piątek, 11 sierpnia 2017

Udobruchać Emmę („Z Duchem do teatru”, tekst i ilustracje: Nika Jaworowska-Duchlińska)


- (...) Wy, którym się zdaje, że budka suflera to spiżarnia! Wy, którym się zdaje, że scena to salon, a kulisy to obrazy! Że kurtyna to firanka, a rekwizytornia to czyjeś tam nazwisko! - Poczerwieniała i pyszczek jej zmarszczył się aż po czoło. - Cieszę się! - krzyknęła. - Cieszę się, że inspicjent Filifionek (niech spoczywa w spokoju) was nie widzi! Nic nie wiecie o teatrze, nawet mniej niż nic, nawet cienia tego, czym jest nic! - W spiżami jest tylko bardzo stara szprotka - oznajmił Homek. - Jeżeli nie jest to raczej mały śledź. Emma wytrąciła mu rybę z łapki i z głową wysoko podniesioną wycofała się do swego kąta. Szurała tam czymś długo, aż w końcu wyciągnęła dużą miotłę i zaczęła gwałtownie zamiatać. - Co to jest teatr? - zapytała szeptem zaniepokojona Mama Muminka. - Nie wiem - odparł Tatuś. - Ale wygląda na to, że każdy powinien wiedzieć.


Zapewne pamiętacie ten fragment z „Lata Muminków”? Mi szczególnie utkwiła w pamięci Emma przemawiającą głosem Ryszardy Hanin w słuchowisku na dwóch winylowych płytach. Zasłuchiwaliśmy się nim będąc dziećmi. A dałem dzisiaj taki długi cytat, ponieważ bardzo przyda mi się przy opisie jednej z książek. Dlaczego? Po pierwsze mamy lato. Po drugie wyimek dotyczy teatru, a właśnie zdjąłem z półki „Z Duchem do teatru” Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej (Wydawnictwo Bajka). Po trzecie lektura książki pozwala dowiedzieć się kto to jest inspicjent. No i po czwarte głupio prezentować taką niewiedzę jak Mama i Tatuś Muminka. Po lekturze Ducha, lekko zgorzkniała Emma z pewnością nie będzie na was pyskować...

Przyznaję, że odłożyłem na bok trochę książek. Tempo ukazywania się wydawniczych premier jest obecnie ogromne i nie zmniejsza się nawet z okazji wakacji. Tymczasem niektóre pozycje wymagają dystansu, odleżenia. Wiele napisałem na blogu recenzji na gorąco i jak je czytam po jakimś czasie to stwierdzam, że mój ogląd jednak ewoluuje. Że dzisiaj może napisałbym trochę inaczej... Są to myśli, które mam od jakiegoś czasu i być może zaowocują wkrótce osobnym wpisem.



I teraz chciałbym właśnie skreślić słów parę o książce odleżanej. To leksykon wiedzy o teatrze autorstwa Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Pani Duch dobrze wie o czym pisze bowiem w teatrze pracuje (jako scenograf i kostiumolog). W ogóle „leksykon wiedzy” może brzmieć w tym przypadku trochę odstraszająco – bo i owszem jest to wiedza, ale ciekawie i lekko podana. Wręcz idealnie dla czytelnika dziecięcego, nawiązuje do jego doświadczeń (przykład: opisanie pojęcia „akcja” przez odwołanie do jazdy na deskorolce!) Książka ma podział na hasła, ale jest to sprawa, którą nie musicie się przejmować. W zasadzie to jedna, koherentna opowieść o teatrze, z której czuć, że autorka wiem o czym pisze (swoją drogą: nie wiedziałem, że ludzie teatru są tacy przesądni!) - cytuje, podaje przykłady, porównuje. I przy tym wszystkim opowiada o teatrze naprawdę pięknie, ani przez chwilę nie zapomina (ani ona, ani my – czytelnicy), że na scenie mamy do czynienia z magią, z tworzoną wprawdzie przez ludzi, a nie czarodziejów, ale jednak magią. Bardzo podobały mi się też minimalistyczne rysunki stworzone przez autorkę, które wzmagają ten interesujący przekaz. 



Nie jest to zatem pozycja, którą ściąga się raz na jakiś czas z półki, żeby na potrzeby szkolnego wypracowania wynotować poważnie brzmiącą definicję. To jest książka do czytania, do odkrywania, wstęp do samodzielnego doświadczenie teatru.

No dobra, ale czym się w końcu zajmował inspicjent Filifionek? Wyobraźcie sobie samolot pasażerski. Jego pasażerowie to aktorzy. Pilot to reżyser. A ten człowiek, który siedzi w wieży kontroli lotów i mówi: „Macie pozwolenie na start” - to jest właśnie inspicjent. Chcecie więcej? Czytajcie Ducha!

/BW/





wtorek, 8 sierpnia 2017

Dzieciom o „starłorsach” coś przeczytać możesz... („Akademia Jedi”, „Akademia Jedi. Powrót padawana”, „Akademia Jedi. Łobuz Widmo”, tekst i rysunki: Jeffrey Brown)


Uwaga zaczynam i powiem to szybko: lubię filmy z serii Star Wars. Ciemna i jasna strona mocy. Luke i Leia. Vader. Yoda. Nie jestem może fanem skrajnym, kimś kto ubrałby na ślub maskę Lorda Sithów albo szturmowca Imperium, kto kupiłby grilla w kształcie Gwiazdy Śmierci albo próbował nauczyć się podstaw języka Wookieech – tym niemniej filmy cenię (z naciskiem na oryginalną sagę) i lubię, raz na jakiś czas, do nich wracać. Przyznaję też, że nigdy nie interesowały mnie fanfiki w postaci książek opisujących dodatkowe epizody, rozwijających wątki jakichś tam drugoplanowych postaci czy planet. Ostatnio, kiedy Disney kupił od George’a Lucasa prawa na tworzenie kolejnych części sagi, ale też kręcenie filmów spin-offów rozgrywających się w uniwersum SW i posługiwanie się znakiem handlowym SW obserwujemy ogromną ekspansję gadżetów i bajerów, skierowanych głównie do dzieci. Mamy więc klocki Lego, seriale, komiksy, gry, ubrania, czekoladki, tornistry, resoraki i milion innych rzeczy. Wcale nie twierdzę, że to dobrze. Co za dużo to zwyczajnie niezdrowo. Przede wszystkim jednak zastanawia mnie coś innego – historia przedstawiona w tych najsłynniejszych częściach Star Wars, kiedy jeszcze nikt nie wyczuł w tym biznesu (chociaż w „Powrocie Jedi” już się pojawiły Ewoki z myślą o produkcji pluszaków dla dzieci) nie za bardzo nadaje się dla młodszych dzieci. Wiecie – ojciec staje się zły, matka umiera, dzieci idą na poniewierkę a gość w czarnym kapturze przejmuje władzę nad wszechświatem. Mam wrażenie, że o rzeczywistym wydźwięku tej historii zapomnieli lub chcieli zapomnieć prawie wszyscy np. producenci cukierków, które wyjmuje się z plastikowej maski Lorda Vadera...

Nie zamierzam jednak brnąć w opisywanie popkulturowego fenomenu czy mechanizmów franczyzy SW - mądrzejsi zrobili to przede mną i pewnie jeszcze zrobią nie raz. Dla mnie istotne jest, że postacie z Gwiezdnych Wojen (przynajmniej niektóre) są mojemu Kostkowi znane. Nie sposób tego kontaktu  uniknąć, a skoro już się to mleko rozlało to pomyślałem, że zamiast nad nim rozpaczać lepiej ułożyć z niego kontur rycerza Jedi... Innymi słowy jakoś sensownie skanalizować ten pęd ku „starłorsom”. Trochę się nad tym zastanawiałem, szukałem i tak trafiłem na Jeffreya Browna. To rysownik i scenarzysta, który fanom gwiezdnej serii znany jest przede wszystkim z książeczek pokazujących perypetie Dartha Vadera jako ojca małej Lei i Luke’a. Było to zrobione lekko, zabawnie i inteligentnie, dlatego zyskało spore grono wielbicieli. Brown jest też autorem trzech komiksów w serii „Akademia Jedi” (Wydawnictwo Ameet)  – o których to właśnie chciałbym teraz napisać.



