piątek, 8 grudnia 2017

Marzenia królika („Aksamitny Królik czyli jak zabawki stają się prawdziwe”, tekst: Margery Williams, rysunki: William Nicholson, tłum. Barbara Grabowska, Prószyński i S-ka)


Kiedy spojrzałem na okładkę „Aksamitnego królika” to pomyślałem sobie, że pewnie zaraz przeczytam jakąś wiktoriańską historyjkę o gadającym króliku, który wpada w tarapaty, po to żeby całość zakończyła się dydaktycznym morałem. Tymczasem klasyczny utwór Margery Williams wydany w roku 1922 daleki jest od interwencyjnego dydaktyzmu. Należy go traktować raczej jako filozoficzną przypowieść o życiu, w której rozważa się kategorię „prawdziwości”. 



Marzy o niej zabawka, Aksamitny Królik podarowany małemu chłopcu pod choinkę. Niech was jednak nie zwiedzie ten świąteczny wstęp – to nie jest żadna tam historia świąteczna. W tej książce jest kawał prawdy także o współczesnym świecie (nie tylko świątecznym) i konsumpcjonizmie. Niby rok 1922, a tak jak dzisiaj - pokoje dzieci pękają w szwach od zabawek (że były to pewnie pokoje dzieci z zamożnych rodzin to inna sprawa…). Pękają, ale wciąż pojawiają się zabawki nowe i nowe, a te dopiero co nowe, trochę starsze i stare zostają szybko zapomniane i muszą zadowolić się zacisznym miejscem w kącie szafy. Oj znamy to, znamy. W szafie słuchają opowieści Zamszowego Konia, który poznał co to znaczy być prawdziwym. Według niego status prawdziwości może nadać zabawce człowiek, który wypowie magiczne słowa „jesteś prawdziwy”. Konia niegdyś to spotkało, a dzisiaj żyje tymi dawnymi emocjami, rozpadając się ze starości. Aksamitny Królik, który od razu z mikołajowej skarpety trafił do składziku zabawek „na potem”, uważnie słucha wynurzeń Konia. Jawią mu się one jako nieznany, trudny do pojęcia kosmos. Jednak pewnego dnia, trochę przez przypadek, właśnie on staje się ulubioną zabawką chłopca. Teraz sam przekona się co to znaczy być prawdziwym...


 „Aksamitny Królik” to trochę filozoficzna przypowieść, a trochę wyciskacz łez. Przede wszystkim jednak utwór, w którym rozsądnie dawkuje się realizm i fantastykę. Nie czuje się u Williams fałszywego tonu, przegięcia, jakiejś „coehlozy”, o którą przy takim temacie nietrudno. Jak łatwo przekroczyć tę granicę przekonałem się czytając opis filmu, który powstał na podstawie tej książki. Na wiki piszą tak: „Film opowiada o chłopcu, którego zapracowany ojciec pozostawia pod opieką u babci. Malec czuje się samotny, tęskni za zmarłą mamą. Jego życie zmienia się dzięki małemu pluszowemu króliczkowi, który ożywa i razem z Tobym wyrusza na wyprawę pełną przygód do magicznej krainy, w której spełniają się wszystkie marzenia”. Nie oglądałem filmu Landona, ale niech to jest prawda w 50% i tak adaptatorów trochę poniosło…


Reasumując: historia się nie zestarzała, w przeciwieństwie do ilustracji. Skłania do zadawania ciekawych pytań – po prostu klasyka wiecznie żywa! A ponieważ mamy czas prezentowy to śmiało rekomenduję, bo oprócz tego, że treść ciekawa to jeszcze wydanie całkiem porządne. W ogóle to mam ostatnio szczęście do królików. Nie tak dawno pisałem o „Wodnikowym Wzgórzu” Richarda Adamsa, teraz „Aksamitny Królik’ – chyba będę musiał zdjąć z półki „Śmierć pięknych saren”, tam pomiędzy rybami, także jest sporo o królikach.

/BW/

wtorek, 5 grudnia 2017

O świętach inaczej („Hurra, są święta”, tekst: Ulf Nilsson, ilustracje: Emma Adbåge, tłum. Marta Wallin, Zakamarki)


Przyznaję, że z zakamarkowych „adwentówek” znam tylko zeszłoroczne „Święta dzieci z dachów”, które, że się tak wyrażę, pozostawiły mnie po lekturze z pewnym niedosytem. Była to jednak prawie klasyczna, świąteczna historia. Tymczasem nowa, czwarta książka na czas adwentu pt. „Hurra, są święta!” Ulfa Nilssona, chociaż w blogosferze masowo pojawia się pośród choinkowych lampek i w otoczeniu bożonarodzeniowego anturażu wymyka się oczywistej „dżingobelowej” klasyfikacji. O czym zatem jest ta historia?


Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka prosta. Mam wrażenie, że każdy znajdzie w niej to, co będzie chciał. Jedni wyczytają tutaj wzruszającą opowieść o tym jak samotne zwierzęta postanawiają stworzyć rodzaj wspólnoty i być szczęśliwe z okazji świąt, dla innych będzie to fabuła demitologizująca świąteczny klimat, demaskująca konsumpcjonizm i jałowość świątecznych rytuałów. Rozpisane na 24 rozdziały oskarżenie wysuwane wobec ludzi przez przyrodę. Zdecydowanie należę do drugiej grupy odbiorców.




Świat, który przedstawia nam Nilsson jest niezwykle złożony i zawiera w sobie wiele literacko-kulturowych inspiracji. O nawiązaniu do „Muzykantów z Bremy” czytałem w interesującej recenzji na Poza rozkładem i nie będę tych ustaleń powtarzał, tylko odeślę was do źródła. Przyznam, że po lekturze książki miałem spory natłok myśli, które wskazywały mi różne tropy. Na przykład myślałem o tej fabule jako takim „Anty-folwarku zwierzęcym” - u Orwella jak pamiętamy świnie wykazywały się wybitnym tupetem i perfidią, u Nilssona świnia Rufus jest najbardziej empatycznym i inteligentnym bohaterem opowieści. Przypominały mi się zapisane historie ucieczek z transportów do obozów zagłady. I te o wyrzutkach, outsiderach, banitach zagospodarowujących dla siebie ziemię niczyją. No właśnie może najpierw krótko o czym to w ogóle jest...

Prosiak Rufus ucieka z ciężarówki mającej go zawieźć do rzeźni i rozpoczyna wędrówkę. Towarzyszy mu kotka Kici Kici, która wie o istnieniu pustego domu. Kiedy tam docierają poznają dwie myszy Anderssona i Petersson(a), a potem dołącza jeszcze stado dzików na czele z Dziką. Cała gromada zasiedla opuszczone gospodarstwo nieżyjącego starego Lundkvista, gdzie posiłkując się złymi i dobrymi doświadczeniami życia u ludzi starają się stworzyć społeczność opartą na własnych zasadach. Zwierzęta u Nilssona zyskują własną świadomość, chociaż przetrwanie zawdzięczają temu, że potrafią naśladować ludzi. Właśnie – ludzie. Nasza rasa została tutaj pokazana w negatywnym świetle. Człowiek to albo strzelający ze strzelby zabójca (pechowo podobny do świętego Mikołaja), albo robotnik budowlany uosabiający zniszczenie, albo ktoś uchylający Rufusowi na ulicy kapelusza automatycznym gestem. Znamienne są te sceny kiedy Rufus przebrany za człowieka idzie do miasta. Powtarzanie ludzkich zachowań gwarantuje mu akceptację i bezpieczeństwo. A już posiadanie gotówki sprawia, że może iść do fryzjera, restauracji, a nawet wziąć taksówkę. Jest trochę jak na wpół świadomy agent Cooper w ciele Dougiego Jonesa z ostatniej serii Twin Peaks – właściwy strój i znajomość kilku podstawowych słów sprawiają, że doskonale funkcjonuje w społeczności. 



Przygotowania do świąt połączone z eksplorowaniem domu i gospodarstwa to czynności, które cementują tę przypadkową wspólnotę przypadkowych zwierząt (dobranych jednak według klucza zwierzę gospodarskie, zwierzę domowe, dzikie zwierzę domowe, zwierzę dzikie). Naśladowanie ludzkich rytuałów (otwieraniu adwentowych okienek odpowiada tutaj np. znajdowanie różnych rzeczy lub ukrytych pomieszczeń), ale też twórcze przeciwstawianie się im lub własna interpretacja (przerabianie figury Mikołaja, stajenka dla myszy, narodziny maleństwa, pakowanie prezentów itd.) wynoszą tę zwierzęcą społeczność na wyższy poziom świadomości i refleksji. Na samym początku książki Rufus krzyczy „Hurra wolność”, na końcu wypowiada tytułowe „Hurra, są święta!”. To czytelna klamra spinająca dwa punkty jego egzystencji, pierwszym punktem jest strach i niepewność, drugim spokój i bezpieczeństwo. Na ile to bezpieczeństwo jest trwałe trudno powiedzieć – bo chyba tylko czytelnicy ślepo wierzący w happyendy przełkną informację, że zwierzęta przestawiły paliki i ludzie zbudują drogę dookoła ich domu.



Interesująca jest w „Hurra, są święta!” także przestrzeń. Historia rozgrywa się na ziemi niechcianej, opuszczonej i nie budzącej zainteresowania ludzi, którzy co najwyżej widzących w niej miejsce do poprowadzenia drogi. Sielskie gospodarstwo pod lasem, które często bywało scenerią do pocztówkowych świątecznych historyjek o szczęśliwych ludziach żyjących w zgodzie ze zwierzętami tutaj zaprezentowane zostało (także na ilustracjach) trochę jak sceneria do filmu „postapo”, czegoś w rodzaju „Stalkera” dla dzieci. Czytelne jest też przeciwstawienie opuszczonej wsi i ludnego, żyjącego miasta. Tych tropów, którymi można pójść czytając książkę Nilssona jest całkiem sporo. I chociaż nie brakuje w niej humorystycznych scen to dla mnie nowa opowieść adwentowa z Zakamarków jest niezwykle gorzka i refleksyjna, skłaniająca do przemyśleń i to dla mnie jej wielka wartość. No bo wyobraźcie sobie, że wasz kot opowiada wam o północy w Wigilię taką właśnie historię. Jak byście zareagowali? Czy ruszylibyście naprzód żeby ratować świat?

/BW/

piątek, 1 grudnia 2017

Emocje i owszem („Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia”, napisała: Liliana Fabisińska, ilustrowała: Asia Gwis, Nasza księgarnia)


Powiedzieć, że rzuciłem się na tę pozycję to nic nie powiedzieć. Najpierw, po wydawniczych zapowiedziach, ucieszyłem się, że wreszcie będę mógł coś poczytać dzieciom o grzybach, a po wyjęciu książki z paczki sam zacząłem ją zgłębiać a potem dzielić się zdobytymi informacjami ze wszystkimi dookoła. W końcu niecodziennie dowiadujesz się, że w Australii rosną rydze, których kapelusze mają średnicę talerza!


Ludzie mówią: emocje jak na grzybobraniu. I wiadomo co to znaczy... Znaczy, że w czasach cyfrowo-wirtualnych, w czasach sportów ekstremalnych i zajęć ambitnych, modnych, fast i fit zbieranie grzybów zakwalifikowane zostało jako hobby dla pana Stefana (imię przypadkowe!) z grubym brzuchem, który wysłużonym golfem parkuje obok lasu i wyrusza na podbój kniei z plastikowym wiadrem w garści. W zasadzie to powinienem te słowa napisać gdzie indziej, nie w recenzji książki dla dzieci, ale zbieranie grzybów było, jest i pewnie będzie ważnym elementem mojego życia. 



Zbierania nauczyli mnie rodzice w czasach, kiedy lasy wokół Szklarskiej Poręby nie były miejscem za bardzo obfitującym w grzyby. Zbierało się właściwie tylko podgrzybki i kozaki. Obraz był mniej więcej taki: katastrofa ekologiczna lat 80., kwaśne deszcze, zakłady przemysłowe, suche pnie drzew na górskich zboczach, masowe wyrzynanie lasów z powodu kornika drukarza i wskaźnicy modrzewianeczki i ja zbierający podgrzybki do torby w kształcie trampka z napisem Espania’82. Wychowałem się na opowieściach o mitycznych czasach, latach 50., kiedy borowiki zbierało się na worki (babcia szyła z płótna). O grzybach się opowiadało, grzyby się pamiętało, a szczególnie zapalonych grzybiarzy nawet się podziwiało. Jak w młodości postanowiliśmy zrobić film VHS to rzecz jasna pojawiła się w nim mityczna postać Szalonego Grzybiarza. Pierwowzorem był pewien stary hutnik z Osiedla Huty, który potem zachorował na Alzheimera i dzisiaj podobno, o losie, w ogóle nie pamięta, co to są grzyby. Ja natomiast pamiętam jakie było święto kiedy w końcówce lat 80. znalazłem prawdziwka przy torach nieczynnej wtedy linii kolejowej do Jakuszyc. Byłem królem grzybobrania, a żył jeszcze dziadek, który mnie pochwalił. Chyba jedyny raz w życiu. Od tamtego czasu na linię Jakuszyce-Korenov powróciły pociągi, a do lasów borowiki. No dobra, ale co mi dało zbieranie grzybów? Zbieranie ich to jedno, druga sprawa to las. Uwielbiałem wychodzić z samego rana do lasu i wracać późnym popołudniem. Sam w lesie. W kalejdoskopie lasów. Bo nie chodziłem tylko do jednego, żeby nazbierać. Wędrowałem. Białe brzeziny z czerwonymi koźlarzami w sucho-zielonej trawie, świerki wyrastające z runa wyścielonego nisko rosnącą trawą długą jak włosy, z której wygrzebywałem najpiękniejsze podgrzybki i te świerki rosnące wśród igliwia, z gałęziami do samej ziemi, pod którymi czaiły się kapelusze prawdziwków. Albo wielkie kolumny buków, leśne sale kolumnowe z zielonymi chmurami liści i ziemią pokrytą suchymi liśćmi, w których czaiły się borowiki, schowane że łatwo było je rozdeptać. Może i brzmi to jak tandetna „coehloza”, ale las i grzyby to była dla mnie ucieczka, wolność, tajemnica a jednocześnie bezpieczeństwo. Tego nie da się, tak do końca objaśnić. I tego nie zastąpi żaden park miejski. Owszem zdarzało mi się też wyjeżdżać w odwiedziny do innych, dalekich lasów. W sosny posadzone równymi rzędami i w dębiny nad jeziorami. Ale nawet dzisiaj, mieszkając w mieście, wracam często w myślach i snach do tych swoich lasów, które już bardzo się pozmieniały, zarosły, wystrzeliły w górę. Wciąż mam je w pamięci, kojarzę niektóre drzewa, mam rozeznanie gdzie i co zbierałem. Długo można by o tym pisać…



