środa, 23 maja 2018

Piękny rozmiar


Narracyjny drobiażdżek niczym nowym w sumie nie zaskakujący. Ot, rzecz o przyjaźni dwóch dziewczynek Selmy i Sznurówki w czasie kanikuły spędzanej u dziadków – łażenie po drzewach, zakładanie klubu, opychanie się bułeczkami, kłótnia, grzebanie chomika i jedna niebezpieczniejsza sytuacja w czasie pływania. Ameryki (ani Szwecji) nikt tutaj nie odkrywa, a jednak tę krótką książeczkę napisaną przez Ellen Karlsson (i przełożoną przez niezastąpioną Katarzynę Skalską) prostym, konkretnym, ale jakże plastycznym językiem czyta się z dużą przyjemnością. Nawet czas teraźniejszy jakoś tu nie przeszkadza...


Kiedy spotykam się z takimi opowieściami, przywołuję w myślach anegdotę Jerzego Pilcha o Kornelu Filipowiczu. Autor „Pod Mocnym Aniołem” przyniósł pewnego razu do autora „Kota w mokrej trawie” (by the way: czytaliście ten świetny zbiór?) tekst i wywiązał się taki dialog:
- Coś tam przyniósł? – pytał (Filipowicz), zapalając papierosa.
- Opowiadanie.
- Wieleż ma stron?
- Dwanaście.
Kornel się rozmarzał, jego jasne oczy stawały się jeszcze jaśniejsze, zaciągał się głęboko i mówił:
- Piękny rozmiar.





„Sznurówka, ptak i ja” to właśnie książka o pięknym rozmiarze, doskonale wyważona i zagospodarowana tak, aby znalazło się miejsce na kilku ciekawych bohaterów, z których każdy ma tutaj do odegrania jakąś, choćby epizodyczną rolę w pozornie błahych, ale w życiu dojrzewających dziewczynek, jakże ważnych wydarzeniach. Ci bohaterowie – babcia, dziadek, Kapitan, Jan - są niczym pionki rozstawione na szwedzkiej wysepce. Do tego ilustracje Evy Lindström (autorki świetnego „Mój przyjeciel Stefan”) – minimalistyczne, naszkicowane jakby od niechcenia, lecz jak trafnie oddające charakter postaci. Popatrzcie na te szkice - nikt tutaj nie jest z wyglądu idealny, a jednak wszystko do siebie pasuje. Więc niby drobiażdżek ta książka i nic nowego, ale pokażcie mi równie prostą i ciekawą w swoim realizmie polską historię?


Na dodatek autorka ciekawie buduje całą historię i potrafi zaskoczyć czytelników przywiązanych do schematycznych rozwiązań. Na początku wydaje się, że będzie to opowieść o nieśmiałej Selmie, która zostaje zdominowana przez awangardową w zachowaniu i stroju Sznurówkę. Tymczasem okazuje się, że to właśnie Selma zagarnia dla siebie tę historię – Sznurówka jest katalizatorem i pod jej wpływem Selma, jakkolwiek brzmiałoby to banalnie, odkrywa siebie. Właśnie, a propos psychologizowania. Jeżeli miałbym wskazać coś co nie do końca mi tutaj czytelniczo podeszło byłby to motyw, obecnego zresztą w tytule, ptaka. Symbolizującego zahukaną część osobowości Selmy. Ptaszydło dziobie dziewczynkę przypominając wszelkie braki i minusy. Początkowo myślałem, że będzie to jeden z dominujących motywów tej historii, tymczasem pojawia się zaskakująco rzadko, stanowiąc trochę taki upiększacz, mający doprawić i pogłębić wszystko Freudem – wskazać i przypomnieć, że oto mamy do czynienia z historią o dojrzewającej, poszukującej dziewczynce, która trudno przystosowuje się do otoczenia (zmienia nawet szkołę). Uważam, że ta książka byłaby dobra i bez ptaka. Jawi mi się on zbyt dosłownie. Chociaż to dopiero pierwsza część cyklu i być może w kolejnych odsłonach dziobak odegra istotniejszą rolę? A być może też takie dosłowne, fizyczne tłumaczenie procesów psychicznych jest młodszym czytelnikom najzwyczajniej w świecie potrzebne? 

Reasumując proponuję zainteresować się przygodami Selmy – naprawdę warto.

