piątek, 22 grudnia 2017

Do poczytania na święta („8+2 i Anton z Ameryki” tekst: Anne-Cath. Vestly, ilustrowała: Marianna Oklejak, tłum. Milena Skoczko, Dwie Siostry)


Zapewne większość z was zna, jeśli nie ten tom, to inne z cyklu pisanego przez norweską pisarkę Anne-Catharinę Vestly. Były wydawane w PRL-u, ale jakoś mnie ominęła ich lektura. Część z Antonem w tytule jest czwarta w kolejności, ukazała się w 1960 roku czyli prawie 60 lat temu. Dosyć dawno, a jednak wcale się nie zestarzała. 


Tym, którzy jakimś cudem nie wiedzą o czym seria Vestly traktuje proponuję ekspresowe streszczenie. Bohaterem zbiorowym tej fabuły jest wielodzietna rodzina, dokładnie ośmiodzietna. Do tego oczywiście mamusia, tato i babcia, która kiedyś była pasterką. Początkowo rodzina ta mieszkała w małym mieszkanku w mieście, jednak udało im się zostać właścicielami domku w lesie. Tato jest kierowcą ciężarówki obdarzonej świadomością (była ważnym bohaterem tomu pierwszego pt. „8+2 i ciężarówka”, ale i tutaj ma swój rozdział) i dodatkowo gra o orkiestrze, oczywiście kierowców ciężarówek. Na początku tomu czwartego tato z mamą idą na bal… kierowców ciężarówek. W tym czasie przed domkiem w lesie pojawia się Anton, teraz mieszkający w Ameryce, kiedyś w tym domku i nie zdający sobie sprawy, że ma on innych lokatorów. Mężczyzna ma też jedno marzenie związane z pierwszymi od lat świętami w rodzinnych stronach…


Niby nic się tutaj nie dzieje – normalne życie, troski i radości dnia codziennego itd., a jednak pisarka nawet z byle błahostki potrafi złożyć ciekawą opowiastkę, przyprawioną subtelnym humorem. