środa, 18 października 2017

Śmierć i co dalej? („Malutki Lisek i Wielki Dzik. Świt”, scenariusz i rysunki: Berenika Kołomycka)


Narzekałem swego czasu dosyć regularnie, że na polskim rynku wydawniczym tak niewiele jest książek skierowanych do najmłodszych i eksplorujących tematykę śmierci, żałoby i związanych z tym niełatwych przeżyć. Dzieci bowiem pytają o to dosyć często i brakowało mi opowieści, po którą mógłbym sięgnąć. Myślałem, że będzie nią książką „Ignatek szuka przyjaciela” Pawła Pawlaka. Cóż, nie była. Okazała się klasyczną historią o przyjaźni z obcym. Ale jak mawiają nadzieja umiera ostatnia, bo oto trafił w moje ręce (i ręce moich dzieci) trzeci album komiksowy Bereniki Kołomyckiej z serii „Malutki Lisek i Wielki Dzik” zatytułowany „Świt”. Poprzednich tomów nie znam, ale ten spełnił wręcz idealnie moje oczekiwania w temacie książka dla dzieci o tematyce eschatologicznej, co istotne – pozbawiona jakichkolwiek religijnych konotacji. A ma jeszcze kilka dodatkowych atutów.



Wielki Dzik i Malutki Lisek docierają na bagna. Jest to miejsce odludne i niezbyt przyjemne, a jednak także tutaj niektórzy potrafią cieszyć się życiem. Na przykład spotkana w podmokłych okolicznościach przyrody larwa jętki, która czeka już długo, żeby przepoczwarzyć się w dorosłego latającego owada i spędzić Najlepszy Dzień Życia (w skrócie NDŻ). Wędrowcy zaprzyjaźniają się z owadem, jednak rano, kiedy temu wyrastają skrzydła i odlatuje w kierunku lasu, mają do niego (szczególnie Lisek) żal, że tak nagle i mało empatycznie porzucił nowych przyjaciół. Lisek i Dzik nie wiedzą jednak, że Najlepszy Dzień Życia jest jednocześnie dla jętki jedynym dniem życia...

Uczynienie jętki bohaterką tej opowieści samo w sobie było już dla mnie sygnałem, że leśni przyjaciele staną tym razem wobec problemu nieuchronności losu każdej żywej istoty. Właśnie ta „jednodniowość” owada szczególnie działała na wyobraźnię. Zresztą także pisarzy, że przywołam choćby jedno z „piórek” Jerzego Sztaudyngera:

Skarżył się człowiek jednodniówce jętce,
Że jego życie mija tak naprędce. 





Berenika Kołomycka przedstawia nam w swoim malarskim komiksie dramat w czterech aktach (dzień, zmierzch, noc, świt), niemal grecką tragedię, z trójką bohaterów, analizującą, przeżywającą w jeden dzień, w jednym miejscu, ale na różne sposoby sprawy związane z życiem i śmiercią. Najważniejszym bohaterem jest tutaj Lisek – to on poczuł do jętki sympatię, on najbardziej zawiódł się, kiedy bez słowa odleciała i to on wreszcie przeżywa traumę po jej śmierci, dociera do niego nietrwałość i ulotność życia, chce go pogrążyć Cień Smutku. Ostoją jest dla niego Dzik, który potrafi w prostych słowach pocieszyć przyjaciela: „Lisku, spójrz, nasze życie jest jak te listki na rzece. Jeden listek będzie płynął powoli, a inny spłynie raptownie i szybko, ale oba są piękne, gdy tak dryfują…”. Ale nie można zapominać także o jętce, której krótkie życie stanowi metaforę życia w ogóle. Przecież każde życie jest krótkie – zależy tylko z czym jego długość zestawimy. Berenika Kołomycka prowadzi swoich czytelników za rękę, dokładnie tłumaczy uczucia bohaterów, daje czytelne i wyraźne recepty. Według mnie komiks świetnie spełnia swoje zadanie jako adresowany do młodszych czytelników.

Oczywiście nie twierdzę, że każdy kto przeczyta (i pokaże! – warstwa graficzna jest tutaj niemniej ważna od tekstowej) dziecku historię Liska i Dzika od razu ma z głowy wyjaśnienie czym jest śmierć. Ale mi i moim dzieciom to wydawnictwo z pewnością bardzo przyda i nieraz będziemy do niego wracać.

/BW/

piątek, 13 października 2017

Zestaw startowy do każdego domu („Wanda Chotomska dzieciom”, ilustracje: Artur Gulewicz)


Oto zbiór, który powinno się mieć w domu. Jeżeli z twórców literatury dziecięcej toleruje się na półce Konopnicką, Brzechwę oraz Tuwima to Chotomska koniecznie musi do nich dołączyć! Bez niej polska literatura dla dzieci - ta, którą dzisiaj znamy, jak również ta, która dzisiaj powstaje – wyglądałaby zupełnie inaczej. Czego się dotknęła to zmieniała w literackie złoto. Pisała poezję, prozę, piosenki i sztuki teatralne i w każdym gatunku czuła się jak ryba w wodzie. Zbiór „Wanda Chotomska dzieciom” to taki niezbędnik, podstawowy zestaw startowy pokazujący ogromne pisarskie umiejętności Chotomskiej i jej niezwykłą wyobraźnię. W książce obok klasycznych już wierszy (np. „Gdyby tygrysy jadły irysy”, „Hipopotam”, „Ślimak” czy „Bańkowice Mydlane”), znajdziecie kilka poetyckich cykli („Czterech panów i Mikołaj”, „Tańce”), teksty teatralne albo raczej teatrzykowe („O rety, ety, lecą kabarety”), piosenki („Śpiewańce”) i teksty prozą („Panna Kle-Kle”, „Leonek i lew”, „Kogutek”).