/BW/

Sznurówka, ptak i ja
tekst: Ellen Karlsson
ilustracje: Eva Lindström
przekład: Katarzyna Skalska
Zakamarki 2018


Jeżeli kupisz opisywaną książkę (lub inną) za pośrednictwem poniższych linków afiliacyjnych to ja otrzymam z tego niewielki procent. Pieniądze pomagają mi utrzymywać tę domenę. Dziękuję!

czwartek, 17 maja 2018

Dziewczynka i dziewczynki


„Wiłka smocza dziewczynka” to druga powieść Antoniny Kasprzak. Podobno powstała od razu po pierwszej, więc nie wiem czy można w tym przypadku wspomnieć o nieśmiertelnym „syndromie drugiego dzieła”? Może lepiej nie, szczególnie, że mam w pamięci dawne słowa Wojciecha Kuczoka, który powiedział, że „SDD jest wypadkową zatęchłych i zawistnych oczekiwań krytyków, którzy zamiast wspierać autora, zaczynają go egzaminować”. Nie mam zamiaru egzaminować Antoniny Kasprzak, bardzo chcę ją wspierać a przy okazji opowiedzieć o wrażeniach z lektury.


„Wiłka” w istocie jest powieścią dojrzalszą, lepszą kompozycyjnie z ciekawszymi, bardziej wiarygodnymi bohaterami. Fabularnie stanowi połączenie obyczajówki z delikatnymi elementami fantasy.

Pola i Klara (zwana Bułeczką lub Bułą – aluzja do żywiołowej bohaterki dawnej powieści Korczakowskiej?) Adamczyk to dwie dziewczynki z bloku, których rodzice mają przejściowe, ale jakże normalne życiowe problemy. Mama zachodzi po raz trzeci w ciążę, która okazuje się zagrożona i kobieta musi zostać w szpitalu. Ojciec jest zabieganym i „zalatanym” akwizytorem materacy marzącym o fotografowaniu, więc dziewczynki muszą radzić sobie same z niewielkim udziałem siostry ojca, awangardowej cioci Patrycji, miłośniczki zwierząt i kolorowych włosów. Pewnego dnia spotykają w szkole dziwną dziewczynkę Wiłkę z równie dziwną mamą (jak się później okaże ma na imię Alisa). Podobno Wiłka uczy się w domu. Pola zafascynowana przelotnym spotkaniem (na dodatek znalazła pierścionek należący do nieznajomej) postanawia dziewczynkę odszukać. Pomoże w tym zgubiony na przystanku autobusowym tornister...


Przede wszystkim mamy tutaj do czynienia z historią obyczajową o dziewczynkach, które usiłują sobie poradzić w starciu z niebyt przyjazną rzeczywistością. Bez żadnych może sytuacji ekstremalnych, ale ze zdecydowanym wyjściem ze strefy komfortu. To opowieść o „sile sióstr”, dziewczyńska historia, co nie jest równoznaczne z tym, że powinna być czytana tylko przez dziewczynki. Świat Wiłki i jej matki, które są istotami fantastycznymi, stanowi w tej książce kontrast dla szarego życia w polskim mieście. Jest kuszącą odskocznią, która jednak okazuje się mieć także ciemną stronę. Historii o tym jak dzieci muszą sobie radzić bez dorosłych polska literatura dziecięca i młodzieżowa zna jednak niemało i chociaż zostało to napisane potoczyście i zdynamizowane wszechobecnym czasem teraźniejszym (chociaż przyznam, że nie przepadam za taką narracją), to głównym punktem fabuły, centralną perypetią jest historia Wiłki i jej matki. I tutaj zaczynają się trochę schody...


Według mnie bowiem autorka przykryła elementami słowiańskiej mitologii historię o apodyktycznej, nie stroniącej od przemocy matce, samotnie wychowującej córkę, którą dodatkowo okłamała w sprawie ojca. Wszystkie te historie o Wiłach, Rumunii, dywanach, Ludkach i niebieskiej łusce stanowią w rzeczywistości autorską wariację wykorzystującą dawne słowiańskie wierzenia. Ich obecność ma dodać książce tajemniczości i magiczności, co w zasadzie się udało. Sęk w tym, że oprócz aury tajemniczości elementy te usprawiedliwiają zachowania zasługujące na zdecydowane piętnowanie…

Po przeczytaniu „Wiłki” zacząłem się zastanawiać czy gdyby elementy przemocy opisane w tej książce nie miały proweniencji fantastycznej i Alisa zamiast krzesać ogień palcami i parzyć stopy córki podczas nauki tradycyjnego tańca Wił, używała do tego celu np. kabla od żelazka to równie łatwo byłoby zakończyć tę historię happyendem? Rozumiem, że Wiła, oddzielona od bliskich czuje się samotna i nieszczęśliwa, ale krzywdzenie własnej córki (i byłego męża – wszak poparzyła mu twarz!), które to krzywdzenie dodatkowo jest przez córkę uzasadniane i tłumaczone – darujcie, ale dla mnie to jest typowy schemat przemocy w rodzinie. I niestety, ale zostało to zgrabnie w zakończeniu rozmyte.

