niedziela, 27 października 2013

Ekologiczne gryzienie orzecha ("Orzeszek" Igor Sikirycki)

Opowieść o tym, że ludzie nie powinni jeść orzechów laskowych. A spośród ludzi szczególnie dziadkowie, a spośród dziadków szczególnie ci używający dziadków do orzechów.
Owi dziadkowie uosobieni w wierszu Igora Sikiryckiego w postaci dziadka niejakiego Jacka Konopki symbolizują panoszących się po świecie zdobywców, technokratów, pragnących ujarzmić ziemię, przycisnąć kolanem do Drogi Mlecznej, prawie jak ta firma „co robi prąd, góry, jeziora i lasy”, wierzących ślepo w potęgę ludzkiej myśli technologicznej (chciałoby się napisać „polskiej”;). 

Jakże metaforyczna pierwsza strona okładki, autor: Igor Sikirycki, rys. Bohdan Butenko
                             

„Orzeszek” to historyjka bardzo ekologiczna w przesłaniu, nawet jeżeli to przesłanie nie za bardzo przyświecało autorowi w czasie pisania jej w roku 1976 (?) – książeczka wyszła w 1977 – kiedy wszystko w najlepsze dymiło, zanieczyszczało i stanowiło wspaniałe świadectwo postępu naszej socjalistycznej ojczyzny. Bliższy jestem twierdzeniu, że Sikirycki (niełatwe nazwisko…), pisarz mieszkający, piszący i działający w Łodzi, miał szczerze dosyć oglądanego na co dzień widoku dymiących łbów przemysłowej Hydry. Dlatego napisał wierszyk o tym, że myśl techniczna przegrywa z laskowym orzeszkiem. Więc może i miał ekologiczne ciągoty, kto wie?


Właściwy orzech na właściwym miejscu czyli wnuczek obdarowuje
                                               


Jacek Konopka znajduje w gąszczu dąbrowy orzech i postanawia podarować go dziadkowi, bo jak wiadomo orzech i dziadek to prawie jedność. Prezent od wnuka okazuje się jednak nie lada problemem. Dziadek próbuje go rozgryźć zębami (łamie ząb) i dziadkiem do orzechów (rozpada się na kawałki) i kiedy metody te nie skutkują zwraca się o pomoc do osób trzecich – a zatem kowala i jego młota, Wojciecha i „żelaznej baby” (narzędzie do rozbijania polnych kamieni), traktorzysty Staszka i jego Ursusa (w którym drzemie siła stu koni) a wreszcie, kiedy żaden z tych wynalazków symbolizujących władzę człowieka nad materią, nie pomaga w rozłupaniu orzecha – dziadek kładzie feralne ziarnko na górze, którą akurat rozwalają dynamitem, żeby skierować potok w inną stronę. 

Ursusem go! Ursusem!
                                                                                    


Trochę mi się ta akcja kojarzy z popularną w stalinizmie symboliką wielkich budów, kiedy rzeczywiście na potęgę walczono z naturą stawiając zapory, wodne elektrownie i monstrualne kombinaty wysadzając i burząc wszystko, co się napatoczyło pod rękę albo nie spodobało generalissimusowi. Pamiętam z jaką nienawiścią patrzyli na Kraków inżynierowie radzieccy w „Początku opowieści” Mariana Brandysa, powieści produkcyjnej o budowie Nowej Huty, jak ich odstręczał bijący z tamtejszej starówki odór konserwatyzmu i tradycji. 

Dla niewtajemniczonych: oto "żelazna baba"
                                                                


Tak - w stalinizmie orzeszek z pewnością rozwaliłby się na tysiąc kawałków i robotnicze buciory wdeptałyby go głęboko w glebę, jednak u Sikiryckiego nawet patent Alfreda Nobla nie daje mu rady. Ostatecznie wybuch rzuca orzech do lasu, gdzie zostaje znaleziony przez wiewiórkę i bez najmniejszych problemów zjedzony. W ten sposób otrzymujemy przesłanie jakże wartościowe, przyjemne i zadowalające – w naturze wszystko zostało poukładane w sposób doskonały i człowiek na siłę nie powinien tego zmieniać. Nawet jeśli jest sympatycznym „z pyska” dziadkiem oddanym kreską Bohdana Butenki.

/BW/

Góra wysadzona, orzech nierozłupany
                                                 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...