środa, 17 stycznia 2018

Urzędnik w dżungli

O głównym bohaterze tej książki, Osvaldzie, na dobrą sprawę wiemy bardzo mało. Nie mamy pojęcia kim jest, ani gdzie pracuje. Jednak wygląd tego człowieczka (płaszcz, melonik, okulary) i miejsce zamieszkania (pokoik na poddaszu wysokiej wielkomiejskiej kamienicy) naprowadzają na wiele literackich tropów. Czyż Osvald nie mógłby być urzędnikiem z opowiadań Czechowa? Albo też żyjącym skromnie subiektem z powieści Balzaka bądź Prusa? To o tyle zasadne pytania, że czas w książce Thomasa Baasa jest mało istotny. Ta historia mogła wydarzyć się w połowie wieku XIX, ale też kilka dni temu. Szary urzędnik, niepozorny everyman, samotny mizantrop w wielkim mieście kojarzącym się z Paryżem – taki początek w pewnym sensie narzuca rozwój wydarzeń. Oczekujemy bowiem, że w życiu takiego bohatera wydarzy się coś przełomowego. Ktoś lub coś w tym życiu namiesza. Na lepsze lub na gorsze. I rzeczywiście – tak się dzieje.


Thomas Baas przedstawia historię prostą (nie mogę powiedzieć, że oryginalną), kuszącą klimatem tajemniczej, dusznej dżungli. Dżungla pojawia się tutaj jako miejsce rozsławione w literaturze podróżniczej, będące niespełnionym marzeniem wszystkich bladych dzieci Europy śniących o egzotycznej przygodzie. Ale też jako miejsce magiczne, będące synonimem rozbuchanej natury, łączące w sobie piękno i śmierć, Erosa i Tanatosa. Dżungla skusiła niejednego pisarza tworzącego dla dzieci – „Księga dżungli” Kiplinga czy opowiadanie „Muminki i dżungla” to tylko dwa znamienne przykłady. A jeszcze jeden, pewnie trochę mniej znany pozwolę sobie zacytować. To wiersz Józefa Czechowicza „Nocleg w obozie”.

Trudno było usnąć. Latały motyle
wielkie jak nietoperze, kosmate niemile.
Pod splotami kwiatów, lian, gałęzi, kiści
rozchodził się cierpki zapach twardych liści.

W czarnej, gwarnej nocy trzaskało ognisko,
dym się słał dokoła i lew ryczał blisko.
Trudno było usnąć, broń wypuścić z dłoni.
I cóż jest wart człowiek w Afryce bez broni?

Znowu lew zaryczał. Drży namiotu płótno.
Tu nie tyle straszno, ile bardzo smutno.
Śpią czarni tragarze skuleni, zziębnięci,
ich ta smutna ciemność dżungli tak nie nęci.

Ale nas, wędrowców dalekiego kraju,
Dusi czarny urok afrykańskich rajów.
Na głowie się kładzie męczącą obręczą
pogłos z głębi puszczy – to tam-tamy jęczą…

Jęczą wielkie bomby, głos to niespokojny.
Może wzywa na łów, a może do wojny?
Trudno, trudno usnąć w mroku tajemniczym –
bębny, groza, ciemność… I lew blisko ryczy.
U Baasa ten gęsty, wiecznie zielony i parny las pojawia się za sprawą niepozornej roślinki w doniczce, która ma rozweselić ptaszka o imieniu Fiu-fiu. Ptaszek jest jedynym światełkiem rozświetlającym nudne życie pana O. Światełkiem trzymanym w klatce. Niestety – nagle przestaje śpiewać. Uporządkowany żywot Osvalda musi się zmienić. Troska o przyjaciela sprawia, że zrobi rzeczy, których do tej pory nie robił. Wyruszy w podróż, zgodnie z tytułem odleci w nieznane mu wcześniej rejony. I tak za sprawą roślinki dochodzi do spotkania cywilizacji i natury oraz pomieszania jawy i snu. 



 Autor pięknie narysował tę historię – jego dżungla jest bardzo sensualna, rozmiar książki naprawdę pozwala ją poczuć, a ilustracje stworzone przy użyciu barw czerwonej, zielonej, białej i czarnej porządkują tę opowieść snutą przy wykorzystaniu małej ilości słów. Przypomniałem sobie ilustracje Józefa Wilkonia do „Tygrysa o złotym sercu” Janczarskiego. Tam też była dżungla, ale jakże wielokolorowa i różnorodna.

„Lot Osvalda” to idealna książka do przeczytania w mroźny, zimowy dzień. Tym bardziej, że w zasadzie traktuje o miłości i wieńczy ją (a jakże!) happyend. A jak się dobrze przysłuchacie to może usłyszycie zza stron daleki odgłos tam-tamów albo pomruk głodnego drapieżnika?

/BW/

„Lot Osvalda”

Tekst  i ilustracje: Thomas Baas

Tłumaczenie: Przemysław Szczur

Wydawnictwo Tadam 2017



piątek, 12 stycznia 2018

Być jak osiołek


Wziąłem kilka dni temu dwa komiksy o przygodach Ariola (kolejno drugi i trzeci z wydanych w Polsce, czwarty ma ukazać się w połowie roku 2018) zatytułowane „Być jak Superkoń” i „Jak ostatnie prosię”, żeby wynotować sobie jakieś fajniejsze epizody, o których mógłbym wspomnieć w tej recenzji i okazało się, że nie jestem w stanie tego zrobić. Bo tak: ten fajny, tamten fajny, ten trzeba dać, „to jest śmieszne tato” – Kostek spogląda mi przez ramię pokazując jak Ramono i Ariol sikają na samochód. No a ten o sadzeniu drzew, gdzie pojawia się pan Tykwa? Genialny. Ten o naklejkach. Też. Tego z targów komiksowych też nie można opuścić, podobnie jak tego, w którym Ariol pisze wiersz do Petuli z wersem „twoje oczy są jak dwa telewizory, w których wciąż lecą kreskówki”, czy ma przygodę z babcią w metrze. I tak, od strony do strony, wyszło na to, że wszystko tutaj dobre, śmieszne, choć nieraz po szczenięcemu głupie, a bywa że refleksyjne i zaskakująco trafnie przedstawiające dobrze znane z życia sytuacje. 