A przecież temat przemocy pojawia się w rozmowie z dorosłymi, dziewczynki pytają i dostają zdecydowane rady jak taką sytuację zakończyć. Wiem, że fakt odmienności Wiłki został tutaj postawiony jako główny argument, aby nie kontaktować się z policją – bo jak wiadomo Wiły nie są lubiane przez ludzi i pobyt w domu dziecka mógłby się skończyć tragicznie. To nie jest dla mnie dobry argument. I wydaje mi się, że autorka to rozumiała konstruując wprawdzie mało wiarygodne, ale pozornie rozwiązujące ten problem zakończenie.

Żeby było jasne – uważam Alisę za najciekawszą postać tej książki. Antonina Kasprzak długo buduje i demonizuje jej obraz oczami innych postaci i zanim pojawi się we własnej osobie mija naprawdę wiele stron. Szkoda jednak, że w gdy wreszcie się pojawia zachowuje się zupełnie wbrew sobie – trudno uwierzyć, że tak bardzo poruszyło ją zaginięcie córki, skoro za chwilę szybko zgadza się wyjechać samotnie do Rumunii. Radość Wiłki z odzyskania „ludzkiego” ojca i iście hollywoodzki sukces handlowy taty Adamczyka nie są w stanie ukryć wrażenia, że Alisa się po prostu nad córką fizycznie i psychicznie znęcała, trzymając ją pod kluczem i uzasadniając to złym zewnętrznym światem. Zresztą znęcała się nie tylko nad Wiłką, ale też nad sprzedawcami w swoim sklepie z dywanami - Wadimem i Florą, którzy w rzeczywistości byli służącymi z rodu Ludków, a dowodów na to jak są pokorni i zastraszeni w książce nie brakuje. W czasie lektury niejednokrotnie odczuwałem niepokój, który nie był jednak spowodowany tym, że za chwilę odsłonięte zostaną przede mną magiczne tajemnice Wił – czułem, że ktoś się boi, że ktoś inny tuszuje przemoc i wreszcie, że ktoś może przyjść i wyciągnąć przykre i nieprzewidziane konsekwencje. Kwestia relacji Alisy do byłego męża Pawła, w którym się kiedyś ponoć na zabój zakochała, a potem okaleczyła także została przedstawiona bardzo niejasno. Podsumowując uważam, że sprawczynię powinna spotkać za jej postępowanie kara. A nie spotyka. Nie spotyka, bo wtedy to byłaby zupełnie inna książka.


Dlaczego tak się stało? Miałem wrażenie, podobne zresztą jak przy pierwszej książce Antoniny Kasprzak, że zakończenie nadeszło zbyt szybko, było zbyt łatwe. Zawiązanie akcji, ekspozycja prowadząca dziewczynki do domu Wiłki jest rozbudowana, ale odkąd kruk trafia do Pawła zdania zaczynają pędzić na łeb na szyję. Trochę mi zabrakło spokojnego rozwiązania wszystkich wątków. Szczególnie autorka nie poradziła sobie z Alisą. Może to i mocne słowa, ale uważam, że zmarnowała tę postać.

Antonina Kasprzak udowodniła, że potrafi napisać wciągającą historię i nie mam wobec niej „zatęchłych i nienawistnych oczekiwań” (jak mówił Kuczok) – z pewnością warsztatowo jest coraz lepsza, książka jak pisałem jest dynamiczna, czyta się ją z marszu, widać że literacka robota sprawia autorce przyjemność. Jednak gdy kwestie techniczne zostały już opanowane, tym większą uwagę zwraca się na treść – a o tej dyskutować zawsze powinno się, należy i trzeba. Co też zrobiłem w tej recenzji. A na koniec, żeby tradycji stało się zadość, napiszę, że niecierpliwie czekam na trzecią książkę Antoniny Kasprzak.

