piątek, 30 października 2015

Gdzie jesteście, bociany? („Kalif bocian” Wilhelm Hauff, „Kto prowadzi?” Leo Timmers )


Jak to śpiewała pewna wokalistka: „Kochany, kochany lecą do Afryki jak dawniej bociany...”. No dobra, może i wcale tak nie śpiewała, ale nie zmienia to faktu, że już poleciały i pewnie doleciały. Ptaki słowiańskie, a jednocześnie zagraniczne. Swojaki chodzące po polu za chałupą Bohatyrowiczów i Boryny, ale też światowcy przelatujący nad statkiem wiozącym Juliusza Słowackiego i nad piramidami faraonów. Nasze i obce – przybywają kiedy Polska rozkwita, odlatują kiedy flaczeje, nasiąka wodą i chłodem. Przed laty bociany z „Misia” odlatywały za morze samolotami LOT-u, a dzisiejsze (jak ten z książeczki „Kto prowadzi” z Wydawnictwa Babaryba) zgodnie z modą na retro rozbijają się oldskulowymi jednopłatowcami. Życie i zwyczaje bocianów są literaturze dziecięcej znane doskonale choćby dzięki „Kajtkowym przygodom” Marii Kownackiej. Dobrze, ale gdzie w takim razie te charakterystyczne ptaki spędzają zimę? Oczywiście w ogrodach kalifa Kasyda. Odpowiedź znaleźliśmy ostatnio w baśni Wilhelma Hauffa zilustrowanej przez Olgę Siemaszko.

Kalif bocian, Wilhelm Hauff, il.Olga Siemaszko, MAW 1983
 
Odlot bocianów, napisał Tadeusz Kubiak, rysowała Barbara Mudryk
Kto prowadzi, tekst i rysunki Leo Timmers, Babaryba
 


Hauff był niemieckim poetą i prozaikiem epoki romantyzmu. Nie wiem czy żył szybko, ale umarł młodo, bo w wieku 25 lat. W swoim krótkim życiu zdążył skończyć studia, pracować jako nauczyciel domowy, ożenić się a także całkiem sporo napisać. Urodził się cztery lata po Adamie Mickiewiczu, w roku 1802 i te cztery lata dzielą także ukazanie się ważnych dzieł obu poetów – w 1822 roku Mickiewicz wydał „Ballady i romanse”, a w 1826 roku Hauff pokazał światu swoje „Baśnie” (wśród nich także „Kalifa bociana” czy w innych tłumaczeniach „Opowieść o kalifie bocianie”). Romantyzm chętnie inspirował się Orientem, żeby wymienić znienawidzonego przez uczniów szkół średnich „Giaura” Byrona – mamy na to wiele przykładów także na naszym podwórku. Co ciekawe całkiem sporo współczesnej twórczości dla dzieci także po motywy orientalne sięgało. W PRL-u dużo się ukazywało takich historii, z pobrzękującą w oddali inspiracją „Baśniami z tysiąca i jednej nocy”. 

„Kalif bocian” to opowieść o intrydze czarnoksiężnika Kasznura, który w sprytny sposób próbuje pozbyć się kalifa Kasyda z Bagdadu (i jego wiernego wezyra Manzara). Ale od razu uspokajam: nie jest to bynajmniej opowieść polityczna, dotycząca walki o władzę, ale baśń wykorzystująca (znany co najmniej od czasów Apulejusza) motyw przemiany człowieka w zwierzę. Tutaj główni bohaterowie zamieniają się (z własnej woli) w bociany. Po przemianie nie można się śmiać – nie można, bo wtedy zapomina się zaklęcia odczarowującego. I oczywiście kalif z wezyrem się śmieją. Skazani na wieczne życie w bocianiej postaci trafiają do opuszczonego zamczyska, gdzie spotykają sowę (będącą przemienioną księżniczką rzecz jasna). Tak się również wspaniale składa, że akurat w tym zamczysku lubi ucztować z innymi czarnoksiężnikami sprawca ich nieszczęścia Kasznur. Niewykluczone, że w czasie uczty może wygadać się jak brzmi zapomniane zaklęcie...