A wracając do rzeczy – lektura i oglądanie książki pt. „Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia” to doświadczenie estetycznie bardzo przyjemne. Wielki format, duże strony, ciekawe ilustracje, udany pomysł graficzny, interesujące rozwiązania typograficzne – widać że Nasza Księgarnia celuje w target wielbicieli wielkich formatów z Dwóch Sióstr (np. „Pszczoły”, „Botanicum”). Bardzo mi się podoba wygląd tej książki. Teksty zostały tutaj podane w formie kilku lub kilkunastu oddzielnych fragmentów na każdej rozkładówce. Znaleźć w niej można wiedzę o grzybach, ale też o wszystkim co się z grzybami kojarzy (np. grzybek do cerowania czy grzyb atomowy). Czytałem wszystkie informacje z wielkim zainteresowaniem – cóż chyba potrzebne mi było takie kompendium, którego nie gwarantowały mi atlasy grzybów. A przyznać trzeba, że grzyby (które przypomnijmy nie są ani fauną, ani florą – mają osobne królestwo, które nazywa się funga lub mykobiota) nie były do tej pory zbyt dobrze książkowo zagospodarowane.  W wydawniczych nowościach mignęło mi wprawdzie „Tajemnicze życie grzybów” Roberta Hofrichtera , które pojawiło się na fali popularności wszelkich tajemnic i sekretów fauny i flory, którymi zasypują nas ostatnio wydawnictwa. Ale jeszcze nie miałem okazji tego czytać.


Można zapytać czy książka ta zawiera informacje merytoryczne. Moim zdaniem tak – wprawdzie przegląd podstawowych gatunków grzybów zajął tutaj tylko kilka stron a grzyby zostały przedstawione w formie narysowanej, ale po to rzeczywiście można sięgnąć do atlasu lub internetu (polecam grupy na fb). Ale tutaj można się dowiedzieć np. co robić w przypadku zatrucia, są przepisy na dania z grzybów, informacje jak wyhodować jadalne grzyby w domu, jest o truflach, muchomorach, grzybkach do herbaty i penicylinie. Jest o serach, drożdżach, a nawet o cerowaniu skarpet. Niektórzy powiedzą pewnie, że miszmasz, ale ja z pewnością umieściłbym tę książkę na szczycie prywatnego zestawienia ulubionych książek 2017 (oczywiście gdybym robił takie zestawienia). No i piękna rzecz na prezent, nie tylko dla grzybiarzy.

/BW/

środa, 29 listopada 2017

O dzieciach, dla dzieci („Lilka i spółka”, „Lilka i wielka afera”, tekst: Magdalena Witkiewicz, ilustracje: Joanna Zagner-Kołat)


O ileż uboższa byłaby literatura dla dzieci i młodzieży gdyby nie zwyczaj wysyłania pociech na przymusowe wakacje! Zapewne kojarzycie niejedną taką książkę. Bohater lub bohaterka marzą o jakimś wspaniałym miejscu, a tymczasem muszą udać się zupełnie gdzie indziej, gdzie wiedzą że będzie nudno i beznadziejnie. A co dalej? Zwykle to miejsce kaźni, nie okazuje się takie złe, a wręcz staje się scenerią do wspaniałych przygód. Ostatnią czytaną przeze mnie książką, gdzie taki schemat został wykorzystany była chyba „Czarownica piętro niżej” Marcina Szczygielskiego. Ta książka zrobiła na mnie duże wrażenie – Szczygielski pokazał jak napisać historię o dwóch emerytkach, wiewiórce, kocie i liliach, którą czyta się z zainteresowaniem. Uściślijmy: którą czyta z zainteresowaniem także dorosły czytelnik. I niestety nie mogę tego powiedzieć o książkach Magdaleny Witkiewicz. Co oczywiście wcale nie musi zostać poczytane za ich wadę…


Wydaje mi się, że „Lilka i spółka” oraz „Lilka i wielka afera” zostały pomyślane jako książki przeznaczone do czytania przez dzieci z pierwszych klas podstawówki. Narratorką jest dziewczynka, pierwszoklasistka Lilka, która ma starszą siostrę Wiktorię (zwaną Wiki) i młodszego brata Mateusza (zwanego Matewką). Jej naiwna percepcja świata, język oparty na słowach zasłyszanych w telewizji lub od dorosłych i bardzo małoletni humor przetworzone w monologową narrację zupełnie niczym nie zaskakują, rażą sztucznością. I znowu: nie zaskakują i rażą mnie. Ale być może dzieci w wieku Lilki traktują ten język i świat jak swój…

Kilka słów o treści. W „Lilka i spółka” rodzeństwo zamiast do ulubionej ciotki Franki, która jest psychologiem i rozumie ich emocje i potrzeby, wyjeżdża na wakacje do Jastarni, gdzie mieszka ciotka Jadźka. Stara panna z pypciem na nosie, lubiąca koty, flaki i sąsiada, pana Anatola. Dni upływają naszym bohaterom na obmyślaniu w jaki sposób przenieść się od ciotki złej do ciotki dobrej. Metody, którymi chcą to osiągnąć uderzają swoją naiwnością i doprawdy nietrudno wskazać fabuły przeznaczone dla podobnych wiekowo odbiorców, w których bohaterowie mają więcej wyobraźni. Przełomem jest chwila, w której dzieci zaczynają podejrzewać ciotkę i pana Anatola o chęć popełnienia przestępstwa. Naprawdę tylko ośmiolatek może emocjonować się i obawiać tym, że nasza ferajna znalazła się nagle w wielkim niebezpieczeństwie… Część druga pt. „Lilka i wielka afera” z racji tego, że ten świat powieściowy już we mnie trochę okrzepł, wydała mi się ciekawsza. Akcja rozgrywa się u „dobrej” ciotki Franki w domku letniskowym w Amalce na Kaszubach. Dzieci chcą tym razem pozbyć się facetów w czerni poszukujących złóż do odwiertów, a do ciotki przyjeżdża jej chłopak Johnny...


Nie wiem, może za bardzo nas dzisiaj rozpieszczają pisarki i pisarze tak układając swoje fabuły, żeby były atrakcyjne i dla dzieci, i dla dorosłych? Czegoś mi jednak w książkach Magdaleny Witkiewicz brakuje – jakiegoś fabularnego błysku, językowego szaleństwa, ciekawszych postaci... Czegoś. Dostrzegam sprawność rzemiosła, ale nic ponad. Wydaje mi się, że te historie powstały z myślą o czytaniu dla rozrywki, bez żadnych tam głębszych rozważań o dziecięcych lękach i pragnieniach. W sumie to nie ma w takim pisaniu niczego złego. Przecież fakt, że ta lektura nie zapewnia rozrywki mnie, nie oznacza że w przypadku młodszych czytelników będzie tam samo... Tym bardziej, że akcję napędza tutaj różnie podany humor sytuacyjny, dla którego odniesieniem jest pokazany w krzywym zwierciadle świat dorosłych (Lilka wypowiadając jakieś słowo czy zwrot powtarza „jak mówi mama”, „jak powiedzieli w telewizji” itp.) – dzieci wylewają znienawidzone flaki przez okno, składają zeznanie na posterunku policji, ciasto spada z dachu samochodu, Matewka obkleja się tatuażami itd. Jednak intrygi w tych książkach są bardzo wątłe i po przeczytaniu kilkudziesięciu stron często dalej nie wiemy o czym ta książka właściwie będzie...