Nie wiem jak Marcowi Boutavantowi (rysunki) i Emmanuelowi Gilbertowi (scenariusz) się to udaje, ale ja po prostu nie znajduję w tym komiksie słabych punktów. Po raz kolejny ukłony dla Tomasza Swobody za tłumaczenie.

Jak ostatnie prosię, Być jak Superkoń

Zostawmy jednak te peany i może słów parę o wspomnianych wyżej tomach drugim i trzecim. Nie wiem czy Adamada wydaje to w kolejności w jakiej ukazuje się we Francji, jednak następuje konsekwentne poszerzanie uniwersum. Objawia się to, oprócz odwiedzania nowych  miejsc, także dokładniejszym przedstawianiem postaci, które do tej pory nie miały okazji szerzej się zaprezentować. Oczywiście prym wciąż wiedzie tytułowy osiołek, zakochany w krowie Petuli, który ma nieco drętwego, ale sympatycznego tatę i decyzyjną, nie pozbawioną poczucia humoru mamę. Dużo jest tutaj historii, w których protagonistami są Ariol i Ramono, dzięki temu upewniamy się w tym co wiedzieliśmy już wcześniej, że prosiak stanowi w tym duecie głównego prowodyra. Pewnie każdy miał kiedyś takiego kumpla czy kumpelę, których interesowało tylko łamanie reguł do czego przychylaliśmy się raczej niechętnie. Oni ciągle się przechwalali czego to nie mają w domu (tutaj jednym z przykładów jest słynny omlet z truflami), ale to wy pożyczaliście im gry albo komiksy. Taki jest właśnie Ramono i w epizodzie „U Ramona” wreszcie zaglądamy do jego domu i poznajemy siostrę Prośkę. Nie chcę wam zdradzać fabuły, ale ta historyjka dużo mówi o tym kim jest najlepszy kolega Ariola.



Dla mnie postacią, na którą zwróciłem szczególną uwagę w tych albumach jest też głuchawy dziadek Ariola mieszkający nad morzem – scenki z jego udziałem są naprawdę zabawne, i nie polegają tylko na śmianiu się z przykrej przypadłości (np. „Dziadzionurek”). W ogóle babcie i dziadkowie to w tych komiksach ważne postacie, które autorzy traktują z szacunkiem, ale nie przeszkadza im to robić sobie z nich (mówiąc wprost) jaj (np. „Babcia w metrze”). 



Na swoją listę ulubionych bohaterów dopisuję też właściciela saloniku prasowego-księgarni pana Begossiana, który pojawia się w dwóch genialnych epizodach – w jednym spotyka go wprawdzie przykry wypadek („Dobra książka”), ale za to w drugim przywraca wiarę w świat u niejakiego Pipoliniego („Naklejki”). Trochę szkoda natomiast nieszczęśliwie zakochanej w Ariolu muchy Scysji, która jest bardzo inteligentna, ale nasz bohater wciąż przedkłada nad nią słodką krówkę Petulę („Poezja”).

Bardzo cenię także autorów za to, że nigdy nie próbują być na siłę zabawni. Dzięki temu nawet historie będące zapisami zwykłych życiowych sytuacji jak kąpiel („Prysznic”), przechwalanie się („Karate”) czy wizyta na targach komiksu („Dedykacja”) potrafią zaskoczyć i spowodować, że co najmniej (podkreślam: co najmniej) uśmiechniemy się pod nosem.

A życzenie na przyszłość mam takie, żeby poznać bliżej także innych kolegów Ariola, których w pełnym składzie Marc Boutavant wyrysował na skrzydełku okładki. Pewnie będzie ku temu okazja w kolejnych albumach. A w oczekiwaniu na czerwcową premierę wypada zanucić tylko: Supeeerkoń, nas wszystkich broń!

/BW/

Ariol 
„Być jak Superkoń”, „Jak ostatnie prosię”, 
rysunki: Marc Boutavant, 
scenariusz: Emmanuel Gilbert,
tłumaczenie: Tomasz Swoboda, 
Wydawnictwo Adamada

Być jak Superkoń

Jak ostatnie prosię

piątek, 5 stycznia 2018

Góra na gigancie („O górze, która wybrała się w świat. Przygody Małej Czantorii”, tekst: Weronika Górska, ilustracje: Anna Krztoń, Ewelina Awato, Wydawnictwo Stapis)

Jak wynika z krótkiego posłowia wydawcy Stanisława Pisarka, książka Weroniki Górskiej „O górze, która wybrała się w świat. Przygody Małej Czantorii” to prezent z okazji 25-lecia serii wydawniczej „Literatura górska na świecie”. Seria to ciekawa i wielce zasłużona w popularyzowaniu nad Wisłą dziejów/przypadków/relacji ludzkich starć z górskim żywiołem. I oto teraz, ukazuje się w niej książka nietypowa, bo przeznaczona dla dzieci. Kiedy wziąłem ją do ręki zadałem sobie dwa pytania. Pierwsze: czy tytuł rozpoczynający się od samogłoski „O” zwiastuje baśniową stylizację? Na szczęście nie. I drugie: czy okładkowa ilustracja wędrującej góry i przywołanie Małej Czantorii to zapowiedź personifikacyjnych zabiegów? Tak i jest to główny pomysł na budowanie fabuły tej książeczki. W zasadzie wiecie już wszystko, ale jeżeli wam to nie wystarcza: poniżej opisuję trochę szerzej.