Niesłychane jak wiele udało się Hauffowi pomieścić w tej opowieści. Mamy wątek władzy, przyjaźni, przemiany, podróży i miłości. I przy tym wszystkim dostajemy naprawdę mądrą historię o tym, że nic tak nie pomaga być w życiu mądrym jak krótkotrwała chociaż zmiana perspektywy. Niejeden już król przebierał się za żebraka. Szkoda, że dzisiejsi władcy robią to tak rzadko (tak to jest zawoalowana refleksja powyborcza). Czyta się to dobrze, bo tłumaczenie Adama Galisa (co ciekawe ten zaangażowany komunista tłumaczył głównie literaturę radziecką) jest współczesne i fraza orientalnej baśni nie przesłania tłumaczowi celu głównego, którym jest zrozumiałość tekstu.

Ilustratorka książeczki wydanej przez MAW w1983 roku – Olga Siemaszko – wykonała też ilustracje do wydania Naszej Księgarni z 1958 roku zawierającego cztery baśnie Hauffa (tutaj można zobaczyć). Zatem stworzyła dwa razy w różnym czasie różne ilustracje do tej samej opowieści. Muszę przyznać, że te stare bardziej mi się podobały, były bardziej minimalistyczne. Chociaż i te z lat 80. mają swój niezaprzeczalny, orientalny urok.

Teraz pozostaje tylko czekać na ich powrót. Bocianów oczywiście.

poniedziałek, 26 października 2015

Pracowita jesień (Kartka z przeszłości nr 9)

Proszę Państwa Czytelników! W dzisiejszym odcinku "misiowego" cyklu prezentuję jesienny wiersz autorstwa Danuty Gellnerowej, który ukazał się w 19 numerze "Misia" z roku 1985. Rysował Zdzisław Witwicki. Brrrr.




czwartek, 22 października 2015

Memento mori dla dzieci? („Ignatek szuka przyjaciela” Paweł Pawlak)


Czy można napisać opowieść dla dzieci podszytą śmiercią, ale z pozytywnym przesłaniem? Cóż, z pewnością nie jest to zadanie łatwe, ale na naszym rodzimym gruncie prób takich bardzo brakuje. Tym bardziej ucieszyła mnie nowa propozycja Pawła Pawlaka pt. „Ignatek szuka przyjaciela”. Autorska książka znanego ilustratora ukazała się w Naszej Księgarni. To dobrze, że znalazła się pod skrzydłami tak dużego wydawcy, bo książki dla dzieci rzadko wywołują burzliwe dyskusje – a „Ignatek” ma na to szansę. 


 
Dostajemy tutaj niejako dwie historie: jedną wyrażoną tekstem a drugą ilustracjami. To może najpierw o tekście.

W tej książeczce słowo śmierć nie pada. W ogóle tekst jest krótki, podany co drugą, a nawet co czwartą czy nawet co szóstą stronę. To uniwersalna historia o przyjaźni z założenia niemożliwej. O porozumieniu ponad podziałami. Oto mały szkieletek Ignatek (swoją drogą: fajne imię dla szkieletka) nie posiada jednego zęba, co odbiera mu wiele urody i sprawia, że nie może nawiązać z nikim bliższych relacji. Pewnego dnia przypadkowo widzi jak bezimienna dziewczynka zakopuje swój ząb (jak wiadomo zakopanie zęba wiąże się z wypowiedzeniem życzenia) i prosi, żeby mu go sprezentowała. Dziewczynka początkowo nie chce (życzenie), ale widząc ignatkowe braki w uzębieniu decyduje się mleczaka oddać. W zamian prosi, aby szkieletek pomógł spełnić jej życzenie: znaleźć przyjaciela. I tyle. Tekst mówi o tym jak Ignatek i dziewczynka zostają przyjaciółmi.


Nie ulega wątpliwości, że wiele dodatkowych sensów „Ignatka” przedstawionych zostało na ilustracjach.  Pawlak pokazał tam (wspaniale!) dwa światy: słoneczny i kolorowy świat dziewczynki oraz mroczny i nasycony czernią świat Ignatka. Światy te zestawił, porównał i jednocześnie rozdzielił. Pewnie to zasługa takiego a nie innego głównego bohatera, ale to zestawianie sprawiło, że z kolejnych stron dociera do nas (czytających dorosłych) średniowieczne przypomnienie „memento mori”. Dzieci raczej tego nie dostrzegą, ale ja widzę obrazy prawie jak z „Boskiej komedii”, widzę sceny z średniowiecznej sztuki, „danse macabre” i inspirację modnym kiedyś także w Polsce turpizmem.