W obu powieściach znajdziemy obraz typowej polskiej rodziny z ojcem, głównym żywicielem i trochę fajtłapą oraz mamą, która podejmuje decyzje i myśli o odchudzaniu. I trochę szkoda, że kiedy tato siada do stołu z ciotką Franką i jej przyjaciółką Agatą, żeby porozmawiać, to córka-narrator od razu ocenia, że zachowuje się „jak baba”.

Nie czytałem żadnej „dorosłej” powieści Magdaleny Witkiewicz, która, jak twierdzi internet, jest bestsellerową pisarką. Jej powieściowego dyptyku dorosłym jednak nie polecam, chociaż dzieci mogą się przy nim dobrze bawić.

/BW/



poniedziałek, 27 listopada 2017

Klimat zabawy słowem („Sylaboratorium czyli leksykon młodego erudyty”, teksty: różne autorki i autorzy, koncepcja graficzna książki, ilustracje i skład: Paweł Pawlak, ART Egmont)


Są takie słowa, które warto poznać, ale codzienność nie daje nam ku temu sposobności. Słowa, o istnieniu których często nie wiemy, a nazywają dobrze znane nam elementy rzeczywistości. Słowa niosące w sobie czar przeszłości lub „kwiat nowości”, przenoszące nas do innych krajów, na inne kontynenty, a niekiedy do krain, których w ogóle nie ma. Pachnące niczym kolonialne towary w cynamonowym sklepie lub zaskakujące swoją bezpośredniością i bezkompromisowością. Jest w tych słowach śmiech, smutek lub pewność władzy nad światem. Słowa te znajdziemy w zakurzonych księgach, albo w takich, na których jeszcze nie wyschła drukarska farba. W opasłych, mądrych tomach i w jarmarcznych broszurach. Każde z tych słów jest niczym nie odkryta tajemnica, nie otwarta skrzynia ze skarbem. Słowa to piękno i słowa to prawda. Tak sobie myślałem kartkując „Sylaboratorium czyli leksykon młodego erudyty”.
 


Jest w tym tytule jakaś wewnętrzna sprzeczność – przecież erudytą nie zostaje się czytając wyłącznie leksykony i encyklopedie! Tak samo jak trudno stać się dobrym ogrodnikiem czytając jedynie instrukcje na opakowaniach z nasionami. Trzeba próbować, sadzić, kopać, podlewać, patrzeć jak więdnie, cieszyć jak rośnie itd. „Sylaboratorium” nie jest jednak czymś w rodzaju poradnika dla dziecka snoba, które ma w towarzystwie błysnąć łacińską maksymą czy mądrze brzmiącym słowem.



W książce tej, pod dowództwem i ilustracyjnym sznytem Pawła Pawlaka, zebrało się całe grono topowych polskich pisarek i pisarzy dziecięco-młodzieżowych (Justyna Bednarek, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Zofia Stanecka, Agnieszka Frączek, Emilia Kiereś, Jolanta Powierża, Zuzanna Orlińska, Mikołaj Gołachowski, Macin Wicha, Katarzyna Kępka-Falska, Anna Czech, Ewa Nowak) by w różnych formach literackich zdefiniować rzadko używane, trudne słowa ułożone w porządku alfabetycznym. Wstęp do książki napisał sam Jerzy Bralczyk, który dywaguje w nim głównie o sylabach. Stąd początkowo (najpierw przejrzałem środek) trudno mi było załapać kontekst – co wspólnego ma podział na sylaby czyli mechanika języka do oczytania, erudycji i katalogu słów rzadkich oraz dziwnych. Okazuje się jednak, że celem książki jest nie tylko odkrywanie znaczenia słów, ale też słów tworzenie. Tworzenie za pomocą tysięcy różnorodnych liter ze starych książek, plakatów, czasopism i map. Dzięki nim Paweł Pawlak stworzył lwią część szaty graficznej. Trochę tych liter znaleźć też można na końcu książki, wyciąć nożyczkami i poukładać. A można też skorzystać ze strony internetowej typo.polona.pl i układać online. I tylko dalej się zastanawiam czy sylabizowanie i erudycja dobrze do siebie pasują i czy aby nie za dużo w tym barszczu grzybków?



Skierujmy jednak wzrok na teksty. Miejsca na nie za wiele tutaj nie ma, więc autorzy musieli się wykazać sporą dyscypliną twórczą. Jakoś mnie ucieszyło, że autorki, które kojarzę z prozą próbują się w formie wierszowanej (np. Justyna Bednarek czy Roksana Jędrzejewska-Wróbel). W ogóle to różne są tutaj metody na przedstawianie słów dla młodych erudytów – są limeryki, cykle (Marcin Wicha pisze o inspektorze Leksykonie), wiersze, personifikacje. Generalnie czuć klimat zabawy słowem, a dzięki różnorodnym formom czyta się lekko i przyjemnie. Aha, oprócz autorskich interpretacji kolejnych słów, znajdziemy tutaj także ich słownikowe definicje. 

Myślę o tej książce w kategoriach eksperymentu – a w eksperymentach często tak bywa, że pewne ich elementy wychodzą lepiej, a inne gorzej. I o ile pomysł na przegląd ciekawych słów i szatę graficzną oceniam tutaj bardzo wysoko, tak sylabizowanie i interaktywność wydają mi się dołożone trochę na siłę. Niemniej książkę polecam – całkiem dobra na prezent. Nie tylko dla pretendentów do miana erudytów.
 
/BW/

poniedziałek, 20 listopada 2017

Architektura z klocków Lego („Lego® Architecture. Ilustrowany przewodnik”, Wydawnictwo AMEET)


Słabość do klocków Lego mamy (oczywiście) od dzieciństwa. Wtedy można je było kupić tylko w Pewexie albo dostać w paczce od rodziny za granicą. Myśmy mieli duży zestaw z domkiem, garażem, samochodem, dwoma ludzikami. Dostaliśmy od wujka. Bartek z bratem, również dostali kilka zestawów od rodziny w Belgii. Zestaw z domkiem wydawał mi się najfajniejszy, ponieważ można było z niego wybudować według instrukcji kilka typów domków. Było tam przewidziane miejsce na samochód i ogródek. Klocków wystarczało też na własną inwencję twórczą. Dzisiaj zestawów Lego są setki i można je kupić wszędzie. Doszło wiele nowych serii, które mówiąc szczerze nie za bardzo czuję (Star Wars są ok). Zwróćcie uwagę – kiedyś klocki Lego odtwarzały przede wszystkim świat, były realistyczne, realistyczne we współczesności lub w przeszłości (zamki!), nawet seria kosmiczna Space nie była jakoś specjalnie odjechana. A dzisiaj? Zapewne kupujecie, wybieracie, oglądacie więc wiecie jak to wygląda… Okazuje się jednak, że nie tylko udziwnianie w uniwersum Lego ma miejsce – duński koncern oprócz tego, że uraczył nasze pociechy klockami Batman, Friends, Nexo Knight i Ninjago zaczął w 2008 roku wypuszczać serię Lego Architecture. Uważnie śledzę wszelkie pojawiające się na rynku książki o architekturze i przestrzeni skierowane do dzieci. Wiem, że takich książek jest mało i przeważnie nie są najwyższej jakości. Jakoś tym zagadnieniom trudno przebić się do mainstreamu dziecięcych tematów… Zatem jeżeli któremuś wydawnictwu miałoby się udać to chyba książce „Lego Architecture. Ilustrowany przewodnik”, o najpopularniejszych na świecie klockach?


