środa, 10 lipca 2013

Tolerancja według wiewiórek ("Mały bóbr silny jak żubr" Ariane Chottin)

Kupiłem tę książeczkę na wyprzedaży w bibliotece a kupiłem przede wszystkim dlatego, że główny jej bohater, mały bóbr – nazywa się Konstanty. Całość pod polskim tytułem „Mały bóbr silny jak żubr” (org. „Petit Canard Clopin-Clopant”) stanowi jeden z tytułów wydawanej pod koniec lat 90. przez wydawnictwo Egmont serii „Łapy i łapki”. Jak można przeczytać na okładce: „Milutkie książeczki z tej serii pomagają dzieciom po raz pierwszy przyjrzeć się prawdziwemu życiu zwierząt”. No tak – milutkie… Nie mam pojęcia o czym są inne tytuły serii czyli „Kaczorek gapciorek”, „O jeżyku zbytniku” i „Dzielny lis! Brawo bis!” (chociaż ich polskie tytuły mnie urzekły) ponieważ wznowień nie było a kupić je na allegro to marzenie ściętego przez bobra drzewa, jednak po lekturze części o Konstantym doszedłem do wniosku, że nie tylko o życiu zwierząt pozycja ta traktuje. Według mnie głównym jej tematem jest tolerancja. A na ten temat warto bez wątpienia czytać dziecku od najmłodszych lat. Poprawka - jak patrzę co się dzieje na świecie to chyba warto od razu po urodzenia albo nawet w okresie prenatalnym. Najlepiej dużymi literami.

Konstanty na kłodzie z żeremiem w tle - rys. Marcelle Geneste
                                  
                                    
Rodzina wiewiórek znajduje w lesie małego bobra, tata wiewiór nazywa go „dziwną małą wiewiórką”, nakazuje zabrać do domu i wychowywać jak wiewiórkę. Od tego dnia Konstanty „mały bóbr, przekonany, że jest wiewiórką, rósł sobie wesół i szczęśliwy”, bez żadnych kryzysów tożsamości. Dla przypomnienia dla tych, którzy dawno nie interesowali się systematyką świata zwierząt: wiewiórki i bobry należą do gryzoni, tego samego rzędu ssaków. Po przeczytaniu tej opowieści można więc „między bajki” włożyć teorie jakoby wszystkie zwierzęta w lesie dobrze się znały. Jak wiemy (bo w końcu żyjemy na tym świecie nie od dziś) autorzy historyjek dla dzieci karmią nas taką wizją świata, tymczasem okazuje się, że to proszę państwa jest matrix, „Są dwa światy i nas jest dwoje” jak śpiewała Maryla Rodowicz. I ten wers dobrze opisuje sytuację  w dębowym gaju: wiewiórki nie mają pojęcia o istnieniu bobrów, a bobry, żeby nie pozostawać dłużne, nic nie wiedzą o wiewiórkach.

Mały bóbr zabiera się do budowania - tekst Ariane Chottin, tłum. Małgorzata Nesteruk, rys. Marcelle Geneste
  


Tymczasem tata bóbr zauważa ze zdziwieniem, że ogon nowego synka (który jest miły) odbiega trochę od ogonów jego potomstwa (okropny, płaski, czarny, pokryty łuskami). Ale już w zupełne osłupienie wprawia go to, że mały Konstanty jako jedyny nie nudzi się na lekcji dotyczącej budowy schronienia wiewiórczego. Mało tego - nie dość, że się nie nudzi to od razu po lekcji przystępuje do budowania szałasów i palisad, przez co zyskuje na leśnej dzielni ksywę „wiewiórka zwariowana na punkcie budowania”. Tymczasem przybrany brat, wiewiórek Basiek, podczas jednej ze swoich wędrówek napotyka na rodzinę zwierząt identycznych jak Konstanty… Przesłanie tej historyjki jest niebłahe – nieważne jaki masz ogon, nieważne jakie masz futro, nieważne jakie masz wrodzone talenty możesz do nas dołączyć i być jednym z nas! Niebłahe a jednak wolne od koturnowej dydaktyki.

Długi mi wyszedł ten opis, tymczasem książeczka jest krótka, kilkanaście stron, proste zdania, w przeważającej większości rymowane, chociaż zapisane jak proza. Kiedy skończymy już czytać historię Konstantego, dostajemy fragment teoretyczno-przyrodniczy na temat bobrów (Kostek mówi na te strony „pac”, bo taka się tam pojawia onomatopeja opisująca dźwięk, kiedy bóbr uderza ogonem o wodę aby ostrzec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem).

