niedziela, 22 maja 2016

Chłopcy na tropie („Rasmus, Pontus i pies Toker” Astrid Lindgren)


W czasie studiów chodziłam na lektorat z języka szwedzkiego i szczególnie dobrze zapamiętałam dwie (jak to się ładnie mówi – przerabiane) czytanki. Pierwsza miała tytuł „Szwedzi mówią tak” (pewnie to wiecie, ale dla pewności przypomnę, że „tack” po szwedzku znaczy „dziękuję”), a druga zatytułowana była „Dlaczego uczę się języka szwedzkiego”. Pod tą drugą znajdowało się (charakterystyczne dla książek do nauki języków obcych) miejsce z wykropkowaniem, gdzie należało wpisać dlaczego się tego języka uczy. Pamiętam, że ja napisałam: „bo lubię książki Astrid Lindgren”.

Wydawało mi się wtedy, że czytałam wszystkie, które napisała, ale okazało się, że akurat „Rasmusa, Pontusa i psa Tokera” (1957) nie znałam. Nadrobiłam to teraz. I chociaż w twórczości Lindgren preferuję bardziej nurt metafizyczno-baśniowy („Mio, mój Mio” czy „Bracia Lwie Serce”) to tę historię przygodowo-detektywistyczną przeczytałam z zainteresowaniem i przyjemnością. Jakoś mi się kojarzyła z książkami Adama Bahdaja, który właśnie w latach 50. nabierał literackiego rozpędu. Lindgren zresztą najpierw napisała scenariusz do filmu, który miał premierę w 1956 roku, książka powstała potem.


A zatem obserwujemy typową szwedzką rodzinę chłopca o imieniu Rasmus. Rodzina zasiada przy wielkim drewnianym stole, aby zjeść klopsiki z sosem borówkowym, kiełbaski z ziemniakami i napić się aromatycznej herbaty. Mama zajmuje się domem, tato pracuje jako policjant i jest dla mamy miły oraz szarmancki. Rasmus ma jeszcze starszą siostrę, piękną i świecącą przykładem. Jednym słowem – wszystko pięknie, ale też nudno.

W miasteczku Västanvik nie dzieje się nic ciekawego, życie toczy się powoli a policja zajmuje się jedynie drobnymi kradzieżami i włamaniami. To trochę za mało jak dla wyobrażeń Rasumsa i jego przyjaciela Pontusa. Sytuacja zmienia się, gdy przyjeżdża wesołe miasteczko. Ale jeszcze wcześniej siostra Rasmusa przeżywa szaloną miłość do Joakima szkolnego łamacza serc i syna najbogatszego mieszkańca miasteczka, barona von Reckena. Szaloną do czasu sprzeczki, po której chłopak grozi, że wklei jej zdjęcie do księgi. Trzyma w niej fotografie wszystkich poprzednich sympatii. Rasmus i jego najlepszy przyjaciel Pontus postanawiają pomóc dziewczynie (Korpus Ratowniczy Ofiar Miłości) i wykraść zdjęcie z księgi. Pod osłoną nocy ruszają to posiadłości barona. Jednak w trakcie swojej akcji zostają świadkami włamania i kradzieży cennych sreber. Wkrótce znika też ich ulubiony pies Toker...

Podsumowując jest to sympatyczna historyjka napisana żywym jeżykiem i z pewnością warto ją podsunąć dziecku przed wakacjami, kiedy jak wiadomo o wszelakie przygody jest znacznie łatwiej niż w ciągu roku.

/KS/


środa, 11 maja 2016

Thomas chce być szczęśliwy („Książka wszystkich rzeczy” Guus Kuijer)



Są takie książki, które gnają przez głowę niczym tsunami i zostawiają w środku wielkie spustoszenie. I w zasadzie nie chce się o nich pisać, ale chciałoby się usiąść i spokojnie pomyśleć. Poukładać sobie wszystko w głowie. Jeszcze raz, na chłodno wejść w ten świat. Taka jest właśnie „Książka wszystkich rzeczy” Guusa Kuijera wydana przez Dwie Siostry w 2012, a obecnie (na szczęście!) wznowiona. Po to się czyta książki, żeby czytać takie właśnie jak ta. Może i fajnie jest się wkręcać w światy fantasy, przeżywać papierowe miłości czy rozwiązywać zagadki kolejnych wymyślnych morderstw, ale tak naprawdę najbardziej fascynujące jest czytać o czymś zwykłym, co może dziać się obok. W sąsiednim mieście, sąsiednim domu, za sąsiednimi drzwiami.