/BW/

Jeżeli kupisz opisywaną książkę (lub inną) za pośrednictwem poniższych linków afiliacyjnych to ja otrzymam z tego niewielki procent. Pieniądze pomagają mi utrzymywać tę domenę. Dziękuję!

Wiłka smocza dziewczynka
tekst: Antonina Kasprzak
ilustracje: Katarzyna Bukiert
BIS 2018



środa, 16 maja 2018

Puciosław po raz trzeci


Wydawałoby się, że zaledwie wczoraj ukazał się pierwszy tom Pucia, a tymczasem czas upływa i chłopak zdążył stać się sławny i rozpoznawalny (pojawiła się nawet przedstawiająca go maskotka). W sieci czytam entuzjastyczne opinie rodziców i trzeba to określić mianem sukcesu - mamy przecież do czynienia z bohaterem, było nie było, książki dydaktycznej. Autorkom udało się stworzyć dobrą, rozpoznawalną markę. I zdjąć z „Pucia” odium pozycji użytkowej, która jak wiadomo zwykle jest brzydka i nieciekawa, a jej czytanie jawi się jako przykry obowiązek. Stworzyły ćwiczenia, które dzieci pokochały. Oczywiście od razu pojawia się pytanie jak długo można wzorzec ten eksploatować i czy w kolejnych częściach nie przydałaby się jakaś odmiana? Być może. Nie wybiegajmy jednak w przyszłość. Cieszmy się z tego, co jest.


Zatem wszystkich, którzy znają poprzednie części („Pucio uczy się mówić” i „Pucio mówi pierwsze słowa”) chciałbym poinformować, że trzecia część przygód Puciosława zatytułowana „Pucio i ćwiczenia z mówienia czyli nowe słowa i zdania” zawiera sprawdzony i znany z poprzednich części układ treści i ilustracji. A więc: teksty przygotowała logopedka Marta Galewska-Kustra, a charakterystyczną oprawę graficzną Joanna Kłos. Strony pozostały grube i kartonowe, chociaż czytelnicy rosną i pewnie już nie trzeba przed nimi tak chronić książki. Spory, wygodny w przeglądaniu format z pewnością zachęca do interakcji z tą pozycją. Na dole każdej z rozkładówek pojawiają się pytania do tekstu (pisane) i odpowiedzi (rysowane). Jest też naukowy wstęp (przeczytajcie go najpierw, bo jest ważny!) a na końcu znajdziemy obrazkowy indeks wszystkich występujących w książce osób, zwierząt, przedmiotów i miejsc. 




Pucio dotarł do nas akurat na koniec zimy, tymczasem przedstawione w nim zostały wydarzenia, które miały miejsce podczas ferii zimowych. Rodzina jedzie do wujostwa w góry, gdzie najpierw nie ma śniegu, a potem nagle zaczyna padać (eh – żeby w życiu pozaksiążkowym też tak było…). Spodziewajcie się przygód w lesie, na nartach i wieczorów przy kominku.

Książka, zgodnie ze wstępem, przeznaczona jest do dalszego rozwijania mowy dziecka – wzbogacania słownika, rozwijania mowy zdaniowej i nauki stosowania reguł gramatyki. Dokładnego wieku odbiorców wprawdzie autorki nie podają, ale według mnie będzie to raczej trzylatek, dla czterolatków jest to już trochę zbyt proste.

/BW/

Jeżeli kupisz opisywaną książkę (lub inną) za pośrednictwem poniższych linków afiliacyjnych to ja otrzymam z tego niewielki procent. Pieniądze pomagają mi utrzymywać tę domenę. Dziękuję!

Pucio i ćwiczenia z mówienia
tekst: Marta Galewska-Kustra
ilustracje: Joanna Kłos
Nasza Księgarnia 2018



środa, 9 maja 2018

Jak nie zostać dyktatorem


Po kilkukrotnej lekturze „Maleńkiego króla” zacząłem rozmyślać o polityce i historii. Nie jestem z tych, co w każdym przeczytanym utworze widzą odniesienia do bieżącej sytuacji społeczno-politycznej – bo i też co Taro Miura może wiedzieć o naszych środkowoeuropejskich problemach? Uspokajam zatem - nie jest moim zamiarem rzucanie nazwiskami. Tym bardziej, że tę prostą opowieść można traktować uniwersalnie. Ale co sobie porozmyślałem to moje…