Przeczytałem tę książeczkę chyba z pięćdziesiąt razy (na czym pewnie się nie skończy...) i muszę powiedzieć, że wielokrotna lektura niezwykle poszerza możliwości poznawcze. Pomyślałem sobie nawet, że gdybym z taką częstotliwością czytał np. „Zbrodnię i karę” to miałbym wnioski lepsze niż Michaił Bachtin. Może warto kiedyś spróbować? W przypadku „Bobra” wielokrotna lektura nie pchnie raczej teorii literatury na nowe tory, niemniej pytania się pojawiają – dlaczego bobry myślą wciąż o pracy a wiewiórki tylko o zabawie? Czy tata-wiewiór naprawdę nie potrafił stwierdzić przez banalne porównanie, że Konstanty nie jest wiewiórką? Dlaczego mały bóbr nazywa się Konstanty, mały wiewiórek Basiek a inni pozostają bezimienni? Niby błahostki a człowiek się zastanawia...

Impreza integracyjna bobrów i wiewiórek  -  rys. Marcelle Geneste
                             

Mała barokowa dygresja. Przy którymś tam czytaniu zacząłem konsekwentnie poprawiać tłumaczkę. W tekście jest taki fragment:

W lesie krążyły o Konstantym różne ploteczki. Wiewiórki urządzały więc wycieczki. Patrzyły zaciekawione na równo ustawione rzędy gałęzi.

W tym miejscu aż się prosi żeby polecieć Morsztynem i przeczytać:

Patrzyły zaciekawione na równo gałęzi rzędy ustawione.

Oczywiście rozumiem tłumaczkę, że tego typu wersy mogą być przez dzieci trudno przyswajalne, z drugiej strony podawanie wszystkiego na tacy, też dobre nie jest.

Fragment wprost proszący się o Morsztyna,tekst Ariane Chottin, tłum. Małgorzata Nesteruk, rys. Marcelle Geneste
                                               


Ilustracje realistycznie oddają anatomię zwierząt, co poczytuję za plus, ponieważ obcując z różnymi książeczkami niekiedy łapię się za głowę jak może wyglądać zwykła krowa czy koń. I co ważne głównymi bohaterami są zawsze wiewiórki i bobry, nie ma miliona szczegółów, innych stworzeń łypiących z wody lub drzew, machających z nieba, kosmosu i stratosfery kolorowymi balonikami i innym badziewiem. Dzięki temu rzeczywiście można poznać jak opisywane gryzonie wyglądają. W rodzinie wiewiórek decyduje zawsze tata (najpierw żeby zasymilować Konstantego, potem zbadać sprawę jego biologicznych rodziców), co kłóci się trochę z tolerancją, niemniej Kostek lubi tę książeczkę (mówi na nią „Bó”) a hasło „one race, animal race” znajduje w tekście Chottina całkiem zgrabną egzemplifikację.

Jedna ze stron o nazwie "pac", Ariane Chottin, tłum. Małgorzata Nesteruk, rys. Marcelle Geneste
                                                        


PS Kurcze – chyba muszę się leczyć z pisania quasi-mądrych zakończeń. Sami rozumiecie – lata polonistycznej indoktrynacji robią swoje...

/BW/

„Mały bóbr silny jak żubr”, autor: Ariane Chottin, ilustracje: Marcelle Geneste, tłum. Małgorzata Nesteruk, wyd. Egmont 1999


czwartek, 4 lipca 2013

Czerwona Strzała vs. Biała Błyskawica ("Jak Wojtek został strażakiem" Czesław Janczarski)


Czytając Kostkowi, sam wracam do historii, postaci, ilustracji, rymów, nawet zdań z dzieciństwa. Uświadamiam sobie, że leżały zagrzebane gdzieś w pamięci, pod stosami kulturowych śmieci i diamentów (eh tutaj dopiero przydałaby się ustawa śmieciowa, żeby to wszystko posegregować...). I dlatego chciałbym, aby tego bloga śledzili nie tylko ci, którzy zastanawiają się, co przeczytać dziecku, ale również chcący przypomnieć sobie pierwsze książkowe przygody. Oczywiście, mogę sobie chcieć.

Zastanawiałem się, którą książkę wziąć na pierwszy ogień. I kiedy napisałem to zdanie zrozumiałem, że wybór może być tylko jeden. Tym bardziej, że jest to obecnie pierwsze miejsce kostkowej listy przebojów. Mówię o „Jak Wojtek został strażakiem” Czesława Janczarskiego z ilustracjami Bohdana Bocianowskiego.

Pierwsza strona okładki wydania z 1979 roku, rys. Bohdan Bocianowski
                           

Janczarski przed wojną był poetą, sławił piękno przyrody i uroki życia na wsi. Pisaniem dla dzieci zajął się po wojnie. Wtedy założył „Misia” (miesięcznik), wymyślił Misia (Uszatka) i napisał Wojtka. Napisał w roku 1950, a więc kiedy rozpoczynała się stalinowska noc. Ja czytam Kostkowi wydanie XIII z 1979 roku. Nie wiem czy w pierwszym wydaniu były jakieś zwrotki chwalące generalissimusa, wskazujące na przewodnią rolę partii albo chociaż zachwalające uroki spółdzielni rolniczych. Mogły być. Takich sytuacji było wtedy mnóstwo. W wydaniu z 1979 roku jednak takowych zwrotek nie ma. Za to czyta się to dziecku wyśmienicie.