Tę książkę można poznawać i czytać na różne sposoby i jak to zwykle ze zbiorami – utwory pomieszczone razem, zestawione obok siebie odbiera się zupełnie inaczej. Dostrzega się podobieństwa, których wcześniej się nie widziało, obserwuje jak poetka próbuje różnego metrum, różnych sposobów rymowania – są to małe, ciekawe odkrycia oraz (dla starszych czytelników) sporo wspomnień, ponieważ teksty pochodzą z różnych lat. Tylko trochę szkoda, że nigdzie nie ma informacji o datach ukazania się konkretnych zbiorów czy wierszy. Książka w tym wydaniu po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w roku 2011. Dobrze, że teraz kiedy Wandy Chotomskiej nie ma już wśród nas – tak szybko ją wznowiono. 



W recenzji nie będę się jednak odnosił do całości tego tomu. Jest w nim dużo wspaniałości i tego nie trzeba udowadniać. Chciałbym tylko napisać o niedługim opowiadaniu Chotomskiej z 1976 roku zatytułowanym „Leonek i lew”. Ukazało się z dopiskiem „opowieść” – pisarka często powoływała się na ten gatunek-niegatunek. Przyznaję - nie czytałem wcześniej „Leonka i lwa”. Nie jestem w temacie literatury dla dzieci alfą i omegą, nigdy być nie zamierzałem i nie zamierzam. Całkiem często oczywistości dla bardziej oczytanych w temacie są dla mnie odkryciami. I w sumie to cieszę się, że mogłem przeczytać historię Leona z moim dzisiejszym czytelniczym doświadczeniem. Gdybym poznawał ją w dzieciństwie pewnie nie zdołałbym dostrzec wszystkich niuansów, walorów i smaczków tego opowiadania, które sprawiły że po lekturze potocznie mówiąc „rozdziawiłem gębę”.

Zofia Beszczyńska we wstępie do zbioru cytuje słowa Chotomskiej:
„Niektórzy mówią, że dla dzieci trzeba pisać tak, jak dla dorosłych, tylko lepiej. A ja myślę, że dla dzieci trzeba pisać tak, żeby dorośli nie nudzili się przy czytaniu!”.
Wspaniała deklaracja! Można takie usłyszeć dosyć często od twórców literatury dla dzieci. Jednak nie zawsze (jako dorosły czytelnik i czytacz) mogę się zgodzić, że ten szczytny (i diabelnie trudny) został osiągnięty. Chotomskiej się to udało. Oczywiście nie tylko w opowiadaniach.

„Leonek i lew” to wzorcowy przykład jak napisać niedługie, lecz emocjonujące opowiadanie. Najpierw może o formie. Wykorzystywanie przez autorkę krótkich zdań, często równoważników sprawia, że tekst jest niezwykle dynamiczny. Posuwa się rytmicznie niczym kroki stawiane na miejskim bruku, bo to jest także opowiadanie o wędrówce: po mieście, ale też w głąb siebie, o podróży i dojrzewaniu. Do tego w tekst wplecione zostały wiersze – rzecz jasna zrymowane po mistrzowsku. 


Głównym bohaterem jest Leon, chłopiec ze wsi, który przyjechał do wielkiego miasta w odwiedziny do wujka. Wujek ma kolegę w cyrku, niejakiego Wacka, z którym służył w wojsku. Ma też wyjątkowo wrednego, „cwaniackiego” syna Waldka, którego wybryków nie zauważa, a słów przez niego wypowiadanych nie słyszy. Bardzo ważnym bohaterem jest tutaj także lew. Lew w kilku postaciach. Jako zwierzę zamknięte w klatce (oglądają go dzięki uprzejmości Wacka), jako rysunek na placu i wreszcie jako część charakteru Leona, który ma lwie imię. Każda z tych kreacji ma swoją rolę do wykonania w tym opowiadaniu, które zresztą nie zawiera żadnych zbędnych słów. Każdy dialog, każdy opis prowadzi do tego, co wydarzy się w ostatniej scenie na placu. Wszystko, od słów pana Wacka do słów dziewczynki rysującej biedronkę, to zapowiedź przemiany Leona z przestraszonego „wsioka” w obrońcę sprawiedliwości i prawdy. To opowiadanie zbudowane na motywie przemiany, ale też na przeciwieństwach: miasto-wieś, tchórzostwo-odwaga, słońce-deszcz. Wszystko się tutaj dopina, pasuje, siedzi na swoim miejscu. Staranna, koronkowa robota. Jeżeli nie znacie „Leonka i lwa” to naprawdę polecam lekturę tego opowiadania. Podobnie zresztą jak całej reszty tego świetnego zbioru.

/BW/


wtorek, 10 października 2017

Tato w czarnym hełmie („DobraMOC Vaderze”, „Vader i przyjaciele”, „Darth Vader i syn”, „Vader i córeczka”, tekst i rysunki: Jeffrey Brown)


Zapada zmrok. Gaśnie większość okien na Gwieździe Śmierci. Usypiają szturmowcy wpatrzeni w kosmiczną przestrzeń. Tylko lord Sithów, Darth Vader, jeszcze nie śpi. Właśnie siada przy łóżku swoich dzieci Lei i Luke’a i zaczyna opowiadać im bajkę na dobranoc...


Trudno to sobie wyobrazić? Przecież wszyscy pamiętamy, że odziany na czarno bohater Star Wars nie należał do osobników prorodzinnych i kwestia wychowania dzieci była mu, łagodnie rzecz ujmując, obca. No, ale trzeba również przyznać, że o swoim potomstwie nie wiedział... A gdyby wiedział – to jakim byłby ojcem?