Ich bohaterem jest Roan Novachez. Roan marzy, że zostanie pilotem myśliwca (jak ojciec i brat), ale nie zostaje przyjęty do wymarzonej szkoły czyli Akademii Pilotów. Zostaje mu uczelnia rolnicza, a jak powszechnie wiadomo rolnictwo to najgorsze zło tego świata i umysł Vadera to przy tym małe miki. Warto przy okazji wtrącić, że chłopak pochodzi z Tatooine, rolniczej planety na której wychowywał się Luke Skywalker Na szczęście w ostatniej chwili jego zdolności wyczuwa czołowa postać Akademii Jedi, czyli nie kto inny jak mistrz Yoda (to zresztą jedyna postać z oryginalnej gwiezdnej sagi obecna w tym komiksie, ale z racji tego, że ma 700 lat można go wcisnąć prawie wszędzie...). Przesyła on Roanowi pismo z propozycją rozpoczęcia nauki w swojej szkole. Novachez zgadza się, ale wbrew pozorom zadanie przed nim niełatwe... 


Z czym mamy tutaj do czynienia? Z opowieścią z życia szkolnego ludu ubraną w kostium Star Wars. Są sprawdziany, ferie, wakacje, egzaminy, potańcówki, pierwsze miłości i konflikty. Jedni nauczyciele są spoko, inni jakby się uwzięli (szczególnie pan Garfield). Jak to w budzie – można znaleźć przyjaciela typu Pasha, ale można też natknąć na złośliwego Zabraka o imieniu Cronah lub Cyrus (z Zabraków pochodził Darth Maul). Żarcie na stołówce jest parszywe (dość powiedzieć, że  kucharz Gammy jest fanem potraw zawierających oczy). Roan naprawdę nie ma w akademii łatwego życia, a powiedzieć, że rzadko mu coś wychodzi to nic nie powiedzieć. Jak robi eksperyment z wulkanem to ten wybucha na całą salę, jak ma obsługiwać symulator lot to maszyna się psuje, jak chce zatańczyć z Gaianą to akurat muzyka przestaje grać. Jednym słowem pasmo porażek łamane przez okropności okresu dojrzewania. Piętrzone przed naszym bohaterem trudności nie zrażają go jednak i całość każdego tomu kończy happyend.




Nazwanie tych książeczek komiksami też nie do końca jest precyzyjne – to połączenie komiksu z pamiętnikiem (wpisy pojawiają się pod dniami tygodnia od primka do septeli), notatnikiem a nawet szkicownikiem i brudnopisem. To forma, którą w komiksie dla dorosłego czytelnika doskonale opanowali np. Guy Delisle („Kroniki jerozolimskie”, „Pjongjang”) czy Craig Thompson („Dziennik podróżny”). Bardzo lubię taki sposób komiksowej narracji (podobnie zresztą jak styl rysunków Browna) i tutaj też mi się podobał mimo natłoku zupełnie nieistotnych dla mnie, dorosłego czytelnika informacji typu budowa miecza świetlnego, plany lekcji, screeny z holobooka, zawartość pierwszych stron gazetki szkolnej pt. „Informator Padawański” czy komiks Roana, w którym wyśmiewa Ewoków i Jawów chcących opanować tajniki pilotowania myśliwca. W środku mamy więc krótkie komiksy (góra trzy strony) przeplatane czym się tylko da, zgodnie z zasadą – żeby nie było nudno. I rzeczywiście nie jest, ale według mnie najlepsze fragmenty tych wydawnictw to jednak te komiksowe. 

Wiedzcie też, że te książeczki to wcale nie jakieś tam „fiu bździu”, które poczytacie dziecku w poczekalni u lekarza. Każda liczy ok. 170 stron, więc obcowanie z nimi może stanowić wprowadzenie w lektury komiksowo bardziej zaawansowane...

 „Akademia Jedi” dobrze sprawdza się także jako komiks dla starszych czytelników, bo stanowi naprawdę fajną zabawę motywami ze SW. Przyznaję, że całkiem kreatywną, o co w tej franczyzie coraz trudniej... O podobieństwie Roana do Luke’a już pisałem, ale tutaj wciąż widzimy znajome miejsca ze starej sagi i bohaterów, którzy na razie są nieletni, ale wkrótce będą tworzyć Republikę, a potem Imperium. A nawet jeżeli to nie ci sami – są do nich podobni z twarzy… Spójrzcie na wystawkę zdjęć z ferii wrzuconych na , które przysłali do akademii jej uczniowie. Przecież mamy tutaj prawie całe Star Wars! Popatrzcie:


Wielką wartością komiksów Browna jest to, że nie pokazują przemocy. Bohaterowie władają mieczami świetlnymi, ale albo obcinają nimi (przez przypadek) kawałek stołu lub kanapy, albo walczą w sportowym dorocznym turnieju szkolnym. Być może ta infantylizacja idzie niekiedy trochę za daleko w wyniku czego Yoda zostaje przedstawiony nie jako wielki mistrz Jedi, ale bardziej zabawny stworek (używając mocy plewi nawet ogródek) rzucający na lewo i prawo swoimi specyficznymi składniowo maksymami.

Reasumując „Akademia Jedi” to rozrywka niegłupia i całkiem wciągająca.

/BW/

PS W zestawie z komiksami można też kupić interaktywny „Dziennik kontratakuje” – jest to ni mniej, ni więcej książka do wypełniania, wpisywania i rysowania, w której można się wczuć w Roana Novacheza.

piątek, 4 sierpnia 2017

Życie jako najbardziej schematyczny pisarz świata? („Kroniki z życia ptaków i ludzi” Aida Aimer)


Przyznaję, że sięgnąłem po „Kroniki z życia ptaków i ludzi” Aidy Aimer trochę przez przypadek. Pochodzę ze Szklarskiej Poręby, a mieszkam we Wrocławiu więc temat przesiedleń, wchodzenia do opuszczonych domów, w których jeszcze przed chwilą byli inni ludzie jest mi znany. Nawet jeśli sam tego nie przeżyłem, to pamięć o tych powojennych wydarzeniach, w mojej rodzinie nadal trwa i ma się dobrze. Wciąż wspomina się, że na strychach stały drewniane narty, nad umywalkami w kuchniach wisiały ściereczki haftowane napisem „Guten Tag”, a wujek wykopał pod agrestem skrzynie z porcelaną. Spodziewałem się, że książka wydana przez Naszą Księgarnię będzie do tych moich wspomnień i przeżyć nawiązywać i że będzie bardziej skierowana do dzieci i młodzieży. Tymczasem dostałem jak najbardziej dorosłą powieść o trudnych ludzkich losach.