Porady dla czytających pierwszy raz
Warto zwrócić uwagę, że historia Wojtka:
- dzieje się na wsi Kozie Różki jeszcze przed epoką ucieczek do miasta (najpierw do pracy w Nowej Hucie, potem w korporacji) dlatego wszystko tam tętni gwarem i słychać terkot trzech żniwiarek, nie jest to więc żadna demoniczna, wyludniona i patologiczna wieś jakich wiele ostatnio w polskim kinie tudzież literaturze,
- dzieje się w epoce tzw. „zimnego chowu”, kiedy zostawiało się dziecko w kołysce i szło w pole pracować przy żniwach a małemu Wojtkowi pozwalało się chodzić na zabawę w remizie,
- dzieje się w świecie, w którym nie ma kobiet (żadne nie występują jako bohaterki – no dobra jest kilka partnerek strażaków do tańca), kobiety pojawiające się na obrazkach obowiązkowo noszą chusty na głowach, chyba że tańczą, wtedy w powietrzu wirują obowiązkowo warkocze,
- dzieje się to w czasach, kiedy istniał fach kowala, nie stosowano piorunochronów, układano na dachu strzechę a rozrywką starszyzny było patrzenie z bliska na tańce.
O tempora, o mores!
Wszystkie te fakty, kiedyś oczywiste, wymagają w dzisiejszych czasach licznych wyjaśnień. Kostek na szczęście nie jest jeszcze tak dociekliwy. Interesuje go głównie „Woj” i czerwony samochód.

U góry po prawej - Czerwona Strzała, za nią - wieś z drugiej połowy XX w., tekst: Czesław Janczarski, rys. Bohdan Bocianowski
                              
Teraz parę słów o samym Wojtku, który jak pamiętamy był ulubionym bohaterem z dzieciństwa premiera Pawlaka (dla przypomnienia kultowy clip: http://www.youtube.com/watch?v=Di_pBO9smVA).
Mały Wojtek jest zdeterminowany na cel, a celem tym jest wstąpienie do Straży Pożarnej. Chłopiec wygląda na rysunkach Bocianowskiego jak komsomołski pionier albo młodociany Mao w wojskowej bluzie. Nie cieszy go książka i zeszyt, śni tylko o hełmach, co się złocą. Kowal Bonifacy (naczelnik drużyny) odrzuca jego kandydaturę z powodu młodego wieku. I kiedy wydaje się, że może Wojtek nie prześpi kilku nocy a potem wybije sobie strażactwo z głowy nadchodzi burza i piorun szczęśliwie trafia w dom sąsiada. Szczęśliwie, bo jak inaczej chłopak wkradłby się w łaski Bonifacego i wsławił bohaterstwem? W chwili próby wybija szybę, wynosi niemowlaka Henia z płonącego domu a potem dzwoni na alarm (oczywiście nie z komórki, ale analogowym dzwonem). Dzięki temu zmienia się z Wojtka w Wojciecha fundując sobie ekspresowy egzamin dojrzałości. Matura już mu w zasadzie niepotrzebna. W nagrodę dostaje hełm i w „czerwonej strzale” pędzi przez wieś grając na trąbce. Niemożliwe staje się faktem. Dream comes true itd.

Chwila chwały Wojtka - wynoszenie Henia z płonącego domu, rys. Bohdan Bocianowski
                 

Czy dzisiaj dołączenie do oddziału strażaków może jeszcze stanowić marzenie małych chłopców? Nie wiem jak inni, ale Kostek uwielbia tego słuchać. Przyznać trzeba, że historyjkę zrymował Janczarski wzorowo i niech mi nikt nie mówi, że dziecko łyknie każdą częstochowę. Bo jak widzę te wszystkie przeróbki o „innych lokomotywach”, skrócone wersje kultowych baśni, z koślawymi obrazkami w jaskrawych kolorach, disneyowska dziesiąta woda po kisielu, te wszystkie wierszyki napisane na kolanie przez zaprzyjaźnioną z wydawnictwem panią, która pewnie pisała ładne wypracowania to po prostu chciałbym krzyczeć: Panie Czesławie, niech pan wraca! Janczarski opisał historię Wojtka zgrabnym wierszem. Takim, który sam się czyta.

Osobiście nie tracę nadziei, że posada strażaka to wciąż czołowy cel wielu małych chłopców. Być może niektórzy zamiast ipada wybiorą jednak „hełm, w którym słońce złotą świeczkę pali”. Chociaż już mi Kasia powiedziała, jak zobaczyła że czytam Kostkowi o Wojtku: „żeby tylko nie chciał zostać strażakiem”. Jakkolwiek by było - miejmy nadzieję, że pożary gasi się szybciej niż dziecięce marzenia.

/BW/

Samochód SP symbolicznie odjeżdża ku kolejnym pożarom - rys. Bohdan Bocianowski
                


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...