Odpowiedzi na to karkołomne pytanie próbuje udzielić Jeffrey Brown. Przedstawia alternatywną historię SW, która nie różni się wiele od tej, którą znamy. Zmienia się w zasadzie tylko to, że Vader ma przy sobie dzieci. Musi się nimi zajmować i je wychowywać. Oprócz tego wciąż jest bezwzględnym dowódcą Gwiazdy Śmieci, kumplem Imperatora i przeciwnikiem rebelii. Wiem, że brzmi to wszystko trochę mało sensownie (choćby kwestia, która pozostaje tutaj trochę w zawieszeniu: czy można być złym i dobrym jednocześnie?) – a jednak sprawdza się! To jest naprawdę pierwszorzędna zabawa. I to zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Oczywiście przydałoby się jeszcze być choćby umiarkowanym fanem sagi...



„Vader i córeczka” oraz „Darth Vader i syn” (tutaj w postaci zestawów 30 pocztówek, chociaż dostępne są też normalne książeczki) zawierają scenki z życia czarnego lorda i jego dzieci. Na każdej stronie znajdziemy jeden kadr. Siła tych jednostronicowych komiksów polega na tym, że jednocześnie są to sytuacje znane każdemu rodzicowi dzieci małych oraz dorastających i odwołujące się do fabuły sagi, często przetwarzające kultowy sceny i cytaty. Trudno się nie uśmiechnąć widząc jak Leia do wypracowania na temat „Zawód rodziców” pyta Vadera: „Tato, a czym ty się w ogóle zajmujesz?” albo jak Vader podwożąc córkę pod samą szkołę pojazdem AT-AT robi jej obciach.

W „Vader i przyjaciele” obserwujemy perypetie Vadera wychowującego dzieci, ale na stronach pojawia się więcej dodatkowych postaci. Znowu - każda strona zawiera jedną scenkę.




Wreszcie „DobraMOC Vaderze” zawiera bajkę opowiadaną przez Dartha na dobranoc dzieciom. Wierszem! Bajka dotyczy sagi SW, a dokładniej jej bohaterów, którzy udają się lub udali na spoczynek. Lektura vaderskiego wiersza (jeden wers – jedna strona) pozwala nam przypomnieć sobie wszystkich bardziej charakterystycznych bohaterów sagi. Rymy są raz lepsze, raz gorsze, ale to raczej kwestia przekładu. Niemniej starłorsowy wiersz zasługuje na przywołanie chociażby w charakterze ciekawostki. A moje dzieci zaśmiewały się chwilami do rozpuku.



Na koniec mam tylko jedną wątpliwość, którą powyżej można było wyczytać co najwyżej między wersami – czy książki te skierowane są bardziej do dzieci czy dorosłych? Przede wszystkim zawarty w nich humor rozumie się dużo lepiej znając wydarzenia z filmów SW. Jeśli jednak miałbym wskazać główną grupę docelową to wskazałbym na dorosłych. Brown opisuje tutaj doświadczenia rodziców (szczególnie ojców) w wychowywaniu dzieci. Dla dzieci większość tych aluzji i sytuacji będzie po prostu niezrozumiała. I na koniec mała rada: jeśli nie wiecie co kupić w prezencie świeżo upieczonemu tacie (na dodatek sfiksowanemu na punkcie SW) to książeczki „Vader i syn” oraz „Vader i córeczka” na pewno będą świetnym prezentem.

/BW/




niedziela, 8 października 2017

"Miasto i las", wystawa na Łódź Design Festival, 3-8 października 2017 roku


Ptaków ci w książkach dla dzieci ostatnio dostatek, ale teraz będzie o wystawie. I to nie tylko o ptakach. Skojarzenia z salą wypełnioną eksponatami, do których podchodzi się po kolei i kontempluje z nabożną czcią -  jak najbardziej nieuzasadnione! Eksponatów niewiele, a za to jest plac zabaw i interaktywna książka wypełniona fajnie podaną wiedzą. Dla dzieci i dla dorosłych. 

„Miasto i las” – tak nazywa się ta wystawa, a oglądaliśmy ją (i wypróbowywaliśmy!) na Łódź Design Festival. Cytując wydawnictwo towarzyszące „opowiada o dzikich zwierzętach żyjących w mieście. Często mieszkają tuż obok nas, a my nie zawsze o tym wiemy. Czy zastanawialiście się gdzie i jak mieszkają? Co jedzą i jakie mają zwyczaje? Na wystawie poznacie ptaki, ssaki i owady. Zobaczycie budki lęgowe i karmniki. Zamienicie się w dzikie zwierzęta i wykonacie szereg trudnych zadań”. Szkoda, że impreza w Łodzi się kończy i wystawa także, więc polecam, ale w zasadzie trochę w próżni. Chociaż pokazywano ją na kilku imprezach związanych z dizajnem (Reykjawik, Gdynia, Sztokholm, Stalowa Wola, zamek Cieszyn), więc może zawita i do waszego miasta? Warto mieć na nią oko.
Starannie zaprojektowana i obmyślona - kolorystyka, liternictwo, logotypy, identyfikacja wizualna, rysunki, tkaniny, desenie, wszystko wplecione w zabawę i zachętę do nauki… Dzieciom podobało się bardzo. Nie byliśmy tam długo, nie zdążyliśmy wykonać zadań, wszystkiego dobrze przeanalizować, co najwyżej liznęliśmy. Ale…

Zaskoczeniem była dla mnie towarzyszące wystawie wydawnictwo. Nie klasyczny katalog. Raczej książka interaktywna, z zadaniami i informacjami o zwierzętach, dokarmianiu i lęgowych budkach. Doskonała pomoc edukacyjna i na dodatek rzecz pięknie, choć przede wszystkim funkcjonalnie, zaprojektowana. Z pewnością przyda się nam i wielu znajomym (wzięliśmy 4 sztuki!). Polecam szanownym wydawnictwom zwrócenie na nią uwagi. Wydaje mi się, że wystarczyłoby kilka kosmetycznych przeróbek oraz uzupełnień i byłaby świetna książka o miejskich zwierzętach. 