Muszę się przyznać, że przeczytałem ją dosyć szybko i z umiarkowanym zaangażowaniem. Z jakąś niezwykłą łatwością przebiegłem przez losy wszystkich opisanych tutaj ludzi, prześlizgnąłem się po ich życiach tragicznych i mniej tragicznych, aby stwierdzić, że jest to typowa opowieść „do śmiechu, no i do łez”. Taka stworzona według sprawdzonego schematu, w którym dziedzic musi być nieszczęśliwie zakochany w chłopce, Szkot musi być skąpy, a jak ktoś w przedwojennej Warszawie pójdzie w miasto to koniecznie muszą go okraść i musi zahaczyć o dom uciech. Mężczyzna biorący za żonę kobietę noszącą dziecko innego musi być brutalny, agresywny i zakompleksiony, ubekom musi kwaśno śmierdzieć z ust, a wrażliwy chłopiec z pewnością zostanie muzykiem... Aida Aimer pisze trochę i o urokach wielkiego miasta, i o skarbie, i o życiu towarzyskim i uczuciowym na wsi polskiej, trochę o arystokracji, trochę o miłości i wreszcie trochę o wojnie, bombardowaniach zagładzie i złu. Zatem dla każdego coś miłego (albo nie). Na początku lektury miałem większe oczekiwania, które malały wraz z każdą kolejną przeczytaną stroną. Zgodnie z okładkowym blurbem opisane wydarzenia są po części prawdziwe – jeśli tak, to życie okazuje się być najbardziej schematycznym pisarzem na świecie. Zwróćmy jednak uwagę na to „po części”. Miałem bowiem wrażenie, że pisarka zasłyszane lub przeczytane fakty hojnie wzbogacała swoją fabularną inwencją. Proporcje nie są mi znane (nie sposób też dowiedzieć się ich z posłowia), więc bezpieczniej będzie potraktować przedstawioną opowieść w całości jako fikcję literacką.

Książka polsko-palestyńskiej pisarki to połączenie sagi rodzinnej z opowieścią o miejscu, o axis mundi. Coś jakby zmiksować „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier z „Mostem na Drinie” Ivo Andrica, maksymalnie upraszczając. Wymienione tytuły bowiem, oprócz tego iż opisywały konkretne miejsca i konkretne ludzkie losy były w ogólnej swojej wymowie metaforyczne i uniwersalne. Aida Aimer również tak chciała, nie wątpię. Cóż kiedy się nie udało...

Forma wybrana przez pisarkę dla przedstawienia tej fabuły czyli poszatkowanie poszczególnych historii a następnie ułożenie wbrew porządkowi czasowemu tylko pozornie jest zabiegiem utrudniającym odbiór książki. Nie takie rzeczy czytaliśmy u Faulknera czy Buczkowskiego, nie takie hocki klocki serwowali nam Cortazar z Parnickim. Tutaj zabieg ten został wprowadzony w wyższym celu – mianowicie miał pokazywać nietrwałość ludzkiego losu, fakt, że wystarczy gwałtowniejszy ruch i wszystko sypie się jak domek z kart, które upadają na dywan zupełnie przypadkowo. I układają się w losową mozaikę narodów, ludzi i charakterów. Niestety autorka nie zapanowała nad tą mozaiką... Niektóre historie pozostały niezakończone, inne urwały się nagle i już nie zostały podjęte. Świat przedstawiony tej książki przypominał mi układanie niekompletnych puzzli - opróżniliśmy już pudełko, widzimy ten obraz na stole, ale nadal jest w nim wiele białych, pustych miejsc. Pewnie się zgodzicie, że jest to jeden z najbardziej denerwujących momentów... "Kroniki..." są dla mnie takimi właśnie niekompletnymi puzzlami.

Akcja powieści zasadniczo dzieje się w dwóch wsiach – w Żubrynku na Podlasiu i Gąskach na Mazurach (właściwie Gonsken, a od 1938 r. Herzogskirchen). Miejsca te nie były od siebie bardzo oddalone, ale w wyniku działań wojennych Żubrynek został zniszczony, a Gąski wysiedlone z mieszkających tam Niemców i objęte jurysdykcją Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Rodziny z Żubrynka zostały przesiedlone do Gąsek. W książce opisana została jedna taka rodzina – Sztulmowskich. Po przybyciu do nowego miejsca zajmują dom Stuhlmacherów. Fonetycznie nazwiska są podobne i autorka na kilka jeszcze sposobów stara się familie te do siebie zbliżyć np. najmłodsze dzieci z rodziny są wrażliwe (Jaś i Fritz). Aczkolwiek nadanie takiego samego imienia matce z rodziny niemieckiej i krowie, którą posiada rodzina polska (Berta) uznaję za zabieg nieco mało elegancki...

Książka miała w założeniu traktować o zbiorowości, stąd u Aimer brak głównego bohatera. Dla mnie to kolejny, duży minus powieści. Autorka nie poradziła sobie z wprowadzoną do historii liczbą bohaterów. Niektórych poznajemy tylko z imienia, niektórzy pozostali tylko schematycznymi, papierowymi tworami, wreszcie niektórzy, z tych opisanych trochę szerzej nie dostali zakończenia swoich historii. Na głównych bohaterów powieści wyrastają więc Jan Putra, chłop który dwa razy (po śmierci żony i po wkroczeniu Armii Czerwonej) postanowił wyruszyć w świat (aczkolwiek co robił przez całe pięć lat po pogrzebie żony Eugenii dokładnie się nie dowiadujemy) i jego córka Apolonia Sztulmowska, kobieta o niezwykłej urodzie, która została zmuszona wyjść za mąż za brutalnego psychopatę Józefa Sztulmowskiego. To ich losy głównie poznajemy, pozostali bohaterowie są tłem. Raz nakreślonym staranniej, innym razem tylko naszkicowanym. Być może autorka planowała pierwotnie napisać książkę obszerniejszą, ale z jakichś powodów została zmuszona do jej szybszego zakończenia?

Na co jeszcze zwróciłem uwagę... Uproszczone i trochę infantylne fragmenty historyczne (jest ich sporo, ale np. fragment o tym jak w Jałcie Stalin, Churchill i Roosvelt wyrywali sobie chorągiewki). Niektóre fabularne pomysły brzmią mało wiarygodnie np. hrabina Izabela von Ansbach korespondująca ze wszystkimi znanymi ludźmi epoki od Einsteina do Virginii Woolf. Nawet Jung przyjechał na wakacje nieopodal jej rezydencji i został terapeutą Jasia Putry (!) Nie za bardzo rozumiem też czemu tytuł książki tak bardzo akcentuje symbiozę ludzi i ptaków, podczas gdy zawartość wcale jej nie podkreśla. Bardziej chyba uzasadnione byłoby napisanie „zwierząt i ludzi” – mamy tutaj wszak historie konia Ryżego, suki Traszki czy krowy Berty. Na pewno zarysowane ciekawiej, niż te z udziałem ptaków. Ale generalnie i tak, mimo niewątpliwie ciepłego podejścia autorki do zwierząt, pełnią one tutaj raczej rolę poddańczą. To nie jest książka o ptakach czy zwierzętach – to jest książka o ludziach. Wreszcie drobiazg, który utkwił mi w pamięci: kilkakrotne porównywanie pięknej, ale drobnej kobiety do porcelanowej figurki, laleczki.

Reasumując powieści Aidy Aimer zdecydowanie bliżej do ambitniejszego czytadła niż wstrząsającego historiozoficznego świadectwa.

/BW/

poniedziałek, 24 lipca 2017

Senne rozwiązania („O czym nie śniło się dorosłym”, „Ja chyba śnię”, „Bartek, Lenka i sny”, tekst: Joanna Wachowiak, ilustracje: Jola Richter-Magnuszewska)

Czytając moim dzieciom książki zawsze jestem trochę rozdarty – czy ważniejsze jest żeby dana pozycja przede wszystkim podobała się im? Czy może najpierw powinna spodobać się mnie, albo raczej przejść przez moje „cenzorskie” sito? Zwykle poznajemy książki wspólnie – ani ja nic o nich nie wiem, ani nie wiedzą dzieci. Ale jakaś pierwsza ocena, taka czy inna, ma miejsce. Ilustracje, wydawnicze zapowiedzi... Swoją drogą – w literaturze dla dzieci ocenianie książki po okładce bardzo często okazuje się całkiem sensowne... Napisałem „cenzorskie”, chociaż do cenzora mi daleko – niemniej kilkakrotnie zostałem zmuszony do czytania produktów książkopodobnych i jest to doświadczenie mało przyjemne. Na szczęście tego typu pozycje coraz rzadziej trafiają pod naszą strzechę – incydentalne są już nawet przypadki, że dzieci same gdzieś dorwą, albo dostaną od kogoś (szczęśliwie dzięki prowadzeniu bloga książkowe podarunki zostały u nas właściwie zupełnie zarzucone przez rodzinę i znajomych). Ale skąd w ogóle wzięło się to zastanawianie? Z książek o Bartku przedszkolaku napisanych przez Joannę Wachowiak, a zilustrowanych przez Jolę Richter-Magnuszewską. 



Ostatnio regularnie je czytamy (do tej pory ukazały się w Wydawnictwie Bis trzy książki o przygodach chłopca). I właśnie z tymi opowiadaniami o snach chłopca jest tak, że dzieci od razu je kupiły, a ja początkowo nie byłem za bardzo przekonany. Trudno mi tak zdecydowanie wyznać skąd się to początkowe „nieprzekonanie” wzięło... Może stąd, że rola dorosłych bohaterów została tutaj marginalizowana, ograniczona do koniecznego tła, a kolejne historie dowodzą przede wszystkim siły dziecięcej wyobraźni? To oczywiście nie jest wada – ale Pan Czytacz też człowiek;) A może dlatego, że spodziewałem się humorystycznych obrazków z życia przedszkolaka, a dostałem jednak coś innego? Spieszę jednak donieść, że początkowe małe rozczarowanie, znikało z każdym przeczytanym tekstem. 



Dobra, może trochę więcej szczegółów. Jak już zdążyliście się domyślić książki Joanny Wachowiak to zbiory opowiadań, opowiadań pisanych według określonego schematu. Nie lubimy schematu, wiem – ale tutaj jest w pewnym sensie konieczny. Wygląda to tak, że Bartka raz za razem, opowiadanie za opowiadaniem spotyka jakaś życiowa sytuacja np. chce dostać zabawkę, którą mają wszyscy, siostra Lenka płacze i przeszkadza mu w spaniu, nie chce mu się próbować jeździć na rowerze bez dokręconych kółek, ma przynieść do przedszkola zwierzątko albo ciocia każe mu się grzecznie bawić w swoim salonie, ale jednocześnie nie może tam niczego dotykać itp. Rodzice znają to bardzo dobrze. Po każdej takiej sytuacji z życia, stanowiącej wstęp, chłopiec zasypia (z różnych przyczyn), a jego sen stanowi komentarz do sytuacji, która go spotkała. Pewnego rodzaju edukacyjny komentarz, a zarazem poradę jak należy postąpić. Oniryczna przygoda pozwala mu zrozumieć, że się mylił, bądź, że miał rację, ale niekiedy pozwala też zrozumieć to dorosłym, bo Bartek prawie zawsze swoje sny opowiada. 




Tylko własne doświadczenie (nieważne, że senne) jest w stanie zmienić sposób myślenia chłopca. W jednym z opowiadań Bartek ma dosyć nauki jazdy na rowerze bez bocznych kółek. Żeby zmienić jego nastawienie tato czyta mu bajkę o orle (chłopiec od razu orientuje się w dydaktycznych zamiarach ojca), ale do nauki jazdy wróci dopiero po śnie, w którym przemienia się w kurę chcącą nauczyć się jeździć na jednokołowym rowerze... 

Niewątpliwe sednem, główną wartością każdego opowiadania jest pomysł na sen. I Joanna Wachowiak ma bardzo ciekawe pomysły. Raz są one filozoficzne, innym razem humorystyczne, a bywa że czerpią z baśniowym motywów. Sen prawie zawsze związany jest z metamorfozą bohatera (np. zmienia się w kamień lub owcę) lub znanych mu osób (w jednym mama zmienia się w małą dziewczynkę i idzie z Bartkiem do przedszkola). 

Opowiadania Joanny Wachowiak są więc dla rodziców (bo że dzieciom się podobają to wiadomo) całkiem przydatną pomocą pedagogiczną. Właśnie forma snu dobrze do dzieci przemawia, ponieważ uznają, że recepty na rozwiązanie jakiejś sytuacji pochodzą od nich samych. A nie z narzuconej dydaktycznej historyjki o jakimś orle. Sprytne. I moje dzieci też to załapały. Od jakiegoś czasu, zawsze rano opowiadają swoje sny. Na przykład Kostkowi śnił się niedawno gołąb, który był kierownikiem odbudowy katedry. Nie wiem czy to się nadaje na opowiadanie, ale brzmi bardzo malowniczo. 

 /BW/

czwartek, 13 lipca 2017

Czarodziejska góra dla dzieci („Człowiek jaki jest każdy widzi” tekst: Marzena Matuszak, ilustracje: Grażyna Rigall)

Odkrycie ostatnich dni. Właściwie nie powinienem zdradzać o czym jest... Przecież właśnie zagadka buduje część wartości tej opowieści. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że recenzja powinna, chociaż trochę, wprowadzać. A zatem... 

Akcja dzieje się w himalajskim hotelu prowadzonym przez rodzinę Yetich. Okazuje się, że te mityczne stworzenia, które podobno widują ludzie gór, istnieją i mają się dobrze, prowadząc dobrze prosperujący przybytek hotelowy all inclusive. W ich hotelu znajdują schronienie i wypoczynek najróżniejsze zwierzęta, niczym na biblijnej Arce – komar, małpa, rekin, krowa, pies, leniwiec i wąż. Wypoczynek trwa w najlepsze i jak to „na wywczasie” trzeba o czymś pogadać podczas jedzenia czy moczenia się w jacuzzi. A ponieważ córeczka państwa Yetich, Ciekawska Yetinka nigdy nie widziała jeszcze ludzi, a wie o ich istnieniu prosi o pomoc w poznaniu tego gatunku wypoczywające zwierzęta. Te, jak się domyślacie, mają w kontaktach z człowiekiem różnorodne i bogate doświadczenia oraz przemyślenia, którymi nie omieszkają się podzielić... 



Książka Marzeny Matuszak proponuje dzieciom nieoczywistą fabułę, opartą na pomyśle wymagającym trochę dłuższego zastanowienia i zrozumienia. Fabułę stanowiąca wiwisekcję ludzkości dokonywaną przez zwierzęta, wiwisekcję niewygodną dla nas, związaną z wyliczaniem przykrych, pomijanych faktów związanych z egzystencją homo sapiens, a jednocześnie, w ostatecznym rachunku jakoś człowieka uwznioślającą, pokazującą go jako istotę zagadkową i niezrozumiałą. Z jednej strony stanowi coś na kształt traktatu filozoficznego – zupełnie jakbyśmy słuchali w zwierzęcej i lżejszej wersji rozmów prowadzonych w sanatorium Berghof przez Castorpa z Napthą i Settembrinim. Z drugiej to inteligentna gra lieracko-baśniowymi motywami, gra interesująca, w której znane fabularne tropy stają nam nagle przed oczami w zupełnie nowym świetle. Uważam i piszą to z całą świadomością, że „Człowiek jaki jest każdy widzi” powinien być czytany w szkole, powinien być na liście lektur. Jakże niewiele takich propozycji można spotkać w dzisiejszej ofercie wydawniczej. Szczególnie sygnowanych przez polskich autorów. 




