piątek, 22 czerwca 2018

, , , , ,

Strasznie czy ciekawie?


Zbieg to okoliczności? Czy może symultaniczne odnalezienie niezagospodarowanej niszy wydawniczej? Jakakolwiek by nie było to faktem jest, że w podobnym czasie trafiły w moje ręce dwa wydawnictwa dla dzieci, które nazwane zostały horrorami. I nie są to powieści, ale książki wielkoformatowe, bogato ilustrowane, żeby nie powiedzieć obrazkowe. Horrorem urbanistycznym określone zostało „Miasto Złotej” Daniela Chmielewskiego z ilustracjami Magdy Rucińskiej (Tadam), a tytuł „Horror” nosi nowa książka Madleny Szeligi z ilustracjami Emilii Dziubak (Gereon). Pewnie się domyślacie, że horror w obu przypadkach ma znaczenie umowne, niemniej wymienione pozycje są wydawniczymi wydarzeniami i z pewnością warto przyjrzeć się bliżej, co oferują.


„Miasto Złotej” to antyutopia rozgrywająca się w betonowym mieście, gdzie mieszka tytułowa Złota i dwójka jej przyjaciół Miś oraz Tina. Złota lubi swoje miasto i beton – do czasu gdy poznaje Sylvę, wychowaną w leśnej chatce, która stanowi trochę lustrzane odbicie Złotej. Za sprawą Sylvy najpierw w wyobraźni dziewczynki, a potem w rzeczywistości betonowego miasta pojawia się natura i rośliny. Miastu jednak wcale się to nie podoba...

Zwykle kiedy mówi się „betonowe miasto” to jednak nie z myślą, że wszystko w mieście jest z betonu. Po prostu ten budulec źle się nam kojarzy – z szarymi czasami PRL-u, z tanim, prefabrykowanym budownictwem, z ciasnotą, z utopieniem jednostki w tłumie sąsiadów, których życie wyznaczają takie same kwadratowe okna w szarej ścianie. Dlatego jak chcemy powiedzieć o mieście coś złego, mówimy że jest z betonu. 




Daniel Chmielewski nie napisał jednak realistycznej fabuły, ale coś w rodzaju urbanistycznej przypowieści (bardziej niż horroru). Nie istnieje tutaj w ogóle inny, zewnętrzny świat, coś poza betonowymi domami (przynajmniej na początku), jakaś łąka z wideoklipu Urszuli – beton został przedstawiony jako żywy, poruszający się, rozrastający, a nawet inteligentny organizm. Jedyny organizm tego świata, jedyne tło działań postaci. Potrafi reagować na ich działania, a nawet myśli. Jego głównym celem jest rozrost i robi wszystko, aby nikt mu tego nie zakłócał.

Oczywiście, jak to w antyutopii, można zadawać mnóstwo pytań o elementy konstrukcji tego świata, na które autor nie udziela odpowiedzi np. skąd się bierze towar w „sklepach”, dlaczego zawsze sprzedaje Tina i dlaczego w mieście jest tylko troje mieszkańców? Albo czy jest więcej terenów zielonych czy wszystko zagarnęło miasto? Tutaj nie chodzi jednak o dokładne wyjaśnienia i tłumaczenia – „Miasto Złotej” ma działać jako uniwersalna historia o starciu cywilizacji z naturą, ale też jako metafora dzisiejszej Polski – kraju chaotycznej urbanizacji, zawłaszczania przestrzeni wspólnej, grodzenia się, wycinania roślin i rugowania ich z miast. W tym kontekście Złota, Sylwa, Miś i Tina jawią się jako grupka millenialsów czerpiących pełnymi garściami z dobrodziejstw miasta i cywilizacji, rozwiązujących problemy kliknięciami w ekran smartfonu (tutaj kupujących towary w postaci kolorowych płynów i kształtów jak w filmach s-f), którzy zdobywają eko-świadomość i z bezrefleksyjnych korpoludków stają się miejskimi aktywistami. Wiele można tutaj wskazać fragmentów wprost odnoszących się do sytuacji nad Wisłą – choćby fragment, w którym betonowe miasto pożera drewniane domy to metafora sposobu w jaki często traktuje się w Polsce starą, zabytkową zabudowę. Jakże często czytamy o „przypadkowym” pożarze starej stodoły, hali przemysłowej czy zabudowań gospodarczych, a za chwilę w tym miejscu zaczyna rosnąć deweloperskie osiedle? Jak często widzimy koszmarne dobudówki i przeróbki starych, harmonijnych domów?