Weronika Górska proponuje nam opowieść o górze leżącej w Beskidzie Śląskim, która pewnego dnia, chcąc zobaczyć i poznać inne góry, o których słyszała, postanawia wyruszyć w podróż. Wiadomo, że człowiek z człowiekiem się zejdzie, ale jak się okazuje góra z górą także! Przyznaję, że byłem ciekawy jak autorka to pociągnie i podziwiam, że poszła drogą, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, uwiarygodniania. A zatem nie pozostawia wyobraźni czytelnika tego w jaki sposób Czantoria się przemieszcza – opisuje dokładnie, że ma 400-metrowe nogi, jak ruszając ściąga z siebie wyciąg, pomnik, drogi i domy, jak martwi się, że jej drzewa w czasie drogi nie będą miały dostępu do wód gruntowych, a potem jak wszystko z siebie ściąga, chcąc wykąpać się w morzu itd. Autorka oddaje też głos zwierzętom mieszkającym na zboczach Czantorii, które razem z nią udają się w drogę. Opisują one swoje wrażenia podczas podróży, wymieniają inne zwierzęta, której spotkały. Wszystkie te wstawki mają chyba cel edukacyjny. Autorka stara się zawrzeć jak najwięcej informacji o geologii, przyrodzie danych terenów i przede wszystkim o odwiedzanych górach. Trzeba przyznać, że jest to dobry pomysł na to, żeby przemycić młodym czytelnikom ważniejsze informacje o europejskich górach (Czantoria odwiedza kolejno Łysą Górę, Tatry, Olimp, Wezuwiusza, Alpy i Śnieżkę). Jednak nie zawsze tej edukacyjności tekstu jest po drodze z frajdą lektury. Na początku czytało mi się to bardzo dobrze, ale kiedy wszedłem w tę konwencję i zauważyłem pewną jej powtarzalność (czyli gdzieś tak po połowie) – wtedy zacząłem już odczuwać lekkie znużenie, bo dialogi mają tutaj na celu przede wszystkim dostarczenie jak największej ilości konkretnych informacji. Nie myślcie jednak, że to jakiś podręcznik przystrojony w fabułę. Weronika Górska ma swój pomysł na tę historię i potrafi ciekawie ją przedstawić. Na przykład podobało mi się utożsamianie gór z określonymi typami osobowościowymi: Wielka Czantoria i Łysa Góra to chwalipięty, alpejskie szczyty to przeważnie zadufane snoby, Olimp jest podrywaczem, Gerlach melancholikiem i poetą, a Śnieżka kumpelą do rany przyłóż. 



Ilustracje do książki są dziełem Anny Krztoń i Eweliny Awato (informacji o tym nie znajdziecie na okładce, ani nawet na stronie tytułowej!). Ta pierwsza znana jest przede wszystkim z komiksów i rzeczywiście ilustracje z zacięciem komiksowym wychodzą jej świetnie (np. śpiący rycerze czy przechodząca nocą Czantoria). Dużo mniej podobały mi się za to widoczki czy obrazki typu „Narcyz przeglądający się w wodzie” albo „Trygław na Triglavie”. Zbędne wydają mi się też te małe obrazki-szkice Eweliny Awato, realistycznie przedstawiające zwierzęta. Trochę się gryzą z tymi całostronicowymi kolorowymi, są z innej bajki, ale znowu - pewnie powstały w celu edukacyjnym, żeby pokazać dzieciom jak wyglądają przedstawiciele fauny, o których wspomina się w książce.

Reasumując - jeżeli ktoś kocha góry i chce podobną miłość zaszczepić dziecku to jest książka dla niego. Z pewnością zachęca do tego, żeby informacje w niej zawarte rozszerzać na własną rękę. Moje dzieci słuchały przygód Czantorii chętnie, a po ich reakcjach wnioskuję, że im się podobało. Jeśli jednak miałbym patrzyć na to wydawnictwo na tle tego, co się dzisiaj publikuje w Polsce dla dzieci, to książka jest w całokształcie dosyć tradycjonalistyczna i nowych lądów, a tym bardziej szczytów, nie odkrywa.

/BW/

piątek, 22 grudnia 2017

Do poczytania na święta („8+2 i Anton z Ameryki” tekst: Anne-Cath. Vestly, ilustrowała: Marianna Oklejak, tłum. Milena Skoczko, Dwie Siostry)


Zapewne większość z was zna, jeśli nie ten tom, to inne z cyklu pisanego przez norweską pisarkę Anne-Catharinę Vestly. Były wydawane w PRL-u, ale jakoś mnie ominęła ich lektura. Część z Antonem w tytule jest czwarta w kolejności, ukazała się w 1960 roku czyli prawie 60 lat temu. Dosyć dawno, a jednak wcale się nie zestarzała. 


Tym, którzy jakimś cudem nie wiedzą o czym seria Vestly traktuje proponuję ekspresowe streszczenie. Bohaterem zbiorowym tej fabuły jest wielodzietna rodzina, dokładnie ośmiodzietna. Do tego oczywiście mamusia, tato i babcia, która kiedyś była pasterką. Początkowo rodzina ta mieszkała w małym mieszkanku w mieście, jednak udało im się zostać właścicielami domku w lesie. Tato jest kierowcą ciężarówki obdarzonej świadomością (była ważnym bohaterem tomu pierwszego pt. „8+2 i ciężarówka”, ale i tutaj ma swój rozdział) i dodatkowo gra o orkiestrze, oczywiście kierowców ciężarówek. Na początku tomu czwartego tato z mamą idą na bal… kierowców ciężarówek. W tym czasie przed domkiem w lesie pojawia się Anton, teraz mieszkający w Ameryce, kiedyś w tym domku i nie zdający sobie sprawy, że ma on innych lokatorów. Mężczyzna ma też jedno marzenie związane z pierwszymi od lat świętami w rodzinnych stronach…


Niby nic się tutaj nie dzieje – normalne życie, troski i radości dnia codziennego itd., a jednak pisarka nawet z byle błahostki potrafi złożyć ciekawą opowiastkę, przyprawioną subtelnym humorem. To dobre słowo – subtelnym, a chwilami nieco nawet absurdalnym czy wręcz poetyckim. Całość została podzielona na krótkie rozdziały i każdy z tych rozdziałów ma jakiś swój kulminacyjny punkt, jakieś mrugnięcie okiem, jakąś śmiesznostkę. Oto Anton daje babci… no właśnie chyba nie powinienem zdradzać co daje, bo to jednak trochę psuje zabawę podczas lektury... Nic wam zatem nie zdradzę, ale zachęcam do lektury.

„8+2 i Anton z Ameryki” to idealna książka do czytania w czasie przedświąteczno-świątecznym. Pokazująca ludzi żyjących w zgodzie ze sobą i ze zwierzętami. Nie ma tutaj pokazowej konkretnej religijności, ale bez wątpienia nasycone są te zdarzenia ciepłem i duchowością. Dodam: nieprzegadaną.