Cóż, nie ukrywam, że dla mnie rozdzielność tekst-ilustracje stanowi w tym przypadku problem. Chociaż może źle to nazwałem, nie tyle problem, co pewnego rodzaju rozczarowanie. O przyjaźni czytaliśmy już w dziecięcej literaturze wielokrotnie, natomiast jak wiadomo tematyki śmierci jest w niej (szczególnie w Polsce) jak na lekarstwo (po raz kolejny przypominam ważny post z bloga Maki w Giverny). I chciałoby się taką pozycję wreszcie dostać. Sęk w tym, że ta książka o śmierci expressis verbis nie mówi, nie pomaga wyjaśnić dziecku czym jest umieranie, co się później dzieje bądź nie i jakie wiążą się z tym emocje oraz uczucia. Ignatek jest po prostu (i tylko) literackim bohaterem, małym szkieletkiem, szkieletowym chłopcem, który jeździ zimą na łyżwach po Styksie a jego tato nosi złoto-aksamitną koronę na głowie. Dziewczynka mogłaby się równie dobrze przyjaźnić z jeleniem, kotem czy pajacykiem. Mieliby oni zapewne inne swoje światy, ale zupełnie nie zmieniłoby to tekstu książeczki.

Dla mojego 4-letniego Kostka cały świat, który został przedstawiony tutaj na ilustracjach tworzy zwartą całość, on nie za bardzo rozumie kto to jest szkieletek, nie potrafi stworzonych tutaj wizji niuansować, rozróżniać. Być może dopiero jak będzie starszy – dostrzeże coś więcej. Na razie jednak powiedzieć mogę, że z jednej strony bardzo mi się ta książeczka podoba (szczególnie w warstwie edytorsko-ilustracyjnej), czekałem na taką (nawet niekoniecznie musiała zostać wydana dwa tygodnie przed Halloween i Wszystkich Świętych), z drugiej chciałbym, żeby autor poszedł o krok dalej także fabularnie, znaczy się tekstowo. Trochę szkoda, bo było bardzo blisko.

PS Aha i jeszcze chciałem buńczucznie napisać, że według mnie kościotrupek to nie jest to samo co szkieletek.

wtorek, 20 października 2015

Udani przyjaciele („Pięciu nieudanych” Beatrice Alemagna)


To będzie krótki wpis, bo i książeczka „Pięciu nieudanych” napisana i zilustrowana przez Włoszkę Beatrice Alemagnę a wydana przez Dwie Siostry jest krótka. W porządku, może i krótka, ale bogata w treści do przemyśleń oraz – co warto odnotować na samym początku – przeznaczona dla młodszych dzieci, które jeszcze nie są na tyle wytrzymałe, aby zmierzyć się z sążnistą opowieścią. Moje się przy czytaniu nie nudzą.

Najbardziej cenię w tej historii, że sensu nie schowano jakoś głęboko, ale został ekshibicjonistycznie wręcz odsłonięty. Mnie takiej szczerości niekiedy brakuje w dziecięcych książeczkach, takiego czytelnego pokazania „co autor chciał powiedzieć”. Powtarzam - niekiedy.

W koślawym domu mieszka pięciu nieudanych, żaden z nich nie pasuje do schematu dzisiejszego świata i ciągle wszystko knocą. Ale nadchodzi moment zmiany, a raczej próby. Do ich nieudanego świata przybywa Idealny, który chce pięciu bohaterów zmienić, a kiedy dociera do niego, że zmiana jest niemożliwa skreśla ich i obraża. I wtedy dzieje się rzecz niezwykła – nieudani uświadamiają sobie, że wcale nie są nieudani, ale nietypowi. I w tym tkwi ich siła, są przez to wewnętrznie bogatsi, a na dodatek mają siebie. Są przyjaciółmi. 