Jak uczy historia i literatura samotny i odcięty od świata władca to nie jest przeważnie władca łaskawy dla swoich poddanych. Siedzi sobie taki w zamku pilnowanym przez oddziały żołnierzy, na niczym mu nie zbywa, ale też ze swojej władzy i posiadania nie może w pełni korzystać. Wszak jest maleńki. Tyciutki, tyciutynieczki – jak to było w „Panu Maluśkiewiczu”. Niby włada, panuje i rozkazuje, ale tak w sumie to zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie ogarnąć swojego najbliższego otoczenia – zamek za duży, stół za duży, koń za duży, fontanna kąpielowa za duża i łóżko za duże. Siedzi sobie taki król sam, w odosobnieniu i głupie pomysły mogłyby mu przyjść do głowy. Ubzdura się takiemu, że jest słońcem, cieniem i księżycem. Oj nic dobrego z tego nigdy jeszcze nie wynikło dla świata i naszego samopoczucia oraz psychicznej równowagi. A do tego ta samotność prowadząca do smutku i problemów ze snem. Aż pewnego dnia maleńki król poznaje wielką księżniczkę i jego życie zmienia się. Na lepsze.




Taro Miura tworzy książki obrazkowe więc warstwa graficzna jest tutaj tak samo ważna jak tekst. Kolorowe ilustracje wykonane przy użyciu prostych figur geometrycznych, gdzieniegdzie uzupełnione kolażem zwracają uwagę od razu. Na kolejnych stronach oglądamy najpierw smutne dni małego monarchy-kawalera spędzane na czynnościach, które go przerastają (dosłownie), a potem śledzimy te same sytuacje, ale już w roli męża i ojca. Okazuje się, że wszystkie przeciwności niewdzięcznej materii da się pokonać z bliską i kochaną osobą u boku. Cóż, jest to temat trudny, łatwo wpaść w tandetny sentymentalizm – japońskiemu autorowi udało się tego uniknąć. Przedstawił prostą i czytelną historię o znaczeniu uczuć, bliskości, rodziny. Z możliwością pobocznych rozmyślań.

/BW/

Jeżeli kupisz opisywaną książkę (lub inną) za pośrednictwem poniższych linków afiliacyjnych to ja otrzymam z tego niewielki procent. Pieniądze pomagają mi utrzymywać tę domenę. Dziękuję!

Maleńki król
tekst i ilustracje: Taro Miura
przekład: Anna Zalewska
Dwie Siostry 2018 


piątek, 27 kwietnia 2018

Parami (4): O sprawach ostatecznych

Dwie mądre książki o odchodzeniu. Celowo nie piszę „o śmierci”, ponieważ od samego aktu umierania, ważniejsze jest w nich to, co dzieje się w związku ze śmiercią, z ludźmi, którzy zostają. Umieranie przybiera tutaj postać metafory, elementu wiecznego continuum.


„Ważne rzeczy” Petera Carnavasa (Adamada) to książka obrazkowa przekazująca historię niezwykle prostą. Oto usiłująca poradzić sobie po śmierci męża kobieta i matka postanawia oddać rzeczy małżonka do sklepu ze starzyzną. Okazuje się jednak, że przedmioty w dziwny sposób powracają do domu. Ciepła opowieść o pamiętaniu i zapominaniu. Styl ilustracyjny Carnavasa nie należy wprawdzie do moich ulubionych, ale merytorycznie jest to pozycja  z pewnością potrzebna. Prowokuje do zadawania pytań. Wielkim atutem tej książki jest prostota - formy i treści.



Z kolei powieść Angeli Nanetti „Mój dziadek był drzewem czereśniowym” (Nasza Księgarnia) to przede wszystkim pięknie napisana i opowiedziana książka. Czytając takie historie ma się wewnętrzne poczucie, że oto autorka sięgnęła po właściwe słowa i postacie a następnie ułożyła z nich właściwą, jedyną w swoim rodzaju historię. Ma się świadomość obcowania z dziełem skończonym i spełnionym. To już drugie wydanie w Naszej Księgarni, tym razem z klimatycznymi ilustracjami Ukrainki Anastazji Stefurak (tutaj można jeszcze zobaczyć jej wspaniałą okładkę do „Księgi dżungli”).