Może zaznaczmy od razu - to jest wydawnictwo komercyjne. Album powstał w celu promocji serii klocków, która w Polsce nie jest za bardzo popularna. I trudno się dziwić, bo klocki są dosyć drogie, mało kolorowe, a na ich temat nie ukazują się gazetki dostępne w każdym kiosku czy saloniku prasowym w ilościach hurtowych…Uważam jednak, że przewodnik ten oferuje trochę więcej niż można na początku przypuszczać. Na pewno nie służy do czytania ciurkiem i nie żałowano w nim srebrnej farby drukarskiej (o czarnej nie wspomnę, bo taki jest klimat tych zestawów – budynek na czarnym tle). Jeżeli jednak z tymi faktami się pogodzicie to poznawanie tego albumu z dziećmi może być całkiem przyjemne i wartościowe. Lego Architecture oferuje nam podróż przez wspaniałą architekturę. I oprócz tego, że pokazuje jak zbudować wieżę Eiffla czy willę Fallingwater z klocków to przypomina, że za każdym z tych ikonicznych budynków stoi jakiś człowiek. Człowiek, który swoje poczynania projektowe dokładnie przemyślał.




Zresztą okazuje się, że za zestawami Lego Architecture też stoi architekt. Był jedną z tysięcy osób, które, po roku 2006 w wyniku kryzysu finansowego, musiały się przebranżowić i poszukać nowego zajęcia. Nazywa się Adam Reed Tucker i w 2006 roku kupił w sklepie 11 wózków klocków Lego! Zaczął z nich tworzyć najważniejsze światowe budynki. I tak zaczęła się jego współpraca z firmą Lego. Pomysł Tuckera żeby zbudować z klocków znane budowle nie był jednak tak do końca nowy… Pierwsza była stworzona na początku lat 60. seria Scale Model, która odtwarzała nowoczesne w tamtych latach, modernistyczne budynki. W połowie lat 60. Seria została wycofana, ale architekci złapali bakcyla i zaczęli używać Lego do budowania modeli i makiet. W brytyjskiej pracowni Owena Ludera użyto modeli z klocków w czasie przygotowań do modernizacji Hay’s Wharf, londyńskiej galerii handlowej. Posłużył się nimi także Moshe Safdie, projektując Habitat 67, znany kompleks mieszkaniowy w Montrealu.

Lego Scale Model, lata 60.


Co w środku? Przede wszystkim schematy jak stworzono dany budynek przy użyciu klocków. Jak się okazuje przetworzenie budynku prawdziwego na klockowy też wymaga sporej wyobraźni. Wszak chodzi o to żeby budynek taki zbudować z drobnych, istniejących już w zestawach elementów. Jeżeli macie naprawdę dużo klocków Lego w domu to nawet możecie spróbować! Po każdym schemacie następują dwie strony ze zdjęciami prawdziwego obiektu, tekstem o nim i jego architekcie. Są tutaj klasyki typu Wieża Eiffla albo Big Ben, ale jest też sporo obiektów, śmiem twierdzić, niezbyt znanych szerokiej publiczności jak choćby projekty Franka Lloyda Wrighta – Fallingwater i Muzeum Guggenheima w NY czy Villa Savoye Le Corbusiera.




Wiadomo, że najfajniej byłoby wszystkie te zestawy zbudować – ale ta książka nadaje się do czytania nawet bez klocków. I może budzić pierwsze architektoniczne fascynacje.

/KS/


czwartek, 9 listopada 2017

Wyprawa po dojrzałość („Cudowna podróż”, Selma Lagerlöf, Nasza Księgarnia)

Książka drogi, fantasy o dojrzewaniu, opowieść, w której podróż na gąsiorze Marcinie nad Szwecją kształtuje charakter chłopca o imieniu Nils. Nasza Księgarnia, z okazji faktu, że „Cudowna podróż” (1910) pojawiła się na liście lektur uzupełniających, wznowiła tę powieść, która dała Selmie Lagerlöf literacką Nagrodę Nobla. Niestety – wznowiła w okrojonej wersji. Skrótów dokonali wprawdzie sami Szwedzi, tym niemniej dla tych, którzy pamiętają dwutomowe wydanie z ilustracjami Grabiańskiego może to być przykre zaskoczenie. Dla innych – niekoniecznie. Chciałbym donieść, że po lekturze tej adaptacji (tak zostało to określone na okładce) nabrałem ogromnej ochoty żeby wrócić do wersji oryginalnej. W końcu jest to piękna historia, wspaniale napisana i przetłumaczona nawet w skrótach (przypominam tłumaczenie: Teresa Chłapowska).
 




Trochę ostatnio myślałem o tej książce, weszła mi do głowy i mam nadzieję, że nie wciągnięto tej pozycji na listę lektur z powodów nazwijmy to religijnych... Wszak opowieść zaczyna się od tego, że Nils nie chce iść do kościoła z rodzicami, więc ojciec pozwala mu zostać, ale nakazuje przeczytać kazanie samodzielnie. Chłopiec oczywiście zasypia nad lekturą, a kiedy się budzi widzi krasnoludka, którego łapie w siatkę na motyle. Ma to przykre konsekwencje ponieważ skrzat dysponuje dużymi umiejętnościami i potrafi pomniejszyć chłopca do swojego rozmiaru. Dopiero po miniaturyzacji dowiadujemy się, że Nils był do tej pory niedobry zarówno dla ludzi jak i zwierząt, a zachowanie jego wynikało z tego (o tym napisano później), że w zasadzie nikogo nie lubił. Teraz nabywa umiejętność rozumienia mowy zwierząt. I właśnie ten początkowy kontekst religijny zostaje w dalszej części historii odsunięty, a na pierwszy plan wysuwa się uniwersalna historia o dziecku bez właściwości, które tych właściwości nabywa.

Skrócona wersja, w której skupiono się na akcji, nie wyrzucając jednak opisów krain, pokazuje jak Lagerlof potrafiła fascynująco prowadzić tę fabułę. Nie są to wielkie, rozbudowane sceny, lecz drobne, pojedyncze zdarzenia mające w sobie sporą siłę przyciągania (oczywiście wersja oryginalna już czeka na stosiku „do przeczytania”). Mamy więc tutaj np. historie baśniowe (jak choćby ta o przeklętym mieście czy tańcu żurawi), realistyczne (student z Uppsali, który zgubił rękopis wybitnej powieści) czy podzielone na kilka części opisy starć z lisem Snirre symbolizującym tutaj zło, ale też nie takie w postaci czystej, ale wytłumaczalne, wynikające z natury zwierzęcia, w pewnym sensie naturalne. Nils Holgersson vel Paluszek przechodzi w tej książce przemianę, a w tle mamy jeszcze pokazane z góry i z dołu, niezwykle ciekawie, powiedziałbym sensualnie – krainy Szwecji, która jawi się jako kraj tajemniczy i piękny. Ten zachwyt nad przyrodą, cywilizacją i ludźmi ma w sobie też coś propagandowego, pewnie dlatego tak chętnie wydawano to w PRL-u. Taka tylko dygresja, bo mi to zupełnie nie przeszkadza.