Niby to wszystko już wiemy. Że media promują ludzi wyglądających, zarabiających i czujących się idealnie. Że dla dziwactw, niedoskonałości i kompleksów nie ma miejsca w mainstreamie – no chyba, że można na tym zarobić. Wreszcie, że ci idealni w szklanym okienku albo na fotografii w piśmie kolorowym nie zawsze mają idealne życia, bo życie nie polega na byciu idealnym. A już budowanie trwałych relacji w świecie polega na zupełnie czymś innym. I to w zasadzie także już wiemy. My, czyli kto? Dorośli. Ale czy wiedzą to dzieci? Czy potrafią się przebić przez te wszystkie lalki Barbie, tęczowe kucyki, equestria girl, chłopców obdarzonych mocami? I przez Idealnego z długimi różowymi włosami. Wydaje mi się, że wartością książeczki Alemagny jest to właśnie, że pokazuje kawałek prawdziwego życia. Sytuację, w której każdy się (wcześniej czy później) znajdzie. Kiedy będzie musiał wyartykułować przed światem swoje wnętrze.

Przedstawione wydarzenia dzieją się w przestrzeni na wskroś metaforycznej, w świecie pobocznym, podobnym do naszego, ale lekko zniekształconym. Natomiast kolażowe ilustracje w oliwkowej poświacie wprowadzają do tej historyjki spokój, złamany jedynie wściekłym różem Idealnego. Bo to proszę Państwa nie jest opowieść krzykliwa, ale taka spokojna, do przemyśleń. W której wszelka złość na świat ucieka przez dziury w brzuchu.

wtorek, 13 października 2015

Hipochondryczny wodny ciek ("Narzekania rzeki" Katarzyna Turaj-Kalińska)


Szkoda, że mało dzisiaj powstaje tak sprawnie napisanych wierszyków dla dzieci. Wierszyków, w których zabawa słowem nie powoduje zatracenia ogólnego sensu całego tekstu. A takie są właśnie „Narzekania rzeki” Katarzyny Turaj-Kalińskiej (Wydawnictwo Literatura), pisarki doświadczonej, nagradzanej i dla dzieci, niestety, pisującej rzadko.


Wiersz o rzece-hipochondryczce też zresztą zdobył nagrodę im. Juliana Tuwima. Z konkursami i nagrodami to jak wiadomo różnie bywa i nie wiem kto taki laur wierszowi „Rzeka” (taki miał pierwotny tytuł) przyznał, uważam jednak że akurat w tym wypadku patron nagrody jak najbardziej trafiony. Myślę, że poeta z Łodzi mógłby uznać Turaj-Kalińską za swoją uczennicę, która posiadła umiejętność operowania w podobny sposób dowcipem i rymem, nie zatracając przy tym lekkości. Pozornie wydaje się to proste a jednak to sztuka nie lada. Nie rwać długości wersu, nie rymować ze zdrobnieniami, imionami czy neologizmami. I nie wpadać w nielogiczności, aby zachować rym. Wiele takich wierszokleckich grzechów pojawia się w internetowej twórczości dla dzieci, ale są też niestety całkiem powszechne w wydanych książeczkach.


Tymczasem Turaj-Kalińska potrafi tych meandrów uniknąć. Z jednej strony z uśmiechem na ustach czyta się kolejne dwuwersy, które ciekawie prowadzą skojarzenia pojęć hydrologicznych z słownictwem medyczno-chorobowym (często potocznym), z drugiej odbiera się to jako zabawne przypomnienie, że żyjemy w kraju narzekaczy i domorosłych diagnostów chorób, których mógłby nam pozazdrościć sam Woody Allen z Nowego Jorku. Jednocześnie wiersz został napisany według kompozycyjnego pomysłu polegającego na prezentacji porządku pór roku - rzeka po kolei opisuje jakie nieprzyjemności spotkają ją wiosną, latem, jesienią i zimą. 

Jeżeli miałbym wskazać, co mi tutaj trochę zgrzytało to byłoby to zakończenie – bardzo poetyckie, z wszech miar metaforyczne, pasujące raczej do dorosłej twórczości poetyckiej. Nie myślcie, że to jest złe zakończenie – o nie! Po prostu wydaje się wzięte z innego tekstu i dla dzieci (szczególnie tych młodszych) może być trochę niezrozumiałe.

Nie przemawiają też do mnie ilustracje Joanny Zagner-Kołat. Być może nie jestem targetem dla takich rysunków (z jednej strony realistycznych, a z drugiej zdeformowanych w mało harmonijny dla mnie sposób) i oczyma wyobraźni widzę jakby zilustrował taki wiersz Stanisław Zamecznik, Henryk Tomaszewski albo Janusz Stanny. Bardziej powściągliwe ilustracje z pewnością lepiej podkreśliłyby niezaprzeczalną urodę tego wiersza. 