Kiedy czytam moim dzieciom jakąś książkę, zawsze zastanawiam się nad tym – co ona im może dać? Czego się z niej dowiedzą? Jak na przedstawioną historię zareagują? Podobne pytania zadawałem sobie czytając książkę Marzeny Matuszak. Przede wszystkim wydaje mi się, że jej wartością jest sposób pokazania stosunku ludzi do zwierząt, pokazania sprawiedliwego, bez ukrywania niemiłych faktów. Takich, którymi zwykle się dzieci nie obarcza. Ale autorka oddaje też sprawiedliwość homo sapiens i akcentuje jasną stronę ludzkiej natury. Bardzo podoba mi się też jak przedstawione zostały zwierzęta. Nie są to kreacje typowe dla dziecięcej literatury, z jednej strony są to stworzenia realne, z których każde ma swoją rację, swoją mądrość, swoją prawdę. Z drugiej strony autorka nie zapomina o umowności tego świata, jego literackości, mityczności i np. każe wilkom wspominać przodka, który zginął w baśni o „Czerwonym kapturku”.

Tak się to czyta, że raz się człowiek (z naciskiem na to słowo) uśmiechnie, innym razem zamyśli, a bywa nawet, że trochę zdenerwuje.


Tytuł to oczywiście parafraza znanego powiedzenia o koniu zaczerpniętego z „Nowych Aten” Chmielowskiego. Muszę przyznać, że w odniesieniu do naszego gatunku brzmi ono zupełnie inaczej... 

/BW/

wtorek, 11 lipca 2017

Przygoda na Górnym Śląsku („Gdzie jest skrzynia z karabinami?” tekst: Artur Pacuła)


Druga powieść przygodowa dla młodzieży autorstwa Artura Pacuły, tym razem z Katowicami i historią powstań śląskich w tle. Grupa nastolatków poszukuje skrzyni z karabinami czytając listy pisane gwarą śląską przez Adalberta Sobottę. Sam pomysł, który stanowi jednocześnie okazję do zaprezentowania Górnego Śląska jako miejsca ciekawego i wartego odwiedzenia, wydaje mi się całkiem udany. Brzmi to wszystko całkiem sensownie i chwilami jest nawet wciągające. Bywa jednak, że pomysł to trochę za mało. Z jego wykonaniem już tak dobrze moim zdaniem nie jest. Poniżej wynotowałem kilka swoich czytelniczych odczuć.


Moja pierwsza refleksja po lekurze: ta powieść cierpi na nadmiar bohaterów. Jest ich tutaj zwyczajnie za dużo! Nie wiem dlaczego musieli pojawić się wszyscy występujący w pierwszej książce czyli „Gdzie jest korona cara?”, mimo iż pochodzą z różnych miejsc w Polsce? Żeby ich na powrót zebrać w grupę, autor nieźle się musiał namęczyć, niejednokrotnie trochę za bardzo kombinując i szafując prawdopodobieństwem. A przede wszystkim nadmiernie tę fabułę rozwlekając. W efekcie przewija się nam przed oczami tłum bohaterów – i chyba żaden nie został należycie wyeksponowany. Nawet Igor, który jest przecież protagonistą tej książki - wszystko zaczyna się od jego wyjazdu na Śląsk - na koniec znika w tłumie innych, mniej ważnych, postaci.

Chwilami książka za bardzo też zbliża się do historycznego wykładu o powstaniach śląskich – zdaję sobie sprawę, że trudno wpleść do tekstu takie informacje, niemniej można to zrobić bardziej subtelnie. I miałem wrażenie pewnego niezdecydowania autora co do nazwijmy to „ogólnej linii programowej” - czy powieść ma być kontynuacją uznanej tradycji spod znaku Pana Samochodzika (zagadki, skarb, męski autorytet), czy raczej opisywać świat współczesny, w którym głównym pomocnikiem jest „wujek Google”.

Kolejna sprawa – w tej książce wciąż musi się coś dziać, bohaterowie bezustannie są w ruchu, jak nakręceni. Zamiast spędzać wakacje i cieszyć się dzieciństwem/młodością wydaje im się chyba, że biorą udział w komputerowej grze. Opisy, w których można było zaprezentować więcej klimatu i specyfiki Górnego Śląska zostały ograniczone do minimum. W sumie wiem, że takie są dzisiaj oczekiwania czytelników, dla których opisy kojarzą się ze smęceniem Elizy Orzeszkowej (o ile w ogóle wiedzą kto to jest), jednak z rozrzewnieniem wspominam takie książki jak „Koniec wakacji” Janusza Domagalika, gdzie Górny Śląsk prezentuje się jako wspaniała i fascynująca przestrzeń opisywana na sposób chwilami poetycki. Współczesna kultura popularna nastawiona jest jednak na szybki efekt, muszą być wciąż trupy i złamane serca, musi się coś dziać, bo inaczej książkę czy film rzuca się w kąt tagując określeniem #nudna. Śledzę blogi książkowe i widzę jak to hasło „czytanie moim życiem” staje się karykaturą, gdy kolejny internetowy recenzent rozpływa się w zachwytach nad melodramatyczną papką, a wszelkie próby sięgnięcia po ambitniejszą pozycję kończą się stwierdzeniem: tego nie da się czytać itd. Przepraszam jednak za dygresję...

Nie podobał mi się też sposób przedstawienia relacji międzyludzkich. Zostało to zrobione dosyć topornie, zarówno jeśli chodzi o pokazywanie młodzieńczych czy dorosłych uczuć, jak i rodzinnych nieufności. Tutaj też polecam lekturę wspominanej wyżej powieści Domagalika. Wreszcie dosyć mało emocjonującą postacią był czarny charakter czyli antykwariusz Majer. Waldemarowi Baturze mógłby czyścić buty...

Jeszcze słów kilka o języku tej książki – mam wrażenie, że przydałaby się tutaj porządna redakcja, ale bardzo mi przeszkadzało wiele rzeczy w czytaniu, począwszy od nagminnych wyrazów dźwiękonaśladowczych, powtórek tych samych zdań (powtarzanych przez różnych bohaterów, ale jednak), a skończywszy na fragmentach (jest ich tutaj naprawdę sporo) ocierających się o humor szkolnych zeszytów typu: „Był bardzo głodny. Pierogi z wczoraj zostały już dokładnie spalone przez jego wysportowane ciało” czy „Katowice przywitały Monikę i Krygiera gorącym oddechem przemysłowego miasta”. 

Na koniec chciałbym podziękować autorowi za przesłanie książki. Bardzo doceniam fakt, że samodzielnie promuje swoje powieści i nie boi się krytycznych uwag. Mam też nadzieję, że moje potraktuje wyłącznie użytkowo - tworząc świat trzeciej części cyklu.

/BW/

piątek, 7 lipca 2017

Zmyślone historie są spoko („Za duży na bajki” tekst: Agnorszka Bloska, opracowanie graficzne i skład: Paweł Dąbrowski)


W debiutanckiej powieści Agnorszki Bloskiej poznajemy historię Waldka. Chłopca, który ma bardzo chorą mamę i ekstrawagancką ciotkę. Mama musi przejść poważną operację, dlatego do miasta przyjeżdża ciotka, która będzie się Waldusiem (jak go nazywa) opiekować. Oczywiście chłopak nie jest z tego powodu zadowolony. Ciotka ma dziwne pomysły, plany i umiejętności – a jakby tego było mało Waldek zmaga się z otyłością, trochę nieszczęśliwie zakochuje, znajduje iguanę i spędza czas z najlepszym kumplem Staszkiem. Nie jest to bynajmniej wszystko, bo w książce pojawiają się też wtrącenia w postaci bajek opowiadanych chłopcu przez mamę - o koszykarskiej drużynie nieudaczników, dzieciach pracujących w nielegalnej fabryce w okresie rewolucji przemysłowej, wreszcie o dziewczynce, która z wielkiego, futurystycznego i bezdusznego miasta musiała pojechać do mieszkającego w lesie wujka. Każda z tych historii jest ciekawa i spokojnie mogłyby znaleźć miejsce w osobnej książeczce. Autorka miała chyba sporo przyjemności wymyślając te opowieści. Dostrzegam w nich fajną zabawę motywami znanymi z literatury dziecięcej i dorosłej.