Przyjemnie się w tym zaczytuje. Po prostu.

/BW/


wtorek, 19 grudnia 2017

Parami (2) Kolejna i pierwsza (”Florka. Zapiski ryjówki”, „Pan Kardan i przygoda z vetustasem”)


Dzisiaj o dwóch książkach z Wydawnictwa Bajka – pierwsza to kolejna część znanej i popularnej serii, na podstawie której zrealizowano nawet animowane filmy a druga nowa, premierowa, będąca pierwszą częścią zapowiadanego cyklu. Pierwsza o zwierzętach, a druga o ludziach i… duchach.


„Florka. Zapiski ryjówki” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel (oczywiście z ilustracjami Jony Jung) to piąty już tom rozważań spisywanych przez sympatyczną ryjówkę-przedszkolaka – pierwszy był pamiętnik, potem dwa razy listy, raz mejle i teraz: zapiski. A zapiski jak to zapiski, swobodne, niedługie, raczej konkretne. W porównaniu do rozbudowanych „Mejlów do Klemensa” dostaliśmy tym razem teksty króciutkie, z których każdy dotyczący jednej ważnej dla dzieci sprawy – uczenia się nowych rzeczy, dzielenia się z innymi, ratowania świata, obowiązku, wygrywaniu, braniu bez pytania, strachu przed dentystą, spotkaniu z obcym i robieniu czegoś razem. 



Ukazanie się piątego tomu oznacza, że Roksana Jędrzejewska-Wróbel już ładny kawałek czasu (pierwszy tom ujrzał światło dzienne 10 lat temu) opisuje świat Florki i przy tej okazji warto chyba zapytać czy wyczuwa się w tym pisaniu tzw. zmęczenie materiału. Cóż: trochę tak, i trochę nie. Może najpierw dlaczego „tak”. Świat tej książki jest bardzo przewidywalny. Trudno sobie wyobrazić, żeby bohaterowie czymś tutaj zaskoczyli. Wszystko toczy się według schematu od zdarzenia do morału/puenty. Może to wina rozmiaru tych opowiadań, w których nie ma miejsca na dodatkowe, poboczne wątki? No to teraz dlaczego „nie”. Florka nadal daje się lubić. Chociaż odniosłem wrażenie, że przedstawianie jej życia odeszło od przyrodniczej wiarygodności (co np. z tak często podkreślanym przez Samojlika faktem, że ryjówki muszą w zasadzie bez przerwy jeść?). To przede wszystkim dziecko, przedszkolak w ciele zwierzątka. Działają też poruszane przez autorkę problemy – na przykład tekst dotyczący reakcji na obcego opisuje ten socjologiczny mechanizm prosto i czytelnie. Wydaje mi się również, że Florka to ważna dziewczynka-bohaterka napisana dla dziewczynek-przedszkolaków – poszukująca, otwarta na wiedzę, nie ograniczająca się do lalek i koronek. Takich bohaterek nigdy za mało.


Niewiele postaci płci żeńskiej znajdziemy natomiast w premierowej książce Justyny Bednarek pt. „Pan Kardan i przygoda z vetustasem” (wspaniałe ilustracje Adama Pękalskiego). Od czasu „Skarpetek” jestem wielkim fanem tej pisarki i ucieszyłem się, że tym razem postanowiła napisać historię dłuższą, nie rozbitą na krótsze teksty. Nie do końca tak się stało, ponieważ historia ma być kontynuowana i miłośnicy dobitnych i szczęśliwych zakończeń mogą poczuć się usatysfakcjonowani jedynie po części... 

Justyna Bednarek wykorzystuje w swojej książce figurę lekko zakręconego, ale jednocześnie dobrodusznego naukowca, który w zaciszu własnego domku z ogródkiem pracuje nad tajemniczym wynalazkiem. Pomaga mu mieszkający za płotem Michałek, syn gospodyni domowej i zabieganego biznesmana. Całości gromadki dopełnia wredny deweloper o dosyć czytelnym nazwisku Bałamut, dwie kury rasy sussex Sherlock i Watson, potrafiące przenosić się w czasie i przestrzeni, kot Młotek oraz duch pan Kazimierz, który nawet po śmierci nie może pogodzić się z niewykorzystaną szansą na prawdziwą miłość. 


Najpierw może o tym, co mi się podobało mniej. Uważam, że kilka elementów pociągnięte zostało zbyt schematyczną kreską – najlepszy przykład to Bałamut (kolejny po „Wspólne nie znaczy niczyje” deweloper jako szwarccharakter!) z nazwiskiem jak z oświeceniowej satyry, którego podstępny plan oszukania ludzi jak dla mnie szyty jest grubymi nićmi – pomijając już zapisy w umowach to kto np. w dzisiejszych czasach jest w stanie uwierzyć w takie bajki o idealnej architekturze:

„Jeśli sprzeda mi pan swój dom, moja firma Techno-Super-Innovation-House zbuduje mieszkania, w których wszystko będzie działać samo, bez udziału człowieka. Specjalne podajniki będą transportować brudne gatki do pralni i wrzucać je do pralko-suszarki, która sama dobierze odpowiedni program, wypierze je, wysuszy i jeszcze złoży w kosteczkę. To tylko jedna z wielu innowacji, które planujemy”.

Cezary Baryka może i dał się na to nabrać, ale był XIX wiek a on słuchał opowieści niesionej ojcowską miłością do ojczyzny...

A Bałamut to postać wyjątkowo podła (chociaż autorka stara się go trochę uczłowieczyć przywołując retrospekcje z dzieciństwa) i w sumie żałuję, że nie odegrał należnej mu złej roli w tej historii. Jego postać pozostała w zawieszeniu (dosłownie i w przenośni) – mam nadzieję, że w kolejnej części jeszcze pokaże na co go stać...


Bardzo standardowi są także rodzice Michałka – ojciec biznesman, który kiedyś jeździł na motorze i był „easy riderem” i mama myśląca tylko o tym, żeby automaty nie zaczęły za nią gotować. Jak wspomniałem na początku z „gender balance” tutaj krucho...