A poniżej informacje o twórcach wystawy i zdjęcia.

Organizator: Łódź Design Festival, „Wilk” Otwarty Klaster Designu, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli Kurator: Ewa Solarz Scenografia: Ewa Bochen i Maciej Jelski, Kosmos Project Grafika: Małgorzata Gurowska Projektanci: Agnieszka Bar, Marta i Lech Rowińscy / Beton, Anna Łoskiewicz-Zakrzewska, Zofia Strumiłło-Sukiennik, Krzysztof Benke, Tomasz Korzewski / Beza Project, Asia Piaścik / Dingflux, Marta Niemywska-Grynasz, Dawid Grynasz, Małgorzata Ćwiek / Grynasz Studio, Monika Brauntsch / Kafti, Ewa Bochen, Maciej Jelski / Kosmos Project, Anna Szuflicka, Agata Kulik-Pomorska, Paweł Pomorski / Malafor, Marcin Pogorzelski / Mapog, Liliana Krzycka i Rafał Pieszko / Menthol Architects.



 










środa, 4 października 2017

Urocza ramotka („Coś ci powiem, Stokrotko...”, tekst: Mira Jaworczakowa, ilustracje: Hanna Krajnik)


To już chyba taka chwila, w której trzeba powiedzieć wprost, że książka dla dzieci wydana w roku 1962 powstała w bardzo, bardzo zamierzchłej przeszłości. Czy Stokrotka nie mogłaby być przykładowo koleżanką jakiejś XIX-wiecznej bohaterki z książek dla dzieci? Wielu z was zapewne krzyknie: Never! Świętokradztwo! Ale założę się, że niejeden mały czytelnik dałby temu wiarę. A byłoby to możliwe także dlatego, że książka Jaworczakowej jest w zasadzie wolna od bezpośrednich nawiązań do sytuacji politycznej kraju, w którym powstała. Nie znajdziecie w niej nachalnej propagandy, ale za to sporo oldskulowego czaru i jakże niewinny obraz przeszłości, także tej doświadczanej w szkolnych murach... 


Książka została przez Jaworczakową napisana w okresie gomułkowskiej „małej stabilizacji”, kiedy wszyscy udawali, że żyją w normalnym kraju i mają jedynie codzienne problemy. I taka właśnie jest „Stokrotka” – rozpisana na kilkadziesiąt kawałków opowieść o dziewczynce z Krakowa, która zaczyna chodzić do szkoły. Wydawnictwo Nasza Księgarnia zdecydowało się ją wznowić, co może być sygnałem, że takie urocze ramotki (jest to określenie w 100% pozytywne!), w których bohaterowie chodzą na pauzę, korzystają z kałamarzy, a w szkolnej klasie stoi piec kaflowy są dzisiaj potrzebne. „Stokrotka” z pewnością będzie miłym wspomnieniem dla babć, które przeczytają tę książkę swoim wnukom. Pytanie czy przedstawione w niej wydarzenia zainteresują najmłodszych?

Mała Stokrotka zaczyna chodzić do szkoły. Początki są dla niej trudne, ale pomaga jej wierny przyjaciel, mały pluszak Misiaczek, z którym dziewczynka rozmawia, spiera się, prosi o rady. Stanowi dla niej nawet coś w rodzaju sumienia – zawsze wskazuje jej tę właściwą drogę, którą powinna pójść. Oprócz tego spotykamy tutaj jej lekko irytującą siostrę Krysię, ojca czytającego gazetę i gromiącego córkę, gdy zapomni literki w wyrazie i mamę zajmującą się domem, która aby jej córki poszły do wesołego miasteczka, rezygnuje z odwiedzenia wystawy w galerii. Do tego są oczywiście uczniowie, koleżanki i koledzy Stokrotki.



Świat tej książki jest tak spokojny, a problemy w niej poruszane tak niedzisiejsze, że wręcz powinno się zalecać czytanie jej zamiast uspokajających ziółek. Z drugiej strony jest to też świat o bardzo tradycyjnym podziale ról i pod tym względem brzmi trochę anachronicznie. Podziwiam styl Jaworczakowej, która potrafi zamknąć historyjkę na trzech, a bywa że dwóch stronach (a czcionka spora!). Oj niejednej dzisiejszej pisarce czy pisarzowi lekcja takiej dyscypliny bardzo by się przydała...

Dużo tutaj realiów codziennego życia w Polsce gomułkowskiej – z lekkim uśmiechem i pewnie trochę niewesołą refleksją, a propos teraźniejszości, czytamy opowieść o tym jak Stokrotka idzie do Ani obejrzeć pierwszy raz w życiu dobranockę w telewizji. Dziwimy się uwielbieniu jakie okazują uczniowie Marii Kownackiej, autorce „Plastusiowego pamiętnika”, która przychodzi na spotkanie do ich szkoły – dzisiaj z podobną estymą traktowani są wszelkiej maści celebryci, wokaliści czy serialowi aktorzy. Wtedy była to autorka książeczki dla dzieci... O tempora, o mores!