„Za duży na bajki” to pierwsza książka dla młodszego czytelnika opublikowana przez wydawnictwo Wysoki Zamek. Uważam, że to bardzo dobry start. Zacznę może od tego, że ta książka dobrze wygląda, jest fajnie złożona, podobały mi się kolory, litery i ilustracje (za skład i opracowanie graficzne odpowiadał Paweł Dąbrowski). Ma nowoczesny „look”, bez jarmarczności i tandety – chciałbym żeby w taki sposób wyglądało więcej mainstreamowych książek dla młodego czytelnika.



Jednak wygląd, chociaż ważny, nie zastąpi treści. A ta została podana ciekawie i zajmująco.  Narracja ma formę monologu głównego bohatera. Opowiada on o swoim życiu językiem młodszego nastolatka. Może się to kojarzyć ze znaną z literatury młodzieżowej formą powieści pamiętnikowej, ale ja w języku Waldka, nie stroniącym od slangu, powtórzeń czy wręcz błędów, dostrzegłem inne wzorce, znane mi z literatury dorosłej. Kiedyś dużą popularnością cieszyła się forma monologu wypowiedzianego – bohater opowiadał o swoim życiu, wtrącając najróżniejsze dygresje. Wszystko zaczęło się od „Upadku” Camusa. Potem Iwaszkiewicz Jarosław napisał taką polską polemikę z Francuzem czyli „Wzlot”. Następnie rozwiązał się prawdziwy worek i wszyscy chcieli tak pisać. Wiem, że to trochę inny rodzaj twórczości, jednak takie miałem skojarzenia, kiedy czytałem „Za dużego na bajki”. A czytało się bardzo dobrze. Nie miałem poczucia, że autorka fałszuje, naśladując sposób mówienia nastolatka. Według mnie udało jej się wiarygodnie oddać myśli i uczucia chłopca zaczynającego okres dojrzewania – pokazać siłę i jednocześnie słabość jego wewnętrznego buntu.



Niby przedstawiona historia jest zlepkiem motywów, które znamy bardzo dobrze z literatury młodzieżowej. Czyż nie spotkaliśmy tam ekstrawaganckiej ciotki? Albo bohatera dyskryminowanego z powodu tuszy? Czyż nie bywało tak, że mama lub tata nagle znikali w szpitalu lub sanatorium a dzieci znajdowały fantastyczne lub egzotyczne zwierzę? Z pewnością bez trudu przywołacie tytuły. Jednak najważniejsze, że Agnorszka Bloska potrafi kreatywnie ten materiał wykorzystać. A ze swadą napisany monolog pomaga jeszcze całą fabułę uwiarygodnić oraz nadać jej dynamiki. Jeżeli miałbym czynić jakieś uwagi to główną byłaby nieproporcjonalność rozmiaru książki (niezbyt duży) do liczby przedstawionych wątków. W rezultacie niektóre z nich zostały trochę „rozmyte” w zakończeniu, trochę porzucone, nie do końca rozegrane np. relacja z Mrówą czy nawet z ciotką. Miałem trochę wrażenie, że autorka zbyt szybko postawiła w tej historii końcową kropkę. Ale, z tego co mi wiadomo, pisze już drugą część. Więc pewnie nie chciała wszystkiego opowiadać na raz.

Więc jeżeli zastanawiacie się jaką książkę wziąć na wakacje dziecku w wieku 9-13 lat to niech będzie to „Za duży na bajki”.


/BW/



czwartek, 29 czerwca 2017

Jesteś moim Burtonem („Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Tom 3. Pan Kleks”, tekst: Jan Brzechwa, ilustracje: Marianna Sztyma)


Dla moich rówieśników kinowy seans „Akademii Pana Kleksa” w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego (i oczywiście dwóch kontynuacji) był rodzajem przeżycia pokoleniowego. Szczególnie ten cholerny marsz wilków z muzycznym podkładem zespołu TSA – nie znam chyba nikogo kogo by to nie ruszyło. Wszyscy się bali, że wilki napadną na nasze miasta, miasteczka i wsie dogasającego PRL-u, przez tydzień nie zbliżaliśmy się do lasu. Niestety, po latach ta scena straciła dla mnie straszny klimat. Stroje wilków wyglądają sztucznie i śmiesznie, nie mówiąc o infantylnych pyskach narysowanych na sztandarach, zapalili w kilku miejscach trawę, dali trochę dymu i już...


No, ale - zapewne was dziwi dlaczego piszę o filmie w recenzji książki? Wszak trzymam w ręce trzeci tom dzieł dla dzieci Jana Brzechwy wydawanych przez Naszą Księgarnię. Tom ten został tym razem wypełniony utworami, w których występuje Ambroży Kleks (oprócz „Akademii” są to „Podróże Pana Kleksa” i „Tryumf Pana Kleksa”). Całość pięknie wydana, w pokaźnym, szytym tomie na grubym papierze.

Wszystko pięknie, tylko skąd ten film? Otóż bardzo podobał mi się w dzieciństwie, ale obejrzany po latach bardzo rozczarował. Wstęp do opowieści o rozczarowaniu mieliście już wyżej, teraz będę kontynuował. Wiem, były inne czasy i wiem, że jak na tamte czasy to i tak... Ale jednak ta stylistyka Tęczowego Music Boxu i Fasolek, dosyć „papuśna” scenografia i niezbyt klarowna wizja Gradowskiego, który wybitnym reżyserem przecież nie był i w sumie zrobił z tego musical – to wszystko spowodowało, że zacząłem zastanawiać się co by było gdyby... Jak by to wyglądało gdyby dali ten materiał przykładowo Wojciechowi Jerzemu Hasowi? Przesada, chociaż Has jeszcze żył, nawet na krótko wrócił do reżyserii, więc teoretycznie mógł... A jak nie Has to chociażby taki Tim Burton. Jak wyglądałaby zekranizowana przez Burtona (tego z końca lat 80., co robił „Sok z żuka” pierwszego „Batmana” i „Edwarda Nożycorękiego”) „Akademia Pana Kleksa”? 



Tego nie dowiem się pewnie nigdy – ale za to dowiedziałem się jak wygląda Kleks bez rysunków Szancera. Nowe wydanie Brzechwy zostało bowiem na nowo zilustrowane. I powiem wam, że właśnie ilustracje Marianny Sztymy są dla mnie taką nigdy nie nakręconą wersją Tima Burtona. Zupełnie nowym spojrzeniem na te piękne historie, historie stanowiące świadectwo jakże wspaniałej wyobraźni Brzechwy, której w jego wierszach (przy całym szacunku dla tej twórczości) za bardzo nie widać. Czytając te opowieści (no właśnie bo przecież nie powieści!) można odnieść wrażenie, że dla autora „Szelmostw lisa Witalisa” nie ma żadnych granic fabularnej ekspresji i żadnych niemożliwych pomysłów. Zwróćmy uwagę, że w „Akademii” dostajemy tylko umowny zarys fabuły, który opiera się na przeciwstawieniu Kleksa i fryzjera Filipa a większość utworu wypełniają poboczne opowieści i dygresje mieniące się dziesiątkami pomysłów i wizji. Oczywiście dostrzegam w tym (w filmie tego zupełnie nie widziałem) wyraźne elementy opowieści inicjacyjnej, o dorastaniu. Dostrzegam stworzenie wizji beztroskiego świata, który opanowuje chaos i zło – wszak to utwór pisany w czasie II wojny i wydany w 1945 roku. A zatem jest to również o schyłku dawnego świata, świata pałaców i ogrodów na rzecz rozrastających się miast, zapowiedź nieokiełznanej industrializacji. Wreszcie to przedstawienie idealnego środowiska do rozwoju dziecięcej kreatywności o czym tak naprawdę możemy przekonać się dopiero dzisiaj, kiedy już zrozumieliśmy, że sztywne reguły i ciasno związane warkoczyki nie są dobrą drogą do sukcesu i szczęścia.