Tytułowy „vetustas” to maszyna, która pozwala przywołać przeszłość na podstawie jej fragmentu. I o ile odtworzenie np. kubka na podstawie uszka jest już dzisiaj możliwe i wcale nie stanowi literackiej fikcji, tak przywoływanie prehistorycznych stworzeń i miejsc z przeszłości stanowi już atrakcyjną pożywkę dla wyobraźni młodych czytelników. Udanymi postaciami są pan Kardan i Michałek i chętnie poczytam jeszcze o ich przygodach. Mam taką ogólną myśl, że ta książka po prostu skończyła się zbyt szybko – Bałagan został zneutralizowany nazbyt łatwo i bezproblemowo. Przydałoby się go bardziej zdemonizować, bo moim zdaniem ta fabuła jest już o krok od jakiegoś lajtowego fantasy – tylko znowu przydałoby się więcej epickiego oddechu. Takie wrażenia wiernego czytelnika. I bardzo fajnym pomysłem jest niewidzialny kot skaczący przez ludzi, co zmiękcza im charaktery. 

Liczę na to, że kolejna część „Pana Kardana” w taki właśnie sposób przeskoczy przeze mnie.

/BW/

Florka. Zapiski ryjówki


Pan Kardan i przygoda z vetustasem

wtorek, 12 grudnia 2017

Parami (1): Natura i kultura („Gabinet anatomii”, „Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści. Historia sztuki dla dzieci”)


Grudzień pędzi do przodu i rok 2017 chyba już bardzo chce się skończyć, a tymczasem na księgarnianych półkach i domowych stosikach czeka sporo książek, które za nic mają sobie upływ czasu, wprost domagając się pokazania i opisania. Dlatego do końca miesiąca zaprezentuję na blogu kilka książek w parach. Według klucza i bez klucza. Cykl nazwę po prostu „Parami”. Nie będą to jednak żadne pojedynki bokserskie, po których jedna książka upadnie na deski, a druga wzniesie strony w geście triumfu. A zatem, po tych krótkich wyjaśnieniach, w dzisiejszym khe, khe odcinku dwie propozycje: jedna o anatomii, druga o malarstwie. Wszak żeby umiejętnie malować człowieka trzeba wiedzieć jak jest zbudowany, czyż nie? Macie klucz, a jak merytorycznie wydaje się wam wątpliwy (chociaż mnie się nie wydaje) to „paruję” ze względu na estetykę...




Gabinet anatomii, ilustracje: Carnovsky, tekst: Kate Davies, tłum. Emilia i Tina Oziewicz, Dwie Siostry



„Gabinet anatomii” (oryg. „Illumanatomy”) to kolejna wspaniale wydana wielkoformatowa książka z Dwóch Sióstr, tym razem o tajemnicach ludzkiego ciała z dodatkowym efektem wow. Jaki to efekt? Kolorowe szkiełka (a raczej folie) w trzech barwach czerwonej, zielonej i niebieskiej. Można przez nie patrzeć na zamieszczone tutaj całostronicowe rysunki (rentgeny) i wyławiać kolejne warstwy: przez czerwone widać szkielet, przez zielone mięśnie a przez niebieskie narządy i naczynia krwionośne. Trzeba przyznać, że robi to wrażenie i elementy wnętrza człowieka są naprawdę doskonale widoczne. Na dzieci działa doskonale.
Pozostaje jeszcze kwestia czy oprócz zdecydowanie wspaniałej oprawy graficznej znajdziemy w niej ciekawe informacje merytoryczne? Te zostały przedstawione na stronach czarno-białych – na każdej opisane jedno zagadnienie np. szkielet, zęby, układ krwionośny, ręce czy rozwój dziecka. Krótki kilkuzdaniowy wstęp a poniżej czarno-biały schemat opisany strzałkami – generalnie trochę stylistyka podręcznika do biologii, aczkolwiek zawarto tutaj sporo (raczej suchych) informacji. Być może brakuje w tej książce jakiejś opowieści, ale zastosowana  formuła „gabinetu osobliwości” ten brak moim zdaniem tłumaczy. A zatem wizualnie jest pięknie, tekstowo dosyć standardowo. Na pomoc naukową jak najbardziej.




Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści. Historia sztuki dla dzieci, tekst: Michael Bird, ilustracje: Kate Evans, tłum. Joanna Wajs, Nasza Księgarnia



Sporo niedługich opowieści znajdziemy za to w księdze (nie jest to słowo na wyrost!) Michaela Birda „Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści. Historia sztuki dla dzieci”. Monumentalne wydawnictwo, w którym tytułowa historia sztuki przedstawiona została przez pryzmat twórcy i jego dzieła. Kolejne rozdziały dotyczą konkretnych dzieł sztuki, głównie są to obrazy, ale pojawiają się także rzeźby, witraże czy malowidła naskalne. Warto zaznaczyć, że autor nie leci tylko po standardach, ale przedstawia szeroki zakres tematyki. Całość ułożył chronologicznie. Startujemy więc w jaskiniach, potem poznajemy dzieła sztuki z pierwszych cywilizacji (egipskiej, greckiej, rzymskiej, chińskiej), a dalej średniowiecze, renesans, czasy nowożytne (XV–XVII wiek), rewolucja francuska i wojny napoleońskie, początki fotografii i impresjonizm, okres wojen światowych i po roku 1945. Zacytowałem spis treści, ale daje to pojęcie o rozmiarach tego przedsięwzięcia (razem opisanych dzieł jest tutaj 68). Pojawiają się nazwiska mniej znane, rejony świata rzadziej opisywane i jedyny minus to mały udział artystek-kobiet w tym zestawieniu (tylko 7!). Każdy rozdział rozpoczyna wizerunek oryginalnego dzieła sztuki, a dalej znajdujemy traktujące o nim opowiadanie. 


No właśnie: jak zbudowane są te opowiadania? Bo dzieła sztuki wiadomo, że wyglądają dobrze, ale opisanie ich dzieciom wydaje się zadaniem bardzo trudnym...