Fabularnie jest to historia Antosia, jego rodziców oraz dziadków ze strony taty i mamy (przede wszystkim mamy!) czyli swego rodzaju historia rodzinna, mikro-saga rodzinna, studium rodziny. Pojawiają się w historii tej sytuacje smutne, choć nieuniknione (śmierć, separacja, rozprawa sądowa) i radosne, choć nie każdemu w dzisiejszych cyfrowych czasach znane (cieszenie się małymi rzeczami, siła natury, moc opowieści i kontaktu z przyrodą – wspinanie się na drzewa!). Powieść przede wszystkim dowodzi niezwykłej umiejętności Angeli Nanetti w obserwacji ludzi i przekazywania tych obserwacji w słowach prostych i pięknych. Zwróćcie uwagę jak wspaniałą charakterystykę dziadków daje po zaledwie dwóch, trzech stronach. Wiemy o nich prawie wszystko! Zresztą wystarczy spojrzeć tylko na ich imiona. Miejscy dziadkowie nazywają się Ludwik i Antonina, a wiejscy Oktawian i Teodora. Przecież już tylko na tej podstawie można wyciągnąć kluczowe wnioski! Dworskie, królewskie, mieszczańskie imiona dziadków z miasta kojarzą się z arystokratyczną niedostępnością, fałszywie pojętą etykietą i hołdowaniem dziwnym zachciankom (stosunek do psa Floppy’ego). Z drugiej strony mamy rzymskie, dumne, przywołujące na myśl antyczne „Prace i dni” Hezjoda imiona dziadków ze wsi, które definiują ludzi kierujących się w życiu zasadami wywiedzionymi z natury, z mądrości świata, hołdujących prostocie, zachowujących emocjonalną higienę, otwartych na wyobraźnię i fantazję. Przy tym, mimo iż autorka przedstawia mieszczuchów w dużo mniej pochlebnym świetle, to przecież nie robi z nich przerysowanych dziwaków. Dla każdego znajdzie się tutaj coś dobrego i człowieczego.

Natomiast dzięki temu, że główny bohater, małoletni Antoś, jest tutaj narratorem opowiadającym o swoim dzieciństwie z perspektywy czasu, dostajemy przede wszystkim, powieść inicjacyjną. O poznawaniu świata, o uczeniu się życia i praw natury od mądrych nauczycieli. Przeglądałem kilka recenzji tego tytułu i bardzo często autorzy przywołują swoich dziadków, opowiadają o dzieciństwie. Powieść uruchamia w nich wspomnienia. Rzeczywiście jest to idealna książka-lustro, w której oprócz ciekawie poprowadzonej historii, chętnie szuka się własnego odbicia.




Oczywiście sposobów w jakie można czytać książkę Angeli Nanetti jest znacznie więcej. Przykładowo to wspaniała pochwała eko-życia, oparta na przeciwstawieniu wsi i miasta, przecież w gospodarstwie dziadków rośliny i zwierzęta posiadają imiona  (czereśnia nazywa się Felicjan, a gęsi Celestyna i Orestes) i tym samym są pełnoprawnymi współtowarzyszami życia. Jest to też książka o chorobie, poetycko opisująca kolejne jej etapy, o małżeńskim kryzysie, o powrocie do korzeni i poszukiwaniu w dojrzałym wieku własnej tożsamości.

Jeżeli chcecie komuś kupić mądrą i piękną książkę o życiu to zaufajcie Angeli Nanetti.

/BW/


Ważne rzeczy
tekst i ilustracje: Peter Carnavas
tłumaczenie: Ewa Chmielewska-Tomczak
Adamada 2018
 

Mój dziadek był drzewem czereśniowym
tekst: Angela Nanetti
ilustracje: Anastazja Stefurak
tłumaczenie: Jarosław i Magdalena Mikołajewscy
Nasza Księgarnia 2018

Jeżeli kupisz opisywaną książkę (lub inną) za pośrednictwem poniższych linków afiliacyjnych to ja otrzymam z tego niewielki procent. Pieniądze pomagają mi utrzymywać tę domenę. Dziękuję!

Ważne rzeczy


Mój dziadek był drzewem czereśniowym

piątek, 20 kwietnia 2018

Trylogia kurzowa


Czytelnicze doświadczenie pokazuje, że bohaterów swoich historii autorzy literatury dziecięcej poszukują w wielu, często bardzo niespodziewanych miejscach. I tak w jednej ze swoich ostatnich nowych książek Justyna Bednarek opisała przygody kłębuszków kurzu. 