Kiedy Nasza Księgarnia pokazała nowe ilustracje do Kleksa, w internetowych dyskusjach można było przeczytać wiele krytycznych opinii - no bo przecież jak można narysować inaczej niż Szancer? Nawet to żartobliwie komentowałem modyfikując fragment „Wesela”: „Niech na całym świecie wojna / Byle ilustracja do Brzechwy zaciszna, byle ilustracja do Brzechwy spokojna”. I ja wam mówię – nie! Chcę nowego spojrzenia, tym bardziej że Marianna Sztyma zilustrowała to z wielkim szacunkiem dla Brzechwy i nawet Szancera (np. postura i wygląd Kleksa są podobne). Zaproponowana przez nią różnorodność stonowanych kolorów i wielość szczegółów sprawiły, że spojrzałem na tę opowieści zupełnie inaczej. Szancer był jednak ilustratorem, który narzucał określoną wizję, dopowiadał i przedstawiał skończone sceny niczym kadry nienakręconego filmu animowanego – Sztyma daje więcej pola dla interpretacji czytelnika. Dla mnie to wydanie, z tymi ilustracjami to wydarzenie.

Marianno Sztymo jesteś moim Timem Burtonem!

/BW/

wtorek, 27 czerwca 2017

Dziewczynka, która konstruuje („Rózia Rewelka, Inżynierka”, tekst: Andrea Beaty, ilustracje: David Roberts)


„Rózia Rewelka, Inżynierka” to druga wydana w Polsce (Kinderkulka) książka duetu Andrea Beaty (tekst) i David Roberts (ilustracje). Jest chyba najpopularniejszą częścią serii, czego dowodzi nieprzerwana obecność na liście bestsellerów New York Timesa oraz tłumaczenia na wiele języków świata. Historia Rózi podbiła więc serca młodych czytelników i przy okazji polskiego wydania warto zapytać: dlaczego? Co tak bardzo spodobało się amerykańskim dzieciom (a także dorosłym, bo pamiętajmy że to przeważnie oni kupują swoim pociechom książki i potem czytają) w „Rózi Rewelce”? Skąd ten sukces?


Na początek może o ilustracjach Robertsa, których styl znamy już przecież z Kitka. Z pewnością przyciągają wzrok, chociaż dorośli wyglądają na nich niekiedy dosyć teatralnie i demonicznie, niczym ucharakteryzowani mimowie, jakby służyli na dworze Shardara Mocnego. Za to dzieci wychodzą ilustratorowi bardzo różnorodnie i ciekawie. No i są strony pełne szczegółów i szczególików, a także trochę wiedzy o historii kobiecej awiacji.

Przejdźmy do treści.

Główna bohaterka to dziewczynka obdarzona pasją do konstruowania pomysłowych urządzeń. A to podawacz do hot-dogów wymyśli, a to helowe spodnie, a to odstraszacz pytonów... Właśnie ten ostatni wynalazek zostaje wyśmiany przez pracującego w zoo wujka Tobiasza i odtąd Rózia, nie chcąc narazić się na kpiny, konstrukcyjne marzenia blokuje i dusi w sobie. Do momentu kiedy odwiedzi ją praciotka Róża…


Wydaje mi się, że sukces tej książki jest wypadkową kilku składników. Przede wszystkim pokazuje dziewczynkę, która pasjonuje się zajęciem/zawodem/aktywnością utożsamianymi z chłopcami. Jak dobrze przeczytać, że mała Rózia nie musi być fanką koloru różowego, kucyków Pony, tańca i malowania paznokci (a niestety wciąż tego typu aktywności proponuje małym dziewczynkom dzisiejszy świat) – może konstruować maszyny i może ją to cieszyć, może czuć się szczęśliwa i wcale nie musi udowadniać, że jest lepsza od chłopców. Przeciwności, które napotyka nie są związane z płcią i chwała za to autorom. Za bezpretensjonalne pokazanie dziewczynki, którą interesuje konstruowanie, bez żadnego przymrużania oka i robienia z tego wielkiego wydarzenia.



Rzecz druga to nawiązanie do amerykańskiej przeszłości i tradycji, co jak wiadomo w USA jest rzeczą niemal świętą. Tutaj pierwowzorem praciotki Róży jest Rózia Nitowaczka (Rosie the Riveter), fikcyjna postać z piosenki, która stała się symbolem kobiet pracujących w fabrykach podczas II wojny światowej przy produkcji np. samolotów czy czołgów. Chociaż kojarzenie Rose the Riveter z plakatem „We can do it!” (a tak podano w posłowiu) jest podobno błędem, bo Rózia Nitowaczka nie nosiła żadnej tam czerwonej chusty w białe grochy, bo wyglądała tak: http://www.saturdayeveningpost.com/2012/03/09/art-entertainment/rockwell-classics-1940s.html/attachment/9430529_rd. Ale zostawmy te rozważania – ważniejsze, że Róża od Rózi sporo się jednak różni. Bo podczas gdy ta pierwsza zaczęła pracować w fabryce niejako z konieczności, a jej zastępstwo za mężczyzn okazało się krótkotrwałe i nieco propagandowe (wszak potem przyszły w USA lata 50., a jak wtedy traktowano kobiety można się przekonać oglądając chociażby serial „Mad men”), tak dziewczynka Rózia swoją pasję chcę rozwijać sama z siebie, a początkowo nawet dla siebie. Świat się zmienił, w tym przypadku na lepsze i powinno być jak najwięcej książek, które pozwolą to dostrzec zarówno dzieciom, jak i dorosłym.

Wreszcie nie bez znaczenia jest krzepiące przesłanie tej historii – przegrywasz gdy przestajesz próbować. Muszę przyznać, że to głównie dzięki niemu Kostek i Matylda polubili tę historię. No i ważne jest także zachęcanie dziecka do kreatywności, do próbowania, eksperymentowania.

Nie znam oryginalnego tekstu Andrei Beaty, jednak tłumaczenie Łukasza Witczaka wydaje mi się chwilami dosyć chropowate. Przykładowo jakoś mi nie pasuje ubranie Róży w „kapotę”, „rozniecanie wyobraźni”, czy wrzutka, obrzydzonego przez reklamy, zwrotu „Brawo ty!”.

Warto jednak przymknąć na to oko, bo książka jest ważna i potrzebna – szczególnie w Polsce.


/BW/


wtorek, 20 czerwca 2017

Szukajcie Eona! („Kubatu. Do trzech razy sztuka”, rysunki: Przemysław Surma, ilustracje: Jakub Syty)


Trzeci tom serii Surmy i Sytego (Wydawnictwo Egmont) był dla nas w rzeczywistości tomem pierwszym. Nie znaliśmy poprzednich dwóch części, ale chyba warto ten lekturowy brak nadrobić...

Pierwszą, ogólną uwagę odnośnie Kubatu mam taką, że jest to komiks idealnie skrojony dla młodszych dzieci. Takich 6-latków jak Kostek, no może do 10 lat. Dla starszych i bardziej doświadczonych komiksiarzy ta historia może już być zbyt prosta i mało wciągająca - chociaż trzeba przyznać, że twórcy trochę o starszych odbiorcach pamiętają i przemycają wiele fabularnych smaczków, które z pewnością rozpoznają mamy i tatowie czytający polskie komiksy w latach 80. (ale też powieści dla dzieci i młodzieży i oglądający filmy). 


Przedstawiona w zeszycie trzecim historia początkowo może wydawać się nieco wydumana. Ale tak to zwykle bywa jak się włazi na imprezę w środku zabawy. Człowiek czuje się trochę zagubiony...