Michael Bird proponuje proste opowiadania. Są nacechowane edukacyjnie, ale z szacunkiem dla inteligencji czytelnika. Pisarz przeważnie odnosi się w tych tekstach do realiów, w których powstało dzieło, przywołuje osobę twórcy i stara się zgadnąć (tak zakładam, chociaż pewne informacje na pewno są prawdziwe), co kierowało artystą przy tworzeniu dzieła. Bird stara się też nakreślić kontekst historyczny, wskazać inspiracje, nierzadko wręcz streścić dokładny moment biograficzny, w którym dane dzieło powstało. Unika fachowego, niezrozumiałego słownictwa. Czyta się to dobrze i niesie w sobie wiele przydatnych informacji także dla rodziców. Zapewniam, że przeczytanie tej książki dziecku spokojnie możecie potraktować jako szybką powtórkę podstawowych informacji z historii sztuki.

/BW/

Gabinet anatomii



Gwiaździsta noc
 


piątek, 8 grudnia 2017

Marzenia królika („Aksamitny Królik czyli jak zabawki stają się prawdziwe”, tekst: Margery Williams, rysunki: William Nicholson, tłum. Barbara Grabowska, Prószyński i S-ka)


Kiedy spojrzałem na okładkę „Aksamitnego królika” to pomyślałem sobie, że pewnie zaraz przeczytam jakąś wiktoriańską historyjkę o gadającym króliku, który wpada w tarapaty, po to żeby całość zakończyła się dydaktycznym morałem. Tymczasem klasyczny utwór Margery Williams wydany w roku 1922 daleki jest od interwencyjnego dydaktyzmu. Należy go traktować raczej jako filozoficzną przypowieść o życiu, w której rozważa się kategorię „prawdziwości”. 



Marzy o niej zabawka, Aksamitny Królik podarowany małemu chłopcu pod choinkę. Niech was jednak nie zwiedzie ten świąteczny wstęp – to nie jest żadna tam historia świąteczna. W tej książce jest kawał prawdy także o współczesnym świecie (nie tylko świątecznym) i konsumpcjonizmie. Niby rok 1922, a tak jak dzisiaj - pokoje dzieci pękają w szwach od zabawek (że były to pewnie pokoje dzieci z zamożnych rodzin to inna sprawa…). Pękają, ale wciąż pojawiają się zabawki nowe i nowe, a te dopiero co nowe, trochę starsze i stare zostają szybko zapomniane i muszą zadowolić się zacisznym miejscem w kącie szafy. Oj znamy to, znamy. W szafie słuchają opowieści Zamszowego Konia, który poznał co to znaczy być prawdziwym. Według niego status prawdziwości może nadać zabawce człowiek, który wypowie magiczne słowa „jesteś prawdziwy”. Konia niegdyś to spotkało, a dzisiaj żyje tymi dawnymi emocjami, rozpadając się ze starości. Aksamitny Królik, który od razu z mikołajowej skarpety trafił do składziku zabawek „na potem”, uważnie słucha wynurzeń Konia. Jawią mu się one jako nieznany, trudny do pojęcia kosmos. Jednak pewnego dnia, trochę przez przypadek, właśnie on staje się ulubioną zabawką chłopca. Teraz sam przekona się co to znaczy być prawdziwym...


 „Aksamitny Królik” to trochę filozoficzna przypowieść, a trochę wyciskacz łez. Przede wszystkim jednak utwór, w którym rozsądnie dawkuje się realizm i fantastykę. Nie czuje się u Williams fałszywego tonu, przegięcia, jakiejś „coehlozy”, o którą przy takim temacie nietrudno. Jak łatwo przekroczyć tę granicę przekonałem się czytając opis filmu, który powstał na podstawie tej książki. Na wiki piszą tak: „Film opowiada o chłopcu, którego zapracowany ojciec pozostawia pod opieką u babci. Malec czuje się samotny, tęskni za zmarłą mamą. Jego życie zmienia się dzięki małemu pluszowemu króliczkowi, który ożywa i razem z Tobym wyrusza na wyprawę pełną przygód do magicznej krainy, w której spełniają się wszystkie marzenia”. Nie oglądałem filmu Landona, ale niech to jest prawda w 50% i tak adaptatorów trochę poniosło…


Reasumując: historia się nie zestarzała, w przeciwieństwie do ilustracji. Skłania do zadawania ciekawych pytań – po prostu klasyka wiecznie żywa! A ponieważ mamy czas prezentowy to śmiało rekomenduję, bo oprócz tego, że treść ciekawa to jeszcze wydanie całkiem porządne. W ogóle to mam ostatnio szczęście do królików. Nie tak dawno pisałem o „Wodnikowym Wzgórzu” Richarda Adamsa, teraz „Aksamitny Królik’ – chyba będę musiał zdjąć z półki „Śmierć pięknych saren”, tam pomiędzy rybami, także jest sporo o królikach.

/BW/

wtorek, 5 grudnia 2017

O świętach inaczej („Hurra, są Święta!”, tekst: Ulf Nilsson, ilustracje: Emma Adbåge, tłum. Marta Wallin, Zakamarki)


Przyznaję, że z zakamarkowych „adwentówek” znam tylko zeszłoroczne „Święta dzieci z dachów”, które, że się tak wyrażę, pozostawiły mnie po lekturze z pewnym niedosytem. Była to jednak prawie klasyczna, świąteczna historia. Tymczasem nowa, czwarta książka na czas adwentu pt. „Hurra, są Święta!” Ulfa Nilssona, chociaż w blogosferze masowo pojawia się pośród choinkowych lampek i w otoczeniu bożonarodzeniowego anturażu wymyka się oczywistej „dżingobelowej” klasyfikacji. O czym zatem jest ta historia?


Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka prosta. Mam wrażenie, że każdy znajdzie w niej to, co będzie chciał. Jedni wyczytają tutaj wzruszającą opowieść o tym jak samotne zwierzęta postanawiają stworzyć rodzaj wspólnoty i być szczęśliwe z okazji świąt, dla innych będzie to fabuła demitologizująca świąteczny klimat, demaskująca konsumpcjonizm i jałowość świątecznych rytuałów. Rozpisane na 24 rozdziały oskarżenie wysuwane wobec ludzi przez przyrodę. Zdecydowanie należę do drugiej grupy odbiorców.