Jest to też książka o życiu dziecka w dużym polskim mieście w latach 60. Wtedy takie miejsce akcji nie było jeszcze zbyt często eksplorowane. Czytelnicy przyzwyczaili się do tego, że czołowe autorki dziecięce jak Maria Konopnicka, Janina Porazińska czy występująca w tej książce osobiście Maria Kownacka, raczej z motywów wiejskich, rustykalnych uczyniły znak rozpoznawczy swoich utworów. Jednak także u Jaworczakowej znajdziemy jeszcze sporo postaci z miedzy i z pól – krasnoludki, skrzaty, Nuda-Maruda (eh czasy kiedy można było tak prosto o tym napisać!) czy Baba Jaga. Dzięki postaci Misiaczka książka ma też lekko dydaktyczny wydźwięk, ale nie jest to zbyt nachalne. Wrażenie robi też okładkowy portret Stokrotki stworzony przez Hannę Krajnik.

Ogólnie miły powrót do przeszłości, który z pewnością warto sobie zafundować, nie za bardzo przywiązując się do tego świata, którego już nie ma i nie będzie. Trochę szkoda i trochę dobrze.

/BW/

sobota, 30 września 2017

W oparach psychodelii i absurdu („Agnieszka Osiecka dzieciom” teksty: Agnieszka Osiecka, ilustracje: Elżbieta Wasiuczyńska)


Agnieszka Osiecka znana jest wszem i wobec przede wszystkim jako autorka tekstów piosenek, chociaż uprawiała wszystkie chyba możliwe rodzaje pisarstwa. Pisała powieści, wiersze, wspomnienia, dzienniki, scenariusze, sztuki teatralne. Tworzyła także dla dzieci. Nasza Księgarnia właśnie wznowiła zbiór jej utworów skierowanych do najmłodszych, który po raz pierwszy ukazał się w roku 2011. Jednak gdy weźmiemy go do ręki, a w głowie pobrzmiewać nam będą wersy znamienne, rymy dźwięczne i metafory celne, które tyle razy słyszeliśmy w eterze, to możemy się srogo zawieść. Autorka „Szpetnych czterdziestoletnich” w swojej twórczości dla dzieci w zasadzie nie bywała poetką. Pisała przede wszystkim prozę i to dosyć specyficzną. Zbiorczy tom przypomina ten mniej znany rozdział jej twórczości (chociaż Daniel Passent tłumaczy we wstępie, że to rozdział niezwykle dla pisarki ważny). Zostawmy jednak te dywagacje i zadajmy pytanie podstawowe: czy to się w ogóle da dzisiaj czytać dzieciom?


Zanim spróbuję udzielić odpowiedzi na to pytanie krótko opiszę, co znajdziemy w zbiorze. A zatem umieszczono w nim następujące utwory: „Dzień dobry, Eugeniuszu” (1969) o glinianym ptaszku, który powstał w Szwecji, ale trafił do Polski – w tej historii Osiecka przemyca wiele akcentów autobiograficznych (umieszcza nawet siebie); „Dixie” (1972) o samochodzie, który zabiera dzieci w podróż po niezwykłych krainach, tutaj znajdziemy także sporo odniesień do współczesnych autorce realiów z jazzowym klimatem na czele; „Wzór na diabelski ogon” (1974), gdzie pisarka wykorzystuje schemat opowieści ze szkolnej ławy i do mocno absurdalnych opowieści o lekcjach fizyki wkłada prawdziwe podręcznikowe regułki (wyróżnione innym fontem); „Panoflisko” (1975), w którym śpiewająco przedstawiła łańcuch pokarmowy; „Szczególnie małe sny” (1986) są o dziewczynce, która musi nosić okulary przez co śmieją się z niej w szkole do czasu, gdy optyk, wujek Edek, wymyśla sposób jak przezywaniu zaradzić i wreszcie „Ptakowiec” (1988) historia samolotu, który kiedyś był ptakiem i na którego czyhają marsjańskiej koty. Zbiór uzupełniają dwa utwory liryczne (każdy na stronę), przypominające formą piosenki: „Zaszumiało jesienią” (1984) i „Kolęda myszki” (1985). 


Przyznaję, że nie miałem wcześniej kontaktu z utworami dla dzieci Agnieszki Osieckiej i ich lektura stanowiła dla mnie zaskoczenie. Z czym w ogóle można je porównać? Jest to proza trochę mrożkowska, lekko absurdalna, oparta na wolnych skojarzeniach i zapętlających się powtórzeniach. Osiecka nie lubi opowiadać linearnych historii, raczej stawia na swobodne „dzianie się”. Przy tym wszystkim, co warto podkreślić, prawie zupełnie brak w tych utworach dydaktyki, ale afiszują za to dużą wolność działania i myślenia. W fabułach można dostrzec realia PRL-u w krzywym zwierciadle. W ogóle czytając miałem wrażenie, że autorka traktuje dzieci jako małych dorosłych. I czuć, że pisanie dla najmłodszych stanowi dla niej taki rozrywkowy przerywnik, miejsce gdzie może wymyślić i opowiedzieć wszystko.

Jej opowieści zaludnia mnóstwo dziwnych postaci (autorka szczególnie lubi ptaki), a świat w którym rozgrywają się wydarzenia nierzadko wydaje się jakby powstał pod pędzlem Salvadora Daliego. Przedstawiona wizja świata rzadko kryje w sobie coś więcej niż tylko radosną zabawę, ewentualnie ironiczną aluzję do rzeczywistości PRL-u. Nawet jak Osiecka chce dać morał i przykładowo w „Pantoflisku” zachęca do jedzenia warzyw to wypada to jakoś blado i mało przekonująco. A jak chce dodać szczyptę dydaktyki we „Wzorze na diabelski ogon” to wydaje się ona dołączona trochę sztucznie i na siłę.