Kubatu to gadająca przytulanka-papuga, maskotka stworzona przez lekko szalonego, ale niegroźnego wynalazcę Pana Inżyniera dla chłopca Kaja. Historia zaczyna się od nocnego zdarzenia - inżynier ma wspaniały sen, który zapomina zaraz po przebudzeniu. Wymyślił jednak nowy model przytulanki zapamiętującej sny. Dzięki niej mógłby sobie przypomnieć treść snu – niestety wspomniana przytulanka o imieniu Eon ma też zdolności kameleona i potrafi zmieniać postać. Inżynier wyrusza więc w pościg za zbiegłą zabawką. Tymczasem do lasu, gdzie mieści się siedziba Inżyniera przyjeżdża Kaj z rodzicami i koleżanką Elwirką. Mają zbierać poziomki, ale nagle z krzaków wyłania się dziwnie zachowujący się Kubatu... Historia jest trochę rozrywkowa (przygody na lądzie, w wodzie i w powietrzu) i trochę dydaktyczna z głębszym przesłaniem (najważniejsze to być sobą). W proporcjach akurat i w sam raz.



Tak jak pisałem – sporo tutaj popkulturowych odniesień. Taki na przykład Pan Inżynier to postać, w której można dostrzec wielu bohaterów – przypomina trochę golarza Filipa, profesora T’Alenta czy bondowskie schwarzcharaktery (szczególnie z wyglądu, bo jest to postać ze wszech miar pozytywna). Jego podwodny pojazd w kształcie ryby nazywa się „Nauti 2” (oczywiste skojarzenia z „Nautilusem” z powieści Verne’a, ale pamiętam też jeden odcinek przygód Bolka i Lolka, w którym chłopcy pływali batyskafem). Kaj i Elwirka pomagający żywej przytulance to zaś koncept znany choćby z przygód Jonki, Jonka i Kleksa Szarloty Pawel. Komiks utrzymany w jasnych, żywych kolorach – kreska kojarzy się trochę ze stylem Janusza Christy (komiks zresztą dostał nagrodę w konkursie imienia tego znanego polskiego twórcy komiksów), a szczególnie „pucułowate” liternictwo czcionki w tytule. No i pani Robot jest tutaj określana mianem „strażniczki kluczy” (oczywiście wiecie z jakiego to komiksu...). Podobnych smaczków jest tutaj bardzo wiele, ale sama fabuła nie jest skomplikowana. Pochłania się ją szybko - Kostek naprawdę się wciągnął i ani się nie obejrzałem jak czytałem mu trzeci raz pod rząd.

/BW/



wtorek, 13 czerwca 2017

Książki dla najmłodszych? („Mydło” tekst: Małgorzata Strzałkowska, ilustracje: Adam Pękalski „Pisklę”, tekst: Dorota Gellner, ilustracje: Jona Jung, „Uwolnij mnie” kreacja i ilustracje: Patrick George)


Wydawnictwo Bajka powoli staje się specjalistą w tworzeniu ambitniejszych kartonówek, pisanych i ilustrowanych przez polskich twórców. Jeżeli ktoś szuka w ofercie dzisiejszych wydawnictw spadkobierców dawnej serii Naszej Księgarni „Poczytaj mi mamo”, to powinien na propozycje Bajki zwrócić uwagę. W zeszłym roku ukazała się „Myszka” i „Koala nie pozwala” (recenzja tutaj), w 2017 do „rodziny” dołączyło „Mydło” i „Pisklak”. Miejmy nadzieję, że liczba tytułów będzie się powiększać, ponieważ to właśnie w kartonówkach zarejestrować można największy zalew książkopodobnej tandety. Ale nie psujmy sobie nerwów i zajmijmy się jasną stroną mocy.


„Mydło” Małgorzaty Strzałkowskiej z ilustracjami Adama Pękalskiego przenosi nas w czasy średniowiecza, kiedy jak wiadomo mycie się nie było czynnością zbyt lubianą. Fakt ten jest solą (albo mydłem) w oku panującego akurat króla. W wierszyku Strzałkowskiej mamy obdarzoną świadomością kostkę mydła, która słuchając narzekań władcy na brak czystości wśród swoich poddanych, postanawia działać. W tym celu ucieka z królewskich komnat i biegając po zamku mydli wszystko po drodze. Trochę mnie wprawdzie zdziwiło, że określani przed momentem mianem brudasów dworacy króla gonią uciekające mydło jakby sami przed momentem brali kąpiel czyli w ręcznikach – ale ta galopada dodaje wierszykowi koniecznej energii, po której następuje wyliczanie miejsc i przedmiotów, które uczynne mydło namydla. To ulubiony fragment Matyldy – uwielbia pokazywać wszystkie wymieniane miejsca i przedmioty jak kurek na dachu czy szyld golibrody. Nie przepuści żadnemu:) Adam Pękalski lubi kolory i realizm więc swoim stylem do zabawy w znajdowanie jeszcze zachęca.



„Pisklak” Doroty Gellner z ilustracjami Jony Jung to także historia „osadzona” w zamku, gdzie na wieży wykluwa się niezbyt ładne pisklę (nazywane tutaj wprost „paskuda”). Mimo to wszyscy mieszkańcy zamku niezwykle się z narodzin paskudy cieszą. Wierszyk jest takim zabawnym komentarzem do szaleństwa w domu odbywającego się zwykle po narodzinach dziecka. Strzałkowska i Gellner to poetki związane kiedyś m.in. z „Misiem” (byłoby fajnie poczytać kiedyś zebrane w jeden tom wierszyki misiowe np. Doroty Gellner..., bo napisała ich mnóstwo, a przeważnie pozostają nieznane). Sensownie rymować potrafią i trochę szkoda, ze tak mało mają godnych następczyń...



W tym wpisie chciałbym jeszcze wspomnieć o jednej książce z Bajki, która znalazła się w tym zestawieniu trochę dodatkowo, ale w żadnym przypadku nie należy jej traktować jako doczepki. „Uwolnij mnie” Patricka George’a to przecież światowy bestseller, w którym nie pada ani jedno słowo – właściwie picturebook, a nawet książka interaktywna z bardzo ważnym przesłaniem. Trudno się dziwić statusowi bestsellera, ponieważ jest to wydawnictwo oparte na prostym, ale jakże genialnym pomyśle. Oto każda rozkładówka składa się tutaj z dwóch kadrów: złego i dobrego, a między nimi, mamy foliową stronę z rysunkiem zwierzęcia, które dziecko może przenieść z kadru złego na kadr dobry. O przykładowo tygrys rozdziawia paszczę służąc jako pokojowy dywanik, w jednej chwili można przenieść do z powrotem w gęstwinę dżungli, krokodyl z torebki wraca do ulubionego bagna, a lis z szyi do lasu.

Obcujemy tutaj więc z książką bardzo pomysłową i kolorową, ale też zaskakująco poważną, zwracającą uwagę na problem polowania na zwierzęta oraz zamykania ich w klatkach, ale robiąca to w sposób zrozumiały nawet dla bardzo małych dzieci. Matylda z Kostkiem wręcz rzucili się na pozycję George’a, wielokrotnie przekładając przezroczyste strony i prosząc o tłumaczenie jakie zwierzę właśnie uwolnili i dlaczego. Obcowanie z „Uwolnij mnie” to doskonały wstęp do rozmowy o tych trudnych sprawach, o tym że zwierzęta nie tylko są bohaterami książek i kolorowych kreskówek, że w każdą Wigilię powinniśmy się im gęsto tłumaczyć. Kiedy bierze się tę pozycję do ręki to następuje taki efekt „wow”, jakie to pomysłowe, ale za chwilę ten zachwyt grzęźnie w gardle, bo okazuje się, że ta kolorowa książeczka przede wszystkim traktuje o złu, złu w nas, nawet jeśli już dawno udało nam się o tym zapomnieć.

/BW/






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...