Chciałem zakończyć, tę recenzję stwierdzeniem, że "Na bezrybiu i rak ryba", ale to byłaby nieprawda. Ten wiersz to żaden tam rak - stuprocentowa ryba. Oczywiście rzeczna.

/BW/


sobota, 10 października 2015

Francja elegancja nie tylko dla warszawiaków („Jak bum cyk cyk. Powiedzonka warszawskie” Maria Mroux Bulikowska)


Tę książeczkę wydawnictwa Babaryba polecił mi Pan Czytacz (znając moje zamiłowanie do regionalizmów) abym poznała powiedzenia warszawiaków. Slang taki znam głównie z piosenek Szwagierkolaski, która od 1995 roku śpiewa utwory inspirowane twórczością Stanisława Grzesiuka, nie tylko u cioci na imieninach.

Z książeczki tej dowiedzieć się można kim jest „panienka z marymonckiej mąki”, „cwaniaczek z miodem w uszach”, czy co to znaczy „mieć fiksum dyrdum”. Dla niektórych może być zaskoczeniem, że używane przez nich na co dzień powiedzonka pochodzą właśnie z Warszawy. Taka na przykład "Francja elegancja" dawno już odkleiła się przecież od marymonckich podwórek i wypłynęła w szerokie krainy Rzeczypospolitej Polskiej.


Powiedzonka zebrała, objaśniła i zilustrowała Maria Mroux Bulikowska. Obrazki wiernie pokazują stołeczne miejsca - architekturę , place, ulice. Rozpoznawalny styl ilustratorki Mroux tworzą jednak przede wszystkim charakterystyczne postaci - ludzie o twarzach zwierząt. Bulikowska mieszka, pisze i ilustruje książki w stolicy. Jest rodowitą warszawianką. Zadebiutowała autorską „Małą książką o gwarze warszawskiej”.



Moje dzieci śledzą kolejne strony z zainteresowaniem i chociaż niektóre konteksty tych powiedzonek nie do końca znajdują moją akceptację jako mamy, to uważam, że dobrze, kiedy ze mną odkrywają regionalizmy i fakt, że nawet w ich mikroświecie są różne kultury. Nie zawsze trzeba marzyć o dalekich podróżach, bo i te bliskie mogą być fascynujące. Nawet jeżeli są to, tylko pozornie mało fascynujące, podróże po języku.

 
Ja chodzę na pole, moje dzieci chodzą na dwór. Nie sądzę, żeby jeszcze kiedyś zaczęły chodzić na pole, tak jak ja nie pójdę na dwór (chyba, że w gości), ale fajnie jakby rozumiały dokąd się wybieram. Ta książeczka (oczywiście z odpowiednim rodzicielskim komentarzem) jest w stanie pomóc im to zrozumieć.
A jak będę w Warszawie to z pewnością wybiorę się na Chłodną, wystrojona jak stróż w Boże Ciało i innych na ten spacer literacki również zapraszam.

/KS/

czwartek, 8 października 2015

Daktyloskopia stosowana („Arcypalce” Marion Deuchars)


Pamiętam skąd dowiedziałem się co to znaczy „daktyloskopia” – z obwoluty komiksu o przygodach Kapitana Żbika. Na obwolutach Żbików zamieszczano krótkie teksty dotyczące kulisów pracy Milicji Obywatelskiej i w jednym z numerów napisano o znaczeniu odcisków palców w działaniach MO. Oczywiście nie muszę mówić, że było to dla mnie jednocześnie zaskoczenie i rozczarowanie. Wcześniej kombinowałem, że słowo to może mieć coś wspólnego z jadalnymi daktylami, które zniknęły w znanym wierszu Danuty Wawiłow zilustrowanym przez Edwarda Lutczyna. A ponieważ wtedy marzeniem ściętej głowy były trywialne banany, pospolite cytryny czy powszednie pomarańcze, nie miałem okazji przekonać się jak wyglądają owe tajemnicze zaginione owoce. Oczywiście Lutczyn zgodnie z intencją Wawiłow nie narysował ich w książeczce. Powiem tylko, że drugi raz tak się wkurzyłem dopiero jak Tarantino nie pokazał, co jest w walizce otwieranej przez Johna Travoltę.