Mam trochę zgryz z tą książką - chwilami czyta się ją naprawdę ciężko i monotonnie, bo jak wspomniałem Osiecka uwielbia powtórzenia i wprowadzanie nowych bohaterów o fantazyjnych (lub nie) imionach. A trzeba dodać, że jej teksty nie są długie, więc te postacie, jak to było w starym hiciorze Lombardu, zjawiają się i znikają. Z drugiej strony jest w tym pisaniu jakaś radość tworzenia, czuć w nim lekko pokręconą, psychodeliczną i hippisowską wyobraźnię (szczególnie w pierwszych utworach) – nigdy do końca nie wiadomo, w którą stronę potoczą się wydarzenia, gdzie nagle skręci akcja i co z tego wszystkiego wyniknie. Jeżeli ktoś lubi takie klimaty to będzie w siódmym niebie.

Reasumując mam jednak nieodparte wrażenie, że taki styl i sposób snucia opowieści trąci już trochę myszką. Czuć w tych tekstach upływ czasu, jeżeli jednak spytacie czy warto sięgnąć po tę książkę to odpowiem: oczywiście, że tak. Chociażby po to, żeby samemu się przekonać.

/BW/

wtorek, 26 września 2017

Sznurowadła nie takie straszne („Wiąż, ile chcesz, Albercie” tekst i ilustracje: Gunilla Bergström)


Jak to dobrze, że istnieje Albert... Trudno mi wskazać drugiego bohatera w wieku przedszkolnym, którego przygody byłyby opisane za pomocą tak prostych słów i jednocześnie niosłyby tak głębokie i zmuszające do myślenia treści. Nawet ilustracje stworzone przez autorkę są z jednej strony czytelne dla każdego, ale jednocześnie posiadają indywidualny rysunkowo-kolażowy sznyt. Pamiętam wrażenie jakie wywarł na mnie „Albert i potwór”, książka pokazująca jak rodzi się w człowieku zło, albo „Czy jesteś tchórzem Albercie?”, w którym chłopiec postanawia, że będzie pacyfistą i nigdy nie weźmie udziału w bójce. Sytuacje, za pomocą których autorka prezentuje te, niełatwe przecież, problemy są jednak tak pomysłowe i bezpretensjonalne, że wypada tylko napisać: chapeau bas. Ale seria Gunilli Bergström nie porusza tylko problemów pierwszej wagi. Są części traktujące o najzwyklejszych elementach naszej codzienności. Przynajmniej pozornie. Bo tak naprawdę trudno wskazać w życiu przedszkolaka czytelną granicę między tym, co pierwszej wagi, a tym co najzwyklejsze...
 


Wydana właśnie w Polsce część pt. „Wiąż ile chcesz Albercie” te dylematy potwierdza. W Szwecji ukazała się w roku 1988. Celowo podałem rok, bo historyjka dotyczy zaniedbywanej ostatnio wśród dzieci umiejętności wiązania kokardek. Albert ma tym razem 5 lat i właśnie nauczył się wiązać. Postanawia więc swoją nową umiejętność wykorzystać w praktyce i obwiązuje cały dom, żeby przygotować niespodziankę dla mających go odwiedzić przyjaciół. Tata mu pozwala, bo jest dumny z synka. Czy tego wiązania nie jest jednak trochę za dużo?



W 1988 roku wiązanie (szczególnie butów) było jeszcze czynnością podstawową i niezwykle istotnym etapem rozwoju każdego dziecka. Wcale się nie dziwię, że tato Alberta odetchnął z ulgą... Tylko czy dzisiaj, w dobie rzepów i butów wsuwanych, czynność ta jest jeszcze dzieciom potrzebna? Pewnie. I przychodzi taki czas, że trzeba dziecko tego nauczyć. Nowa część przygód Albert może stanowić do tej nauki sporą zachętę. Po naszym kilkakrotnym wspólnym czytaniu Kostek od razu przystąpił do ćwiczeń. Więc tak: niby o wiązaniu kokardek, ale o czymś jeszcze. Na przykład o granicach wolności jakie dajemy dziecku. A nawet o tym, że po zabawie trzeba posprzątać. To są właśnie takie książki – niby proste, ale wciąż prowokujące do pytania i myślenia.

/BW/

środa, 20 września 2017

W świecie Ireny („Nieja i ja” tekst: Antonina Kasprzak, ilustracje: Katarzyna Bukiert)


W debiutanckiej powieści Antoniny Kasprzak (Wydawnictwo Bis) poznajemy historię nieśmiałej i niezbyt popularnej w szkolnym towarzystwie Irenki, mieszkającej z babcią i matką w starym domu, w nienazwanym miasteczku. Ojciec wyjechał do Anglii i nie wrócił, co skutkuje tym, że o bohaterce, za jej plecami, mówi się „eurosierota”. Problemy rodzinne i problemy z akceptacją w szkole (do których dochodzi jeszcze wydawałoby się drobny i nieuzasadniony, ale jakże istotny dla akcji, zarzut matki oskarżającej córkę o wyjedzenie... musztardy) powodują, że w życiu dziewczynki pojawia się jej mniejszy i charakterystycznie ubrany awatar o imieniu Nieja (na pytanie mamy kto zjadł musztardę, bohaterka opowiada „Nie ja” i tak powołuje tę maleńką istotę do życia). Nieja oprócz tego, że jest dobrą towarzyszką zabaw zna kilka magicznych sztuczek – na przykład potrafi podróżować w czasie. Tymczasem koło domu zaczyna kręcić się podejrzany typek, antykwariusz Szymon Panek (hmm, to już druga ostatnio czytana przeze mnie książka, po powieści Artura Pacuły, gdzie czarnym charakterem jest antykwariusz), który ma chrapkę na ukryte gdzieś w pobliżu pamiątki po prawujku Irenki – Zbyszku, przedwojennym podróżniku. W tym celu wkrada się w łaski mamy Ireny. W historii tej pojawia się jeszcze siostrzeniec antykwariusza Franek, który staje się przyjacielem głównej bohaterki i pomaga jej w poszukiwaniach skarbu. Nic jednak nie udałoby się tutaj bez Niei i jej umiejętności przenoszenia się w czasie...