Historia zawdzięcza swój klimat także ilustracjom Magdy Rucińskiej, która rzeczywiście przedstawia swoich bohaterów trochę jako postacie z horroru. Mają blade jak kreda twarze, cienie pod oczami, czarne nosy i generalnie wyglądają trupio. Muszę jednak powiedzieć, że moje dzieci zupełnie się nie bały tej książki. Polubiły dziewczynki i Misia. Rucińska sugestywnie rysuje też rozrastające się betonowe labirynty a w nich zagubione dzieci, pokazuje osaczenie, niepewność, cienie a wszystko w pastelowych, przygaszonych kolorach. Jej ilustracje doskonale korespondują z tekstem. Jest to piękna i moim zdaniem ważna książka. Mam nadzieję, że będzie czytana i dyskutowana.

Mam nadzieję, że dyskusję wywoła także drugi tytuł, o którym chcę napisać... 

Zapewne wszyscy pamiętają złowróżbny wers z tuwimowskiego wiersza „Na straganie”, w którym kapusta mówi o ginięciu w zupie? Jako puenta wierszyka o sprzeczających się warzywach odbierałem to zwykle jako żartobliwe mrugnięcie okiem poety – skoro chcecie jak ludzie się kłócić to musicie przyjąć na siebie także inne ludzkie powinności. Nie wyobrażałem sobie jednak, że ktoś może stworzyć książkę, która o takim ginięciu będzie opowiadać. I oto w 2018 roku ukazuje się „Horror” Madleny Szeligi. Kilkanaście rozdziałów, z których każdy traktuje o innym owocu bądź warzywie. Tytulatura jak z sądowych akt: „Sprawa Pomidora”, „Sprawa Cebuli”, „Sprawa Pieczarki” itd. (są też uszczegóławiające podtytuły). Każdy rozdział ma dwie strony tekstu i stanowi opis mordowania tytułowego bohatera. Mordowania – jakby rośliny były ludźmi, jakby odczuwały ból i cierpienie. 



Sięgając po tę pozycję trzeba mieć przede wszystkim świadomość, że mamy tutaj do czynienia z rodzajem artystycznej prowokacji, której nie sposób odbierać poważnie (nie pokazujcie tego zdania frutarianom!), ale jest to też prowokacja niezwykle sugestywna, pomysłowo obmyślona i napisana. Czytając pierwszy rozdział o Marchewce, przyznaję że miałem mieszane uczucia, ale wraz z kolejnymi historiami coraz bardziej wciągałem się w grę, którą funduje nam tutaj Szeliga. Są to inteligentne teksty, ciekawie wplatające w fabułę mity, właściwości i wydarzenia związane z danym owocem lub warzywem np. Pomidor opisuje swoją śmierć w czasie hiszpańskiego święta La Tomatina, Cebula stara się wzbudzić litość i zmusza człowieka do płaczu, a Winogrona giną pod wpływem mechanicznego postarzania. Jedyny szkopuł – moje dzieci są jeszcze trochę za małe, żeby im przeczytać „Horror”.


Osobna sprawa to ilustracje Emilii Dziubak – nie mogę powiedzieć, żebym do tej pory był wielkim fanem tej ilustratorki, oczywiście doceniałem, ale dopiero tutaj zupełnie mnie kupiła. Na ilustracjach naprawdę widać dramaty tych warzyw i owoców – o ile tekst można traktować jako ryzykowny koncept, tak widoczne na ilustracjach cierpienie, smutek i ból naprawdę trudno zanegować. Graficznie to jest majstersztyk. Obrazy Dziubak kojarzą mi się z flamandzkim malarstwem (z martwymi naturami), gdzie liczył się każdy szczegół – mogę się patrzyć na te ilustracje bez końca.

Podsumowując – jeśli ktoś szuka tutaj Neila Gaimana to się zawiedzie, ale jeśli chciałby poznać ciekawe, krajowe i odważne propozycje książek dla dzieci powinien sięgnąć po „Miasto Złotej” i „Horror”.

/BW/

Miasto Złotej
tekst: Daniel Chmielewski
ilustracje: Magda Rucińska
Tadam 2018

Horror
tekst: Madlena Szeliga
ilustracje: Emilia Dziubak
Gereon 2018
Share:

1 komentarz:

  1. Fanem sztuki tworzonej przez Emilię jestem od hohoho, a może jeszcze dłużej. I myślałem, że nic ponad to co widziałem już mnie nie zachwyci. A tu ten burak. Wstrząsający.

    OdpowiedzUsuń

Chcesz coś dodać? Śmiało!