Piszę o „książce” w liczbie pojedynczej, chociaż w zasadzie są to trzy książki, no książeczki, które ukazały się w egmontowskiej serii „Czytam sobie” pod ogólnym tytułem „Historie spod podłogi”. Co istotne każda z nich przystosowana została do innego poziomu czytelniczego i tak: „Dom” to poziom 1, „Wyprawa” poziom 2 i „Serce” poziom 3. Każdy poziom wiąże się dla pisarza z różnymi obostrzeniami (np. na poziomie 1 tekst musi się składać ze 150-200 wyrazów i 23 podstawowych głosek w tekście czytanym), dlatego podejrzewam, że pisanie „Historii spod podłogi” stanowiło swego rodzaju wyzwanie – to w końcu jedna historia rozłożona na 3 części, z których każda napisana została trochę innym językiem.

Jeżeli zatem chcecie postawić trylogię Justyny Bednarek obok trylogii Sienkiewicza na swojej półce to pokrótce opowiem o czym fabuły te traktują.


Bohaterem „Domu” jest kłębek kurzu o imieniu Kudełek, który pewnego dnia poznaje innego kłębka – Grubelka (wyskakuje z lustra!). Nowy wkracza z impetem do ustabilizowanego, samotniczego życia Kudełka. Początkowo nie będzie zadowolony, ale szybko zmieni zdanie. Na ostatniej stronie dostajemy coś w rodzaju cliffhangera. Widzimy, że norka kłębków znajduje się pod podłogą mieszkania człowieka, któremu widać tylko stopę.


W „Wyprawie” dowiadujemy się, że człowiekiem tym jest Cecylia Kot, wielka miłośniczka sprzątania i właścicielka kota Rudaska. W tej części pojawia się jeszcze demoniczny odkurzacz elektroluks przypominający kobrę. A fabularnie jest o tym, że Cecylia najpierw wciąga niesforne kłębki swoją maszyną, a później, widząc jak bawi się nimi kot, postanawia przymknąć oko na trochę kurzu w domu. Nasi przyjaciele znajdują też na dywanie swoje zwierzątko domowe – niesporczaka Pulpetka.
 

Wreszcie „Serce” to już kilka krótkich historii: o tym jak jeden z kłębków chciała ukraść sikorka i powstrzymał ją Rudasek, o tym jak Grubelek wytarzał się w pozłotce do ciasta i wreszcie o tym jak dzięki bohaterom Cecylia znalazła pod komodą pamiątkę, która przypomniała jej czasy młodości i postanowiła więcej nie atakować Kudełka i Grubelka – a nawet ułożyła o nich bajkę dla swojej wnuczki Tiny.

Z racji tego, że wszystkie książeczki traktują o tych samych bohaterach, ale są z odgórnego założenia inaczej pisane, bardzo ciekawie obserwuje się jak Justyna Bednarek stopniowo poszerza przedstawiany świat. Cecylia, która w „Domu” była tylko stopą, w „Sercu” okazuje się sentymentalną staruszką z talentem bajkopisarskim. A jeszcze w „Wyprawie” wydawać by się mogło, że dostaniemy kolejną przerysowaną i zwariowaną bohaterkę negatywną... To samo dotyczy miejsca akcji – najpierw widzimy norkę pod podłogą (1), następnie „zwiedzamy” wnętrze salonu Cecylii (2), by potem zajrzeć do kuchni, a nawet wyjść z domu (3). A zakończenie części ostatniej jest wytłumaczeniem powstania części pierwszej.

Seria „Czytam sobie” trzyma poziom i nie inaczej jest w przypadku „kurzowej trylogii” Justyny Bednarek. Dodatkowym atutem są w tym przypadku ilustracje Marcina Minora, które też zmieniając się w zależności od części – w pierwszej zajmują wszystkie strony i są kolorowe (choć są to kolory lekko przytłumione), w drugiej dalej są kolorowe, ale zmniejszają się ustępując miejsca tekstowi, w trzeciej są już czarno-białe, całostronicowe i jest ich w całej książeczce dużo mniej.

/BW/


Dom, Wyprawa, Serce
seria: Czytam sobie
tekst: Justyna Bednarek
ilustracje: Marcin Minor
Egmont 2018


Jeżeli kupisz opisywaną książkę (lub inną) za pośrednictwem poniższych linków afiliacyjnych to ja otrzymam z tego niewielki procent. Pieniądze pomagają mi utrzymywać tę domenę. Dziękuję!