Debiut Antoniny Kasprzak jest dla mnie przykładem książki trochę przeładowanej pomysłami. W rezultacie czytając ją wydawało mi się, że to co najmniej cztery książki w jednej (co przy tej objętości nie jest czytelniczo zbyt komfortowe). Po pierwsze jest to więc książka o wymyślonym przyjacielu (tutaj przyjaciółce). Po drugiej jest to książka o podróży w czasie. Po trzecie jest to książka przygodowa z lajtowym wątkiem detektywistycznym. I po czwarte jest to książka przywołująca problemy dzisiejszych dzieci (np. emigracja zarobkowa rodziców czy uzależnienie od programów telewizyjnych). Oczywiście rozumiem, że w pierwszej książce chciałoby się napisać o wszystkim, jednak pewna selekcja pomysłów, w mojej opinii, tej książce by się przysłużyła. W rezultacie po lekturze najbardziej zapamiętałem motyw podróży w czasie - miałem nawet skojarzenia z dawną powieścią Marii Kruger „Godzina pąsowej róży”. Ten rys „staroświeckości” jest zresztą w „Nieja i ja” wyczuwalny. 




Nie można też zaprzeczyć, że autorka operuje w swojej powieści znanymi, często bardzo wyeksploatowanymi przez literaturę młodzieżową i dziecięcą motywami (część z nich wymieniłem powyżej). Widać, że dobrze czuje takie pisanie, jednak uważam, że nie zdołała wypracować jeszcze swojego indywidualnego głosu. Jej debiutancką książkę określiłbym jako zręczną zabawę schematami. I zdecydowanie lepiej idzie jej odrealnianie, nasycanie baśniowością, a gorzej pisanie o realiach bo np. taki wątek związku mamy Irenki i antykwariusza od początku jawił mi się jako mało prawdopodobny. Pomijam już nieczyste intencje mężczyzny, ale przedstawienie kobiety jako bezwolnego narzędzia w rękach pierwszego lepszego (tak to wygląda) trochę chyba przeczy temu jak wygląda dzisiaj świat? Przynajmniej jak ja ten świat widzę...

I cóż mogę jeszcze napisać? Czekam na kolejną książkę.

/BW/



piątek, 15 września 2017

Padawani wracają do szkoły („Akademia Jedi. Nowa klasa” tekst i rysunki: Jarrett J. Krosoczka)


Kilka tygodni temu pisałem na blogu o komiksie Jeffreya Browna „Akademia Jedi”. Autor narysował trzy części AJ (czyli można powiedzieć, że ukończył swoją własną, klasyczną trylogię) po czym odleciał w inne rejony Galaktyki i mam nadzieję, zobaczę go jeszcze w innej, nie „starłorsowej” odsłonie. Rynek jednak nie znosi próżni i oto pojawiła się kontynuacja interesującej serii Browna, sygnowana przez Jarretta J. Krosoczkę. Czy „Nowa klasa” (Wydawnictwo Ameet) jest tym dla trylogii Browna, czym było „Mroczne Widmo” dla klasycznej trylogii SW – a więc nie najlepszej jakości naśladownictwem? Na szczęście nie jest.


Akcja toczy się w znanej nam tytułowej szkole, w której dalej uczy długowieczny mistrz Yoda. Jednak oprócz zielonego, pomarszczonego mędrca reszta bohaterów została zupełnie wymieniona (chociaż kilku nauczycieli można było ocalić...). Wiem, że Krosoczka chciał opowiedzieć tę historię po swojemu, ale jest to trochę wyważanie otwartych drzwi...

Główny bohater tym razem nazywa się Victor Starspeeder. Chłopiec zostaje wybrany ze względu na „wrodzoną umiejętność władania mocą” i trafia do szkoły, gdzie uczęszcza już jego siostra Christina (na terenie akademii udaje, że nie zna brata). Na miejscu od razu nawiązuje znajomość ze starszym od niego Zachem (wyglądającym jak wzorowy rycerz Jedi) i nabiera podejrzeń wobec kolegi z klasy Artemisa (zakapturzonego niczym podejrzany Sith). Victorowi wpada też w oko Maya, dziewczyna która jak na złość, nie zwraca na niego uwagi...



Znowu dostajemy zatem historię osadzoną w szkolnych realiach, ubraną w kostium Star Wars – i tutaj Krosoczka wiernie podąża drogą Browna. Podąża nią także tworząc elementy dodatkowe – strony z pamiętnika, plany lekcji, strony z „Obserwatora Padawańskiego”, krótkie komiksy nawiązujące do Fistaszków. Jednak zestawiając szkolne przygody Victora ze szkolnymi przygodami Roana uwidaczniają się różnice decydujące o tym, że mamy do czynienia z dwoma nieco innymi propozycjami. 