Świat, który przedstawia nam Nilsson jest niezwykle złożony i zawiera w sobie wiele literacko-kulturowych inspiracji. O nawiązaniu do „Muzykantów z Bremy” czytałem w interesującej recenzji na Poza rozkładem i nie będę tych ustaleń powtarzał, tylko odeślę was do źródła. Przyznam, że po lekturze książki miałem spory natłok myśli, które wskazywały mi różne tropy. Na przykład myślałem o tej fabule jako takim „Anty-folwarku zwierzęcym” - u Orwella jak pamiętamy świnie wykazywały się wybitnym tupetem i perfidią, u Nilssona świnia Rufus jest najbardziej empatycznym i inteligentnym bohaterem opowieści. Przypominały mi się zapisane historie ucieczek z transportów do obozów zagłady. I te o wyrzutkach, outsiderach, banitach zagospodarowujących dla siebie ziemię niczyją. No właśnie może najpierw krótko o czym to w ogóle jest...

Prosiak Rufus ucieka z ciężarówki mającej go zawieźć do rzeźni i rozpoczyna wędrówkę. Towarzyszy mu kotka Kici Kici, która wie o istnieniu pustego domu. Kiedy tam docierają poznają dwie myszy Anderssona i Petersson(a), a potem dołącza jeszcze stado dzików na czele z Dziką. Cała gromada zasiedla opuszczone gospodarstwo nieżyjącego starego Lundkvista, gdzie posiłkując się złymi i dobrymi doświadczeniami życia u ludzi starają się stworzyć społeczność opartą na własnych zasadach. Zwierzęta u Nilssona zyskują własną świadomość, chociaż przetrwanie zawdzięczają temu, że potrafią naśladować ludzi. Właśnie – ludzie. Nasza rasa została tutaj pokazana w negatywnym świetle. Człowiek to albo strzelający ze strzelby zabójca (pechowo podobny do świętego Mikołaja), albo robotnik budowlany uosabiający zniszczenie, albo ktoś uchylający Rufusowi na ulicy kapelusza automatycznym gestem. Znamienne są te sceny kiedy Rufus przebrany za człowieka idzie do miasta. Powtarzanie ludzkich zachowań gwarantuje mu akceptację i bezpieczeństwo. A już posiadanie gotówki sprawia, że może iść do fryzjera, restauracji, a nawet wziąć taksówkę. Jest trochę jak na wpół świadomy agent Cooper w ciele Dougiego Jonesa z ostatniej serii Twin Peaks – właściwy strój i znajomość kilku podstawowych słów sprawiają, że doskonale funkcjonuje w społeczności. 



Przygotowania do świąt połączone z eksplorowaniem domu i gospodarstwa to czynności, które cementują tę przypadkową wspólnotę przypadkowych zwierząt (dobranych jednak według klucza zwierzę gospodarskie, zwierzę domowe, dzikie zwierzę domowe, zwierzę dzikie). Naśladowanie ludzkich rytuałów (otwieraniu adwentowych okienek odpowiada tutaj np. znajdowanie różnych rzeczy lub ukrytych pomieszczeń), ale też twórcze przeciwstawianie się im lub własna interpretacja (przerabianie figury Mikołaja, stajenka dla myszy, narodziny maleństwa, pakowanie prezentów itd.) wynoszą tę zwierzęcą społeczność na wyższy poziom świadomości i refleksji. Na samym początku książki Rufus krzyczy „Hurra wolność”, na końcu wypowiada tytułowe „Hurra, są święta!”. To czytelna klamra spinająca dwa punkty jego egzystencji, pierwszym punktem jest strach i niepewność, drugim spokój i bezpieczeństwo. Na ile to bezpieczeństwo jest trwałe trudno powiedzieć – bo chyba tylko czytelnicy ślepo wierzący w happyendy przełkną informację, że zwierzęta przestawiły paliki i ludzie zbudują drogę dookoła ich domu.



Interesująca jest w „Hurra, są Święta!” także przestrzeń. Historia rozgrywa się na ziemi niechcianej, opuszczonej i nie budzącej zainteresowania ludzi, którzy co najwyżej widzących w niej miejsce do poprowadzenia drogi. Sielskie gospodarstwo pod lasem, które często bywało scenerią do pocztówkowych świątecznych historyjek o szczęśliwych ludziach żyjących w zgodzie ze zwierzętami tutaj zaprezentowane zostało (także na ilustracjach) trochę jak sceneria do filmu „postapo”, czegoś w rodzaju „Stalkera” dla dzieci. Czytelne jest też przeciwstawienie opuszczonej wsi i ludnego, żyjącego miasta. Tych tropów, którymi można pójść czytając książkę Nilssona jest całkiem sporo. I chociaż nie brakuje w niej humorystycznych scen to dla mnie nowa opowieść adwentowa z Zakamarków jest niezwykle gorzka i refleksyjna, skłaniająca do przemyśleń i to dla mnie jej wielka wartość. No bo wyobraźcie sobie, że wasz kot opowiada wam o północy w Wigilię taką właśnie historię. Jak byście zareagowali? Czy ruszylibyście naprzód żeby ratować świat?

/BW/

piątek, 1 grudnia 2017

Emocje i owszem („Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia”, napisała: Liliana Fabisińska, ilustrowała: Asia Gwis, Nasza księgarnia)


Powiedzieć, że rzuciłem się na tę pozycję to nic nie powiedzieć. Najpierw, po wydawniczych zapowiedziach, ucieszyłem się, że wreszcie będę mógł coś poczytać dzieciom o grzybach, a po wyjęciu książki z paczki sam zacząłem ją zgłębiać a potem dzielić się zdobytymi informacjami ze wszystkimi dookoła. W końcu niecodziennie dowiadujesz się, że w Australii rosną rydze, których kapelusze mają średnicę talerza!