Dom


Wyprawa


Serce
 


środa, 18 kwietnia 2018

Dojrzewanie z widelcem w brzuchu


Lubicie książki o królikach? Królik Piotruś, te sprawy? W takim razie nie powinniście sięgać po książkę Anny Höglund. No chyba, że bardziej odpowiadają wam króliki w stylu tego z filmu „Donnie Darko” (2001). „O tym można rozmawiać tylko z królikami” stanowi bowiem monolog 13-letniego chłopca, który częściowo retrospektywnie, a częściowo „na żywo” opowiada o swoim życiu, które jawi mu się jako pasmo traum, porażek i lęków. Pojawiają się w tych opowieściach rodzice, dziadek i rówieśnicy. Są znane, codziennie odwiedzane miejsca i wnętrza. Narrator opisuje jednak przede wszystkim doświadczenia w kontaktach z ludźmi i światem (przykładowo: „Są dni, kiedy w brzuch mam wbity widelec, który obraca się i nawija moje wnętrzności jak spaghetti”). Powiedzieć, że są one (te kontakty) niezbyt udane to nic nie powiedzieć. Chłopiec jest niepopularny wśród rówieśników, w towarzystwie zwykle ośmiesza się drętwym tekstem, ma problemy z cerą i przede wszystkim lubi spędzać czas w samotności. Wygląd królika, który przybiera uwypukla jego wyobcowanie i stanowi projekcję nienajlepszych wyobrażeń o sobie. Ale decyduje też w głównej mierze o efekcie, sile oddziaływania tej książki. Gdyby na ilustracjach był „zwykły” chłopiec byłaby to gorsza książka. Może nawet trochę pretensjonalna.


Tekstem raczy nas autorka oszczędnie, co według mnie upodabnia to wydawnictwo do tomiku egzystencjalistycznych wierszy albo egzystencjalistycznego poematu. Kiedyś czytało się Baudelaire’a czy Goethego, dzisiaj można sięgnąć po picture booka Anny Höglund. Czemu nie? Gdyby zamiast Zakamarków, książkę tę wydała jakaś oficyna specjalizująca się w poezji (choćby Biuro Literackie) to z pewnością niejeden fan smutku, melancholii i wyobcowania w rozciągniętym swetrze znalazłby na stronach wspaniałą pożywkę dla swoich rozmyślań. Właściwie to mógłby ktoś zrobić eksperyment na poetyckim evencie i podrzucić „O tym można rozmawiać tylko z królikami” na stół ze sprzedawanymi tomikami – jestem przekonany, że pozycja ta miałaby branie nie mniejsze niż liryki Wojaczka.



Tekst uzupełniają ilustracje i są one równie ważne co słowa. Ileż tam można dostrzec, wypatrzeć na tych ilustracjach! Odpowiadać sobie jak korespondują one z tekstem, jak rozwijają myśli w nim zawarte. Zwracam uwagę przede wszystkim na to jak członkowie rodziny chłopca ujawniają w swoim wyglądzie królicze cechy. Do tego dochodzi mroczny, żeby nie rzec lynchowski klimat tych obrazków. Jeden przykład: chłopak odbiera starodawny telefon przy jakiejś masywnej toaletce, postawionej na tle różowej ściany. Na toaletce stoją dwie lampy z abażurami, pod nią kwiatek w doniczce, a między lampami wisi tremo. To jest prawie gotowy kadr z „Twin Peaks”. Klimat zmienia się w zasadzie tylko dwa razy: na jednej z ilustracji widać bawiące się króliki, mamę i dziecko na kwiecistej łące (to sen) a na kończącej książkę bohater dociera do lasu by wygłosić kilka myśli (dosyć banalnych w sumie) o zespoleniu z naturą. Mamy więc i nieśmiały happyend.


Książkę tę należy przeczytać co najmniej kilkakrotnie. Za pierwszym razem wiele umyka. Nie wiem też czy zasadne jest przypisywanie emocji narratora każdemu 13-latkowi... W mojej opinii Anna Höglund przedstawia tutaj przede wszystkim historię indywidualną. Część z tych emocji z pewnością można określić mianem uniwersalnych, ale wiele jest tutaj tropów i słów, które pozwalają traktować opowieść jednostkowo.

A podsumowując jest to piękna książka i bardzo się cieszę, że mamy możliwość ją w Polsce poznawać.

/BW/


O tym można rozmawiać tylko z królikami
Tekst i ilustracje: Anna Höglund
Zakamarki 2018


Jeżeli kupisz opisywaną książkę (lub inną) za pośrednictwem poniższych linków afiliacyjnych to ja otrzymam z tego niewielki procent. Pieniądze pomagają mi utrzymywać tę domenę. Dziękuję!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...