A żeby już dokończyć całą tę opowieść dopowiem, gdzie zobaczyłem daktyle-owoce po raz pierwszy... W kinie „Nefryt” w Szklarskiej Porębie, kiedy byłem na projekcji filmu „Indiana Jones i poszukiwacze zaginionej arki”. W obrazie Spielberga pojawiła się małpka, która zjadła zatrutego daktyla. Nie wyglądał zbyt smacznie, tłuste to jakieś było, brązowe. Wniosek z tego taki, że w związku z daktylami i daktyloskopią spotykały mnie dotychczas same rozczarowania. Tym bardziej zadowolony jestem, że kolejne spotkanie przebiegło zupełnie inaczej. Mam na myśli książeczkę „Arcypalce” Marion Deuchars wydaną przez Dwie Siostry

Jest to książka, która pokazuje, że odciski palców przydają się nie tylko detektywom i policjantom. Że nie tylko ujęciu złoczyńców służą, ale mogą służyć także kreatywnej zabawie. Za pomocą takiego odcisku można stworzyć liście na drzewie i ptaki, można założyć własny ogród zoologiczny, można mieć huśtawkę nastrojów... i generalnie można za ich pomocą stworzyć cały świat. Być może myślicie sobie: Ale jak? To niemożliwe! Macie prawo tak myśleć, ale ja zapewniam was – to działa i naprawdę atrakcyjnie wygląda. Nawet się nie spodziewacie jakie będziecie mieć pozytywne wizualnie wrażenia jeżeli pozwolicie dzieciom trochę poodciskać palce na kartkach. Oczywiście jeżeli coś przypadkowo zostanie na stole czy ścianie nie róbcie z tego powodu awantur. I zapamiętajcie prorocze słowa Wassilly’ego Kandinsky’ego (które są zresztą mottem książki Deuchars): Wszystko zaczyna się od kropki.

I kropka. A raczej odcisk palca.

/BW/

 



poniedziałek, 5 października 2015

Misie wychodzą z lasu („Liczę do 100” Magali Bardos)


Fajnie mają dzieci we Francji. Jak się chcą nauczyć liczenia to nie muszą żmudnie rachować jabłuszek w koszyczku, używać jakichś tam liczmanów czy innych zapałek, ale Magali Bardos pisze dla nich książeczkę pt. „Liczę do 100” o misiach, myśliwych, pszczołach, zamkach i blokach, przyjęciu, jedzeniu i Sylwestrze. Jakkolwiek abstrakcyjnie brzmi ten zestaw bohaterów, rzeczy i miejsc (jest ich dużo więcej!) to przedstawiona przez Bardos historia drogi ma swój sens i wewnętrzny rytm. A zaczyna się od tego, że misie opuszczają las, a raczej zostaną z niego przepłoszone (podobnie jak motyle) niecelnymi strzałami z fuzji. Potem biorą udział w Sylwestrowym balu, rozwalą imprezę w bloku, pojadą na wakacje, odwiedzą teatr, a na końcu na zgodę z myśliwymi zjedzą po kawałku piernika i marcepanowej kuleczce. 

W tej książeczce wydanej przez Wydawnictwo Babaryba wszystko może się zdarzyć i wszystko można policzyć, ale nie jest to bynajmniej nudna nauka liczenia. A jak nie chce się liczyć to zawsze można domyślać historie. I zapewne dzieci wymyślą inne, a inne wyjdą z głów czytających dorosłych. To jest właśnie jedna z tych książek, w której  granice pomiędzy niewinną historyjką a psychodelicznym strumieniem świadomości są zadziwiająco płynne. 



Francuska autorka wprowadziła do swojego picturebooka klasycznych (można rzec) baśniowych bohaterów, których postawiła w nieznanych im wcześniej sytuacjach i zaprawiła niesamowitymi ilustracjami – wyszła z tego pozycja niesztampowa. Trochę dziwnie pisać tak o książeczce, która ma uczyć dzieci liczyć, ale jeżeli lubicie się, kolokwialnie rzecz ujmując, „babrać w popkulturze” to będziecie tym wydawnictwem po prostu zachwyceni. Oczywiście pragnę wszystkich uspokoić, że to jest przede wszystkim książka dla dzieci i np. moje bardzo pozytywnie na nią reagują. Matyldzie podobają się kolory, a Kotek liczy wszystkie te koty, kominy, termity i piętra. Reasumując: każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

/BW/

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...