Ludzie mówią: emocje jak na grzybobraniu. I wiadomo co to znaczy... Znaczy, że w czasach cyfrowo-wirtualnych, w czasach sportów ekstremalnych i zajęć ambitnych, modnych, fast i fit zbieranie grzybów zakwalifikowane zostało jako hobby dla pana Stefana (imię przypadkowe!) z grubym brzuchem, który wysłużonym golfem parkuje obok lasu i wyrusza na podbój kniei z plastikowym wiadrem w garści. W zasadzie to powinienem te słowa napisać gdzie indziej, nie w recenzji książki dla dzieci, ale zbieranie grzybów było, jest i pewnie będzie ważnym elementem mojego życia. 



Zbierania nauczyli mnie rodzice w czasach, kiedy lasy wokół Szklarskiej Poręby nie były miejscem za bardzo obfitującym w grzyby. Zbierało się właściwie tylko podgrzybki i kozaki. Obraz był mniej więcej taki: katastrofa ekologiczna lat 80., kwaśne deszcze, zakłady przemysłowe, suche pnie drzew na górskich zboczach, masowe wyrzynanie lasów z powodu kornika drukarza i wskaźnicy modrzewianeczki i ja zbierający podgrzybki do torby w kształcie trampka z napisem Espania’82. Wychowałem się na opowieściach o mitycznych czasach, latach 50., kiedy borowiki zbierało się na worki (babcia szyła z płótna). O grzybach się opowiadało, grzyby się pamiętało, a szczególnie zapalonych grzybiarzy nawet się podziwiało. Jak w młodości postanowiliśmy zrobić film VHS to rzecz jasna pojawiła się w nim mityczna postać Szalonego Grzybiarza. Pierwowzorem był pewien stary hutnik z Osiedla Huty, który potem zachorował na Alzheimera i dzisiaj podobno, o losie, w ogóle nie pamięta, co to są grzyby. Ja natomiast pamiętam jakie było święto kiedy w końcówce lat 80. znalazłem prawdziwka przy torach nieczynnej wtedy linii kolejowej do Jakuszyc. Byłem królem grzybobrania, a żył jeszcze dziadek, który mnie pochwalił. Chyba jedyny raz w życiu. Od tamtego czasu na linię Jakuszyce-Korenov powróciły pociągi, a do lasów borowiki. No dobra, ale co mi dało zbieranie grzybów? Zbieranie ich to jedno, druga sprawa to las. Uwielbiałem wychodzić z samego rana do lasu i wracać późnym popołudniem. Sam w lesie. W kalejdoskopie lasów. Bo nie chodziłem tylko do jednego, żeby nazbierać. Wędrowałem. Białe brzeziny z czerwonymi koźlarzami w sucho-zielonej trawie, świerki wyrastające z runa wyścielonego nisko rosnącą trawą długą jak włosy, z której wygrzebywałem najpiękniejsze podgrzybki i te świerki rosnące wśród igliwia, z gałęziami do samej ziemi, pod którymi czaiły się kapelusze prawdziwków. Albo wielkie kolumny buków, leśne sale kolumnowe z zielonymi chmurami liści i ziemią pokrytą suchymi liśćmi, w których czaiły się borowiki, schowane że łatwo było je rozdeptać. Może i brzmi to jak tandetna „coehloza”, ale las i grzyby to była dla mnie ucieczka, wolność, tajemnica a jednocześnie bezpieczeństwo. Tego nie da się, tak do końca objaśnić. I tego nie zastąpi żaden park miejski. Owszem zdarzało mi się też wyjeżdżać w odwiedziny do innych, dalekich lasów. W sosny posadzone równymi rzędami i w dębiny nad jeziorami. Ale nawet dzisiaj, mieszkając w mieście, wracam często w myślach i snach do tych swoich lasów, które już bardzo się pozmieniały, zarosły, wystrzeliły w górę. Wciąż mam je w pamięci, kojarzę niektóre drzewa, mam rozeznanie gdzie i co zbierałem. Długo można by o tym pisać…



A wracając do rzeczy – lektura i oglądanie książki pt. „Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia” to doświadczenie estetycznie bardzo przyjemne. Wielki format, duże strony, ciekawe ilustracje, udany pomysł graficzny, interesujące rozwiązania typograficzne – widać że Nasza Księgarnia celuje w target wielbicieli wielkich formatów z Dwóch Sióstr (np. „Pszczoły”, „Botanicum”). Bardzo mi się podoba wygląd tej książki. Teksty zostały tutaj podane w formie kilku lub kilkunastu oddzielnych fragmentów na każdej rozkładówce. Znaleźć w niej można wiedzę o grzybach, ale też o wszystkim co się z grzybami kojarzy (np. grzybek do cerowania czy grzyb atomowy). Czytałem wszystkie informacje z wielkim zainteresowaniem – cóż chyba potrzebne mi było takie kompendium, którego nie gwarantowały mi atlasy grzybów. A przyznać trzeba, że grzyby (które przypomnijmy nie są ani fauną, ani florą – mają osobne królestwo, które nazywa się funga lub mykobiota) nie były do tej pory zbyt dobrze książkowo zagospodarowane.  W wydawniczych nowościach mignęło mi wprawdzie „Tajemnicze życie grzybów” Roberta Hofrichtera , które pojawiło się na fali popularności wszelkich tajemnic i sekretów fauny i flory, którymi zasypują nas ostatnio wydawnictwa. Ale jeszcze nie miałem okazji tego czytać.


Można zapytać czy książka ta zawiera informacje merytoryczne. Moim zdaniem tak – wprawdzie przegląd podstawowych gatunków grzybów zajął tutaj tylko kilka stron a grzyby zostały przedstawione w formie narysowanej, ale po to rzeczywiście można sięgnąć do atlasu lub internetu (polecam grupy na fb). Ale tutaj można się dowiedzieć np. co robić w przypadku zatrucia, są przepisy na dania z grzybów, informacje jak wyhodować jadalne grzyby w domu, jest o truflach, muchomorach, grzybkach do herbaty i penicylinie. Jest o serach, drożdżach, a nawet o cerowaniu skarpet. Niektórzy powiedzą pewnie, że miszmasz, ale ja z pewnością umieściłbym tę książkę na szczycie prywatnego zestawienia ulubionych książek 2017 (oczywiście gdybym robił takie zestawienia). No i piękna rzecz na prezent, nie tylko dla grzybiarzy.

/BW/

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...