Czytając tę książkę wciąż miałem skojarzenia z „Ziemiomorzem” Ursuli Le Guin, szczególnie z „Czarnoksiężnikiem z Archipelagu”. Obie książki mają w sobie coś magnetycznego w kreacji świata, którego zasady są nam niby znane, ale co rusz czymś nas on zaskakuje. I tu, i tam elementy baśniowe są nam podawane w „rozsądnej dawce”, magia jest możliwa tylko jeśli nie łamie zasad rządzących naturą. W „Cudownej podróży” baśniowość przejawia się przede wszystkim w inteligencji i mowie zwierząt, autorka pokazuje ich świat jako pewną całość bez względu na gatunek – wieść o czynach Paluszka dociera zarówno do sów, jak i psa przy budzie czy krowy Róży. Wizja Lagerlöf jest dla mnie literacko niezwykle pociągająca i kompletna – trochę gdzieś tam się w głowie kłócę z tą książką, ale kłócę się jak z wielką literaturą.

Reasumując: wspaniała lektura, ale jednak do przeczytania w nieokrojonej wersji. Chociaż powiem też, że podczytywałem moim dzieciom, które jeszcze nie za dobrze sobie radzą (jako słuchacze) z rozbudowaną narracją i fajnie do nich ta adaptacja trafiała.

/BW/

wtorek, 7 listopada 2017

O czytaniu i wykluczeniu („Kajtek nie umie fruwać! Historia małego miłośnika książek” tekst: Jennifer Berne, ilustracje: Keith Bendis, Prószyński i S-ka)


Druga wydana w Polsce, a chronologicznie pierwsza książka o szpaku Kajtku (po angielsku Calvinie) autorstwa Jennifer Berne. W tej zeszłorocznej, zatytułowanej „Kajtek, uważaj! Mały miłośnik książek zakłada okulary” fabuła miała zachęcać dzieci do noszenia okularów i czytania książek. Pokazywała, że obie te czynności mogą się bardzo w krytycznej chwili przydać.


W „Kajtek nie umie fruwać!” okularów jeszcze nie ma, za to znaczenie lektury niezmiennie pozostaje w centrum zainteresowania autorki.  Po wykluciu się z jajka Kajtek nie podąża drogą rozwojową swoich braci, sióstr i kuzynostwa. Zamiast uczyć się fruwać i żerować – odkrywa uroki biblioteki. Zaniedbuje więc ptasie obowiązki na rzecz miejsca w czytelni i pochłaniania nowych lektur. Kiedy zaś przyjdzie odlatywać do ciepłych krajów Kajtek nie będzie potrafił wznieść się w powietrze (poniosą go), ale zdobyta wiedza ocali całą szpaczą społeczność (a latać i tak się nauczy!).

 

Lubię (podobnie jak moje dzieci) bohatera stworzonego przez Berne. Wiecie tak od pierwszego wejrzenia go lubię, budzi sympatię. Przyklaskuję też przesłaniu książki, które jest naprawdę szlachetne i edukujące – wszak czytanie książek to pasja warta bezustannego chwalenia i rozwijania. I wreszcie najważniejsze: opowieść o Kajtku można czytać jako historię o wykluczeniu. Może taką w wersji light (o ile w ogóle można to stopniować), ale akurat dobrze podaną dla percepcji młodszych dzieci. Wszak szpaczek jest stygmatyzowany, przezywany, a porównanie do mola (książkowego) wprawia go w głęboki smutek. Jennifer Berne dobitnie pokazuje, że tego typu zachowania są złe, a wyśmiewający się z Kajtka nie mają racji. Przekonują się o tym wyglądając z głębi jaskini. Warto pamiętać o tym fakcie, bo takich książek nigdy za wiele.




Dobrze sprawdzają się ilustracje Keitha Bendisa na dużych kwadratowych stronach – nie jest to może ulubiony przeze mnie styl rysowania, ale tutaj pasuje, tworzy rozległą przestrzeń dla tej ptasiej historii.

Z minusów: spojrzałem w internecie na wydanie anglojęzyczne i tamtejsze literki dalej są zgrabniejsze. Te w wersji polskiej trochę jakieś takie niedopasowane, koślawe... Nie wspomnę już o tych, którymi uzupełniono leśne szyldy... Nie porównywałem też tekstów angielskiego i polskiego (tłumaczyli Janusz Kokoszewski i Dorota Koman), ale inicjalne zdanie na jednej ze stron - „Burze w końcu się skończyły” – chyba niezbyt dobrze wygląda i brzmi?

Generalnie jednak warto a nawet trzeba sięgnąć po oba Kajtki, bo to prosto poprowadzone, ale wcale nie najprostsze w wymowie opowieści, których lektura nie zabierze wam wiele czasu.

/BW/


piątek, 3 listopada 2017

Nie tylko do oglądania!


„W lesie”, tekst: Sophie Strady, ilustracje: Anouck Boisrobert, Louis Rigaud, Wydawnictwo Dwie Siostry
„Dinozaur na tropie”, tekst i ilustracje: Sophie Guerrive, Wydawnictwo Bajka
„Biniek i Pulpet w królestwie chińskiego smoka”, koncepcja i scenariusz: Krzysztof Łaniewski-Wołłk, ilustracje: Adam Wójcicki, Wydawnictwo Dwie Siostry

Dzisiaj o trzech książkach stworzonych do oglądania, interakcji, ale także refleksji. Spotykam się z opiniami, że takie wydawnictwa przeznaczone są wyłącznie dla dzieci młodszych, ponieważ one chłoną przede wszystkim ilustracje, mniejszą wagę przywiązując do tekstu. Jak bardzo anachroniczne jest to myślenie udowodnić mogą pozycje następujące, które ostatnio testujemy w domu na wszystkie możliwe strony: „W lesie”, „Dinozaur na tropie” oraz „Biniek i pulpet w królestwie chińskiego smoka”. Każda z jest trochę inna, ale żadna nie jest li tylko pozycją do bezrefleksyjnego oglądania obrazków.




„W lesie” to bardzo aktualny społecznie (z naciskiem na: teraz w Polsce) pop-up czyli inaczej mówiąc rozkładanka. Teoretycznie dla młodszych dzieci, ale tylko teoretycznie. Po otwarciu ze środka wyskakuje papierowy las deszczowy, który na kolejnych stronach jest sukcesywnie wycinany, niszczony i karczowany przez bezduszne maszyny obsługiwane przez równie bezdusznych ludzi. Kolejnym odsłonom tej drzewnej hekatomby towarzyszy niezbyt obszerny tekst pozbawiony rymów, który w żołnierskich słowach komentuje przebieg oglądanych wydarzeń. I dlatego wymowa tego tekstu jest taka mocna! Zadaniem dzieci jest odnalezienie na każdej rozkładówce siedzącego na drzewie leniwca. Mimo iż jest to bez wątpienia książka o przesłaniu proekologicznym i napisano ją w innym kraju to doskonale wpisuje się w aktualne wydarzenia związane z Puszczą Białowieską. W pop-upie nie znajdziemy wyjaśnień dlaczego las jest wycinany – jednak dzięki swojej „namacalności” książka doskonale nadaje się do opowiedzenia dzieciom dlaczego puszcze, knieje, młodniki, bory i dąbrowy (uwielbiam synonimy słowa las!) są tak ważnym elementem naszego świata. No i jest to opowieść z (chyba nazbyt łatwym...) happyendem, przekonującym nas, że wszystko można naprawić. Szkoda tylko, że drzewa nie rosną tak szybko jak otwierana lub pociągana harmonijka z papieru...