Rzecz dzieje się w Holandii, w latach 50., ale w zasadzie ma to tylko znaczenie inscenizacyjne. Równie dobrze mogłoby się dziać w Polsce AD 2016. Tak naprawdę jest to historia uniwersalna, tak jak uniwersalna jest „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego czy „Czarodziejska góra” Manna. O czym jest „Książka wszystkich rzeczy”? O religii, o przemocy, o wierze, o miłości i wreszcie o przeciwstawieniu się przemocy. 

Naprawdę chciałbym was zapewnić, że jest to literatura dla dzieci. Jest i owszem, ale dawno nie czytałem tak poruszającej prozy, chociaż okres dzieciństwa mam za sobą, podobnie jak wiele przeczytanych książek. Teraz kawałek duszy oddaję Kuijerowi i jego bohaterowi, małemu Thomasowi doświadczającemu w domu, od strony ojca przemocy, dla której uzasadnieniem mają być religia i prawidła wiary. Dobrze, że Thomas zna piękniejszą wiarę, wiarę, w której z Jezusem można pogadać jak z kumplem, a anioły chcą mieć skrzypiące nogi. Thomas to w ogóle piękny bohater. Chłopiec otwarty na dobro i wiedzę, którego pamiętnik zatytułowany „Książka wszystkich rzeczy” porównać można prawie z Biblią. Jeżeli ktoś chce, bo w tej historii każdy pewnie dostrzeże trochę co innego.


Jest to więc psychodrama z ojcem sadystą w roli głównej, który w myśl biblijnych słów katuje swoją żonę, syna i córkę Margot (jak się okaże ta ostatnia nie na darmo nosi znaczące historycznie i literacko imię). Jest to opowieść o pierwszych literackich inicjacjach małego chłopca. O odkrywaniu świata pełnego podziałów. O dostrzeganiu prawdziwej natury ludzi i rzeczy. O wierze złej i dobrej. O tych wszystkich sprawach. Ważnych sprawach.

Wiem co sobie myślicie – przemoc, ojciec sadysta, wiara… Nie, dziękuję. Chciałbym was jednak zapewnić, że to wcale nie jest smutna książka, żaden tam Zola pochylający się nad degradacją rodziny, żadna tam „Biała wstążka”. Kuijer nie deprecjonuje wiary i religii - przeciwnie – pokazuje, że prawdziwa wiara (w Boga też) polega na miłości, a nie przemocy. Nie służy też do ukrywania prawdziwej natury, do legitymowania zła. Jak ją przeczytacie to zobaczycie, że autor nie rozwiązuje tej wstrząsającej traumatycznej sytuacji rodzinnej na sposób bajkowy. Rozwiązuje ją inaczej, przyznam że dla mnie zaskakująco - pozwala przerwać ten zaklęty krąg innym ludziom, z zewnątrz. Kobietom i dzieciom. Cytując panią Van Amersfoort:

„Nie żaby, nie komary i nie zaraza, tylko my jesteśmy najlepszą plagą. My, kobiety i dzieci. Żaden faraon się nam nie oprze”

Mężczyzn reprezentuje tutaj tylko ojciec, pan Klopper (no chyba, że zaliczyć do tej grupy też Jezusa). Postać ojca jest tyleż odrażająca, co nieszczęśliwa. Jednak kobiety – to one stanowią tutaj świat, siłę napędową, prawdę i mądrość – pani Van Amersfoort, ciocia Pia, matka czy wreszcie Margot. Każda inna, każda wnosząca do tej historii coś istotnego.

Dobrze, wystarczy. Mam nadzieję, że was zachęciłem. Jeżeli uważacie, że nie – to wiedzcie przynajmniej, że bardzo chciałem zachęcić. Pisałbym jeszcze, ale mam wrażenie że każde moje słowo zakłóca czysty przekaz tej książki. Sami powinniście się z nią zmierzyć.


/BW/




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...