właściwie zupełnie zarzucone przez rodzinę i znajomych). Ale skąd w ogóle wzięło się to zastanawianie? Z książek o Bartku przedszkolaku napisanych przez Joannę Wachowiak, a zilustrowanych przez Jolę Richter-Magnuszewską. 



Ostatnio regularnie je czytamy (do tej pory ukazały się w Wydawnictwie Bis trzy książki o przygodach chłopca). I właśnie z tymi opowiadaniami o snach chłopca jest tak, że dzieci od razu je kupiły, a ja początkowo nie byłem za bardzo przekonany. Trudno mi tak zdecydowanie wyznać skąd się to początkowe „nieprzekonanie” wzięło... Może stąd, że rola dorosłych bohaterów została tutaj marginalizowana, ograniczona do koniecznego tła, a kolejne historie dowodzą przede wszystkim siły dziecięcej wyobraźni? To oczywiście nie jest wada – ale Pan Czytacz też człowiek;) A może dlatego, że spodziewałem się humorystycznych obrazków z życia przedszkolaka, a dostałem jednak coś innego? Spieszę jednak donieść, że początkowe małe rozczarowanie, znikało z każdym przeczytanym tekstem. 



Dobra, może trochę więcej szczegółów. Jak już zdążyliście się domyślić książki Joanny Wachowiak to zbiory opowiadań, opowiadań pisanych według określonego schematu. Nie lubimy schematu, wiem – ale tutaj jest w pewnym sensie konieczny. Wygląda to tak, że Bartka raz za razem, opowiadanie za opowiadaniem spotyka jakaś życiowa sytuacja np. chce dostać zabawkę, którą mają wszyscy, siostra Lenka płacze i przeszkadza mu w spaniu, nie chce mu się próbować jeździć na rowerze bez dokręconych kółek, ma przynieść do przedszkola zwierzątko albo ciocia każe mu się grzecznie bawić w swoim salonie, ale jednocześnie nie może tam niczego dotykać itp. Rodzice znają to bardzo dobrze. Po każdej takiej sytuacji z życia, stanowiącej wstęp, chłopiec zasypia (z różnych przyczyn), a jego sen stanowi komentarz do sytuacji, która go spotkała. Pewnego rodzaju edukacyjny komentarz, a zarazem poradę jak należy postąpić. Oniryczna przygoda pozwala mu zrozumieć, że się mylił, bądź, że miał rację, ale niekiedy pozwala też zrozumieć to dorosłym, bo Bartek prawie zawsze swoje sny opowiada. 




Tylko własne doświadczenie (nieważne, że senne) jest w stanie zmienić sposób myślenia chłopca. W jednym z opowiadań Bartek ma dosyć nauki jazdy na rowerze bez bocznych kółek. Żeby zmienić jego nastawienie tato czyta mu bajkę o orle (chłopiec od razu orientuje się w dydaktycznych zamiarach ojca), ale do nauki jazdy wróci dopiero po śnie, w którym przemienia się w kurę chcącą nauczyć się jeździć na jednokołowym rowerze... 

Niewątpliwe sednem, główną wartością każdego opowiadania jest pomysł na sen. I Joanna Wachowiak ma bardzo ciekawe pomysły. Raz są one filozoficzne, innym razem humorystyczne, a bywa że czerpią z baśniowym motywów. Sen prawie zawsze związany jest z metamorfozą bohatera (np. zmienia się w kamień lub owcę) lub znanych mu osób (w jednym mama zmienia się w małą dziewczynkę i idzie z Bartkiem do przedszkola). 

Opowiadania Joanny Wachowiak są więc dla rodziców (bo że dzieciom się podobają to wiadomo) całkiem przydatną pomocą pedagogiczną. Właśnie forma snu dobrze do dzieci przemawia, ponieważ uznają, że recepty na rozwiązanie jakiejś sytuacji pochodzą od nich samych. A nie z narzuconej dydaktycznej historyjki o jakimś orle. Sprytne. I moje dzieci też to załapały. Od jakiegoś czasu, zawsze rano opowiadają swoje sny. Na przykład Kostkowi śnił się niedawno gołąb, który był kierownikiem odbudowy katedry. Nie wiem czy to się nadaje na opowiadanie, ale brzmi bardzo malowniczo. 

 /BW/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...