„Dinozaur na tropie” to wydawnictwo innego typu. Na dużych rozkładówkach dostajemy rozbudowane obrazy z wieloma szczegółami. Tytułowy gad kopalny jako detektyw dostaje zlecenia znalezienia na każdej z plansz zaginionego osobnika – niebieskiej ropuchy, dziadka, pinokia czy człowieka ubranego w pelerynę z liści. Kolejne zadania przekazywane są wierszem. Trochę już takich książek do wyszukiwania widzieliśmy i muszę powiedzieć, że poziom trudności jest tutaj, przynajmniej na niektórych planszach, naprawdę spory. Szczególnie długo szukaliśmy dziadka i białego lisa. Po ukończeniu wszystkich zadań znajdujemy jeszcze bonus – okazuje się, że każdy ze znalezionych zgubił na „swoich” planszach jakiś należący do niego przedmiot. Czeka nas więc zabawa od początku... Kreska fajna, chociaż czasami dosyć infantylna.



Wreszcie „Biniek i Pulpet w królestwie chińskiego smoka” to kolejna już odsłona przygód chłopca i jego psa. Tym razem w chińskim anturażu. Prezentuje coraz popularniejszy ostatnio gatunek książki-gry, a zawarte w niej zadania są najbardziej skomplikowane (wśród trzech omawianych wydawnictw). Na każdej planszy trzeba znaleźć odpowiednią drogę, dodatkowo wyszukując chińskie symbole i łamiąc obrazkowy szyfr. Celem jest wydostanie się z podwodnego miasta. Plansze są bogate w szczegóły i mienią się kolorami oraz kształtami. Podoba mi się styl Wójcickiego, jednak chwilami trudno jest się połapać w kierunkach przemieszczania bohaterów i ich działaniach (na tych samych stronach nurkują i wypływają). Tym bardziej, że instrukcje co należy robić zamieszczono na ostatniej stronie okładki i wciąż musimy obracać książkę, żeby przypomnieć sobie kogo szukamy lub jakie przed nami zadanie. Przyznaję, że jest to chwilami mało wygodne... Generalnie jednak cenię sobie tę część Binka także za wprowadzenie najmłodszych w chińską symbolikę i kulturę. Państwa Środka w książkach dla dzieci (szczególni tych młodszych) za wiele bowiem, do tej pory, nie znalazłem...

/BW/
 




czwartek, 26 października 2017

Historia czterech kółek („Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe”, tekst: Michał Leśniewski, ilustracje: Maciej Szymanowicz, Egmont, seria: Art)


Samochody to częsty temat dziecięcych książek. Każde większe wydawnictwo ma w swoim katalogu jakiś motoryzacyjny tytuł. Jest to znak czasów, ale chyba znakiem czasu powinna być także krótka refleksja nad tym czy wpajanie dzieciom atencji dla samochodów to coś pozytywnego? Przecież wszyscy widzimy, że nasze miasta wprost toną w autach. A kierowcy wciąż chcą dla siebie więcej i więcej przestrzeni. Zagranicą już nauczono się jak dawać temu odpór. Są sposoby, pomysły, realizacje i plany, które pokazują, że można żyć inaczej, z mniejszą liczbą samochodów. U nas nadal uważa się, że budowanie dróg i obwodnic rozwiąże problem korków w miastach i rosnącej lawinowo liczby pojazdów silnikowych. Tak nie będzie i chciałbym przy okazji (wspomnianych wyżej sposobów, pomysłów, realizacji i planów) polecić dwie książki nie dla dzieci, ale jakże warte lektury: „Miasto szczęśliwe” Montgomery’ego i „Walkę o ulice” Sadik-Khan. Przeczytajcie jeżeli będziecie mieli taką możliwość – mogę obiecać, że otwierają oczy na wiele spraw!


Cóż... powyższe zdania nie wyglądają jak zachęcający początek recenzji książki o samochodach... Tym bardziej, że zamierzam pisać w tonie pochlebnym.
Trudno mi jednak oddzielić sprawę pakowania dzieciom do głów uwielbienia do samochodów i sytuację prawie każdego większego polskiego miasta (wiecie, że w Kaliszu na 1000 mieszkańców przypada 850 samochodów? To podobno najwięcej w Europie!). Nie da się jednak ukryć, że „pakować do głów” można różnie i sposób w jaki robią to Michał Leśniewski (tekst) i Maciej Szymanowicz (ilustracje) bardzo mi się podoba. Powiedziałbym nawet, że lektura tych opowieści może wywoływać niespodziewane refleksje...



Przede wszystkim to jest książka z tekstami historycznymi. Opowieściami albo nawet gawędami. Tylko dwa ostatnie rozdziały odnoszą się do współczesności i to raczej na sposób rzekłbym metaforyczny – wszak dotyczą kosmicznych materiałów wykorzystywanych w produkcji aut i najszybszych samochodów, które można kupić. Ale pozostałą część książki wypełnia kilkanaście opowiadań o początkach motoryzacji (niektóre podzielone na części) oraz kilka o polskich samochodach okresu PRL-u (Warszawa, Syrena, Fiaty 125p i 126p). Być może dla maniaków czterech kółek są to opowieści doskonale znane, ale przyznaję, że dla mnie stanowiły nowość i chętnie je co wieczór dzieciom czytałem. Czego tutaj nie ma! Jest o pierwszym samochodzie, o Benzu i jego żonie, o twórcy pierwszej opony Dunlopie, o pierwszym samochodzie, który przekroczył prędkość 100 km/h, o Henrym Fordzie, o Citroenie-parasolce, garbusie, pierwszym samochodzie w Polsce, o Jerzym Jelińskim, który postanowił objechać samochodem świat, jest oczywiście o rajdzie Monte Carlo, a do tego lżejsze, przerywnikowe rozdziały o modzie samochodowej, pierwszych znakach drogowych, kierunkowskazach czy światłach – wszystko w tonie lekko napisanej historyjki pełnej ciekawostek (dobrze oddawanych też na rysunkach Szymanowicza).

Doceniam też, że autor dokonał w swojej książce wyboru tematyki. Nie próbował napisać o wszystkim, ale skupił na przeszłości. Dzięki czemu znajdziemy w „Ale auta!” w pewnym sensie świat dziewiczy, nieskażony samochodami i ich wyziewami. Świat, w którym auta są fanaberią albo uliczną sensacją podziwianą przez przechodniów. Kolejna ważna sprawa: jest to opowieść o ludziach. Maszyny, chociaż dominują w tytule i podtytule, są trochę na drugim planie. To także ważne z dzisiejszego punktu widzenia, bo trudno zaprzeczyć że współczesny samochód już dawno pożarł swoich twórców. Dla wielu stanowi wartość samą w sobie, znak luksusu, prestiżu, szpanu, ale w zalewie kształtów nikt już nie zastanawia się kto zaprojektował dane nadwozie, silnik czy udogodnienie uruchamiane przyciskiem na desce rozdzielczej. Jest to trochę taka sytuacja jak z powieści i filmów s-f, w których maszyny przejmują władzę nad ludźmi. Oczywiście pozornie tymi maszynami sterujemy, ale przecież coraz częściej to one sterują nami. I dlatego powrót do „ludzkich” początków samochodów był bardzo dobrym pomysłem. 





