czwartek, 9 lutego 2017

Opisać muzykę dzieciom („W to mi graj. Bajki muzyczne” tekst: Justyna Bednarek, ilustracje: Józef Wilkoń)


Wiarygodne i udane artystycznie przeniesienie muzyki i wrażeń, które jej towarzyszą w materię literatury to marzenie niejednego pisarza. Czy udało się Justynie Bednarek, której książka (co akurat ma w tym przypadku duże znaczenie) skierowana została do czytelnika dziecięcego? 
 

Pozycja, o której mowa to „W to mi graj. Bajki muzyczne” (Poradnia K). Jej tytuł, a właściwie podtytuł jest trochę mylący. Nie mamy bowiem do czynienia ze zbiorem dwunastu odrębnych historii, ale z podzieloną na rozdziały jedną fabułą. Opowiada ona o prywatnej szkole muzycznej i kilku uczęszczających do niej uczniach: Karolu, Teodozji, Kasi i Antonim. Dorośli również się pojawiają (pani Genowefa, nauczycielka i dyrektorka Emilia, nauczyciel Eugeniusz), ale dzieci są najważniejsze. Wydaje mi się, że pomysł pisarki polegał na tym, aby właśnie dziecięca świadomość była katalizatorem dla odbioru i opisu wspominanych w kolejnych rozdziałach kompozycji. W każdym znajdziemy odniesienie do jednej kompozycji i są to rzeczy klasyczne, żeby nie powiedzieć pomnikowe m.in. „Marsz turecki” Mozarta, „Walc kwiatów” Czajkowskiego, „V Symfonia” Beethovena czy „Błękitna rapsodia” Gershwina. Po każdym rozdziale czytelnik znajduje też krótkie, ciekawie napisane notki biograficzne autorów kompozycji, z których może poznać najistotniejsze informacje o życiu i twórczości muzyków.


No więc tak: uważam, że książka Justyny Bednarek stanowi doskonały wstęp do rozmowy z dzieckiem o muzyce i z pewnością będzie wabikiem do poznawania muzyki dla niejednego młodego czytelnika lub słuchacza. Wydaje mi się, że z perspektywy dziecka obrazy wizualizujące muzykę zaproponowane przez autorkę będą atrakcyjne i zadziałają na wyobraźnię. Zdaję sobie sprawę przed jak trudnym zadaniem stanęła autorka tej książki - mierzy się przecież z gigantami! I na przykład uważam za pomysł bardzo dobry, żeby „Dies irae” Verdiego skojarzyć z Lordem Vaderem (z klocków Lego) i Gwiezdnymi Wojnami. To trafi do większości dzieci i mam nadzieję, że uda się to także biegającemu uchu, chłopcu unoszącemu się jak balonik, obdarzonej świadomością łodydze fasoli czy szalejącemu po domu spokojnej starości Duchowi Gór czy Mąkuchowi po mieście – bo takie obrazy pojawiają się tutaj jeden za drugim.

Być może Justyna Bednarek kierowała się myślą wyrażoną kiedyś przez Jana Błońskiego, który twierdził że „literatu­ra obdarzona muzycznością to (...) literatura, w której tkwi podskórna zmienność, bergsonowska eksplozja energii twórczej, charakterystyczny dynamizm”. Przyznam jednak, że mnie, dorosłemu czytelnikowi, te obrazy jawiły się niejednokrotnie jako zbyt przeszarżowane. Nie potrafię znaleźć na to innego słowa. Wyrażanie muzyki za pomocą słów musi być oparte na indywidualnym odczuciu i autorka robi wiele, żeby atrakcyjnie unaocznić dzieciom dźwięki. Tym niemniej przez takie nagłe skakanie z realizmu w fantastykę miałem chwilami wrażenie, że historia trochę się rozłazi, tak jakby nawiązanie do konkretnej kompozycji było w każdym z rozdziałów najważniejsze, a wydarzenia z życia szkoły muzycznej stanowiły konieczne tego dopełnienie. 



W ogóle przedstawiona w książce historia powstania szkoły muzycznej jest totalnie odrealniona, abstrahuje od polskich realiów. Trochę mnie to zdziwiło, bo Justyna Bednarek potrafi o tych realiach pamiętać nawet w historii z założenia fantastycznej, co udowodniła w „Niesamowitych przygodach dziesięciu skarpetek”. Tutaj trudno uwierzyć w istnienie czegokolwiek. Wszystko zostaje wzięte w nawias. Mam nadzieję, że ten fabularny surrealizm przysłuży się edukacyjnemu walorowi książki, a mam tę nadzieję ponieważ wierzę w literackie wyczucie autorki.

Przeszkadzali mi także w tej książce trochę mało zindywidualizowani bohaterowie. Jest ich kilku, a jednak wielokrotnie w czasie lektury musiałem cofać się, żeby "załapać", o którym z nich akurat czytam - są trochę słabo rozpoznawalni. Być może miało tak być, żeby bardziej niż bohaterów, zindywidualizować kolejne „bajki” i kompozycje. 



Sprawą osobną są ilustracje autorstwa legendarnego Józefa Wilkonia. Najbardziej lubię jego prace z lat 60. i 70., jednak i te ze wszech miar warte są uwagi. Wilkoń stworzył je przy użyciu jasnych, czystych barw (papier kredowy jeszcze je uwydatnia). Właśnie kolory przy pierwszym spojrzeniu działają przede wszystkim, kształty ludzi, zwierząt i przedmiotów zostały zaledwie naszkicowane, są mniej istotne – pozostaje to w łączności z zaproponowanym przez autorkę opisem muzycznych wrażeń. Najpierw emocje, potem jakieś kształty. Zwracają uwagę także wspaniałe portrety kompozytorów spod ręki Wilkonia. Wydaje się jakby zostały narysowane za pomocą kilku kresek.

Gdybym znowu był uczniem szkoły podstawowej nr 5 w Szklarskiej Porębie, cieszyłbym się gdyby nauczyciel na lekcjach muzyki zachęcał do słuchania, wspomagając się lekturą takiej właśnie książki. Jestem przekonany, że dobrze spełniłaby swoje zadanie. Wtedy patrzyłbym pewnie pod nogi, żeby nie nadepnąć przechodzącego ucha, dzisiaj raczej jestem bliższy tego, że na ucho nadepnął mi słoń.

/BW/


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...