Krosoczka postawił przede wszystkim na narrację komiksową. Dodatkowych wtrąceń jest wyraźnie mniej niż u Browna, przez co „Nowej klasie” bliżej do klasycznej historii obrazkowej. Druga sprawa to fabuła komiksu, w której Krosoczka przedstawił historię bardziej zwartą i wyrazistą. Akurat to nie za bardzo przypadło mi do gustu, gdyż fabularny kalejdoskop Browna, który starał się nie wpadać w moralizatorskie tony, twórca „Nowej klasy” zastąpił standardową opowieścią rodem ze szkolnej ławy okraszoną może trochę zbyt czytelnym morałem, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ucierpieli też na tym bohaterowie – ci z komiksów Browna są dla mnie ciekawsi, lepiej przedstawieni – jednak należy pamiętać, że to dopiero pierwszy tom. A dla przeciwwagi wyznam, że podoba mi się promowanie w tym komiksie czytania papierowych książek (patrz ujęcia powyżej:). Nie jestem niestety miłośnikiem kreski Krosoczki – jego rysunki wydają się zbyt uproszczone. I Brown był zdecydowanie lepszy w ukrywaniu smakowitych szczegółów i detali dla trochę starszych fanów SW. Te drobne wątpliwości nie powinny jednak przesłonić faktu, że to udana kontynuacja serii. A w kolejnych tomach (o ile powstaną) rysownik pewnie bardziej rozwinie skrzydła. 

Zatem jeżeli wasze dziecko fascynuje się Star Wars, a wy nie wiecie jak fascynację tę rozwinąć i nie chcecie jednocześnie ugrzęznąć w jakichś „starłorsowych” popłuczynach, których pełno na rynku to śmiało sięgajcie zarówno po Browna, jak i Krosoczkę. A moc lektury analogowej, tradycyjnie niech będzie z wami!

/BW/

środa, 13 września 2017

Uniwersum ma się dobrze („Łamignat Straszliwy” scenariusze: Maciej Kur, Tomasz Samojlik, rysunki: Sławomir Kiełbus, Paweł Bednarczyk, Tomasz Samojlik)


Cyklem o przygodach Kajka i Kokosza, dwóch słowiańskich wojów z Mirmiłowa, zaczytywałem się w, szczenięcych dla mnie, latach 80. Ze wstydem przyznaję jednak, że później rzadko do tych opowieści wracałem (podczas gdy regularnie sięgałem np. po komiksy Tadeusza Baranowskiego i Papcia Chmiela). Teraz przeczytałem „Łamignata Straszliwego” i poczułem tęsknotę za moją kolekcją KiK, a były to egzemplarze nierzadko rozpadające się i po milion razy klejone na grzbietach. Ehhh... Przypomniałem sobie bowiem jak świetne były to opowieści i rysunki.


Nie jest to blog typowo komiksowy, więc chciałbym wyjaśnić kwestie, dla jednych pewnie oczywiste – a dla innych nieznane. Otóż nowy komiks o przygodach Kajka i Kokosza to w rzeczywistości zbiór czterech komiksowych historyjek opracowanych przez współczesnych polskich twórców komiksów. Scenariusze napisali Maciej Kur (3) i Tomasz Samojlik (1), a rysowali Sławomir Kiełbus (2), Piotr Bednarczyk (1) i Tomasz Samojlik (1). Nie jest to więc album, prezentujący jedną dłuższą historię, ale kilka historyjek, których twórcy wykorzystują motywy, miejsca i postacie z twórczości Christy. Nie będę pewnie oryginalny jeśli napiszę, że rysunkowo najbardziej przypadł mi do gustu Sławomir Kiełbus, natomiast scenariuszowo (chociaż tutaj w zasadzie nie miał konkurencji) Maciej Kur. W wielu napisanych przez niego dymkach wyczułem ducha Christy (choćby wypowiedź posiadacza latającego dywanu o tym, że przyjechał na ferie zimowe). Recenzji tego komiksu w sieci było już mnóstwo i zauważyłem, że krytycy często wytykają Kurowi współczesne wrzutki (np. hasztagowanie w „Łamignacie Straszliwym”). Nie zgadzam się z tym. Janusz Christa także przemycał do komiksów elementy rzeczywistości PRL-u, zatem hasztagi nie powinny tutaj dziwić. To dla mnie także jest kontynuacja znanej tradycji.



Nie będę w tej recenzji streszczał zawartych w albumie historyjek – lepiej niech każdy sam się z nimi zmierzy i przekona czy działają. Na mnie zadziałały. Spotkałem wielu bohaterów z różnych stron tej serii, którzy zwykle się obok siebie nie pojawiali. Całą galerię znanych i bliskich postaci. Są tu zatem zbójcerze z Hegemonem, Kapralem i Ofermą, jest banda Krwawego Barnaby (który jak pamiętamy był mistrzem w rzucaniu nożem), jest osiłek Wojmił, brat Mirmiła, pojawia się smok Miluś i złoty puchar, którą kasztelan całował w ryjek, jest też „królewski wysłannik” a jak pamiętamy takich postaci w oryginalnej serii nie brakowało. Nie mogło się oczywiście obejść bez Kajka i Kokosza oraz Mirmiła i Lubawy. Jednak trzeba też zaznaczyć, że nasi dzielni woje i kasztelan z żoną wcale nie grają tutaj pierwszych skrzypiec...

Bardziej bowiem niż nowy album o ich przygodach jest to przypomnienie wspaniałego świata (dzisiaj się mówi uniwersum) stworzonego przez Janusza Christę, a także pokazanie jak wiele mogłoby się jeszcze w tym świecie wydarzyć. I mam nadzieję, że się wydarzy a kolejny komiks będzie już jedną, dłuższą historią.

/BW/

PS. Tak, zdaję sobie sprawę, że recenzja ta zakończyła się podobnie jak 95% recenzji dotychczas napisanych o tym komiksie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...