Wielkie podziękowanie dla autora także za opowieść o historycznej podróży Berthy Benz – była pierwszą osobą, która pokonała dystans 60 mil, w podróż do matki z Mannheim do rodzinnego Pforzheim wyruszyła z synami automobilem skonstruowanym przez męża i bez jego wiedzy. Chciała udowodnić, że wynalazek może się przydać do pokonywania dużych odległości. A w czasie drogi wielokrotnie samodzielnie maszynę naprawiała. Tyle teraz wychodzi książek o dokonaniach kobiet – fajnie, że jedna fascynująca historia pojawiła się w „Ale auta!”(by the way: kobieta siedzi też za kierownicą okładkowego garbusa). Tym bardziej, że pozycja będzie pewnie powszechnie targetowana na chłopców...

/BW/

poniedziałek, 23 października 2017

Winston Churchill zostaje agentem („Kot Winston. Tajna misja” Frauke Scheunemann, Debit)


Książka, przy której co chwilę włączała mi się myśl: już to gdzieś czytałem… Czytałem po wielokroć. I to w lepszym wykonaniu. Gadający kot. Dziewczynka, która ma kłopoty w domu i w szkole. Zamiana ciał. Safandułowaty profesor. Zły przemytnik z Rosji. Kobieta – obecnie gosposia, kiedyś nauczycielka. Złośliwe koleżanki i przyjaciele od serca. Intryga, w której dziecko podaje się za dorosłego. Pewnie kojarzycie takie motywy i takich bohaterów? Oczywiście stosowanie schematów nie jest jeszcze przyczyną, żeby daną książkę skreślić. W końcu wszystko już było... Jednak trzeba robić to z jakimś pomysłem, własną inwencją, autorskim rysem. Tego w „Tajnej misji” nie znalazłem.


Od samego początku trochę się zdziwiłem, że niemiecka autorka Frauke Scheunemann pisze książkę dziejącą się w Gdańsku, której główną bohaterką jest Rosjanka. Po co? Jej znajomość zarówno naszego kraju, jak i Rosji ogranicza się co najwyżej do narodowych stereotypów. A nawet i to nie, bo stereotypy dotyczą tutaj Rosji (główna bohaterka Daria pochodzi z tego kraju). O Polsce nie ma nawet stereotypów… Miejsce akcji czyli Gdańsk (który jak wiemy jest miastem literacko rozpieszczanym przez np. Grassa czy Huellego) nie ma żadnego znaczenia w tej historii, brak jakichkolwiek elementów w świecie przedstawionym, które wskazywałyby, że to się dzieje nad Mołtawą. Nie oczekuję żeby Scheunemann opisywała miasto z topograficzną dokładnością, jednak czytając miałem wrażenie, że gdyby pisarska wpisała do powieści nazwę innego europejskiego miasta to nie byłoby różnicy. Więc spieszę „uspokoić”, że o Polsce pani Frauke nie pisze stereotypowo, ponieważ nie pisze w ogóle…

Krótko o treści: w Gdańsku mieszka profesor fizyki Stanisław Grad. Ma piękną willę w lepszej dzielnicy i rozpieszczonego kota rasowego o „wymyślnym” imieniu Winston Churchill. Ma też gosposię Olgę, która jednak odchodzi ponieważ ma plany matrymonialne, a na jej miejsce zatrudniona zostaje jej siostra Anna, która ma córkę Darię. Anna ma kłopoty ze swoim byłym partnerem Jurijem, draniem, który chcę ją wrobić w przemyt papierosów. Natomiast Daria ma kłopoty w nowej szkole, gdzie dokucza jej wredna koleżanka Lena. Daria zaprzyjaźnia się z Winstonem, uczy go nowych zwyczajów, nawet wychodzenia na spacer. Wreszcie nadchodzi chwila, że oboje chronią się przed burzą na budowie, siadając na zwoju kabla, w który uderza piorun. Od tej chwili zamieniają się ciałami i realizują tajną misję (a nawet kilka): chcą oczyścić Annę z zarzutów, znaleźć w szkole prawdziwych przyjaciół dla Darii i na podwórku dla Winstona.

Większość bohaterów jest tutaj idealnie przezroczysta i scharakteryzowana za pomocą jednej cechy – profesor trochę buja w chmurach, Jurij jest złym przemytnikiem, Lena jest wredna itd. Najdokładniej poznajemy Darię i Winstona. Daria jest inteligentną, podążającą za dobrem dziewczynką, ale znowu jest to postać uniwersalna, pozbawiona indywidualnych rysów - mogłaby mieszkać wszędzie, działać w każdych warunkach, jej myśli i czyny są zglobalizowane. Obserwuję to coraz częściej u współczesnych autorów – pisać tak, aby bez problemu trafić do czytelnika z każdego (powiedzmy europejskiego) kraju. Nie ma wtedy problemu z tłumaczeniem. Oczywiście Daria jest Rosjanką, ale o jej narodowości pisarka przypomina sobie tylko kiedy akurat „przydusi” ją konieczność np. kiedy musi dać Lenie argument do psychicznej przemocy w szkole. Najlepiej poznajemy Winstona, którego obserwacje dotyczące świata ludzi są najjaśniejszym elementem książki.

Sam wyjściowy pomysł na tę fabułę jest bardzo ograny i schematyczny, ale im dalej w tekst tym niestety gorzej. Z początku mamy monolog kota, który ze swojej perspektywy opisuje wydarzenia. Nie jest to nic nowego, ale przynajmniej daje się jeszcze czytać, chwilami może nawet zainteresować. Gdyby pisarka do końca pisała w takiej konwencji... Ale po feralnym pomyśle zamiany ciał w powieści zaczyna się robić bałagan, czytelnikowi łatwo się pogubić w zasadach rządzących światem, szczególnie w umiejętnościach głównych bohaterów – kot w ciele dziewczynki zaczyna mówić (i pisać!), dziewczynka w ciele kota także mówi, ale słyszy ją tylko kot w ciele dziewczynki. Przed przemianą kot oczywiście też mówił, ale dziewczynka go nie rozumiała. Na dodatek autorka chcąc utrzymać tempo akcji sięga po kolejne absurdalne pomysły – np. kota w dziewczynce przyłapują na kradzieży i nagle okazuje się, że potrafi ona rozmawiać z dziewczynką w kocie także telepatycznie! Dalej kwestia przyczyny zamiany ciał – dostajemy jakieś mętne wyjaśnienie o elektromagnesie i przyciąganiu (po co to w ogóle wyjaśniać?). Do zamiany dochodzi przypadkowo i spontanicznie – zwykle w tego typu historiach powrót do właściwego stanu rzeczy także jest nagły i niespodziewany. Tymczasem tutaj autorka wykorzystuje medyczny aparat do rezonansu magnetycznego, który bezbłędnie daje sobie radę z ponowną zamianą ciał. Być może w kolejnych częściach autorka będzie z tej zamiany jeszcze korzystać… Nie wspomnę już o takich słabościach jak pomysł, żeby chłopiec podał się za dorosłego, który chce kupić papierosy z przemytu, a wszystko tylko dzięki zmienionemu głosowi w słuchawce - oczywiście to działa...

Przeczytałem na wiki, że pisarka tworzy jedną książkę o Winstonie rocznie (jest już 5) i być może w kolejnych trochę się „rozpisała”. Niestety „Tajna misja” jest dla mnie książką nijaką, o świecie pozszywanym bardzo grubymi nićmi. Portrety psychologiczne bohaterów i realia świata przedstawionego zostały tutaj skrajnie uproszczone na rzecz tak pożądanego obecnie „dziania się”. Mogę polecić chyba tylko maniakalnym kociarzom, chociaż Kornel Filipowicz potrafił więcej powiedzieć o tych zwierzętach w jednym krótkim opowiadaniu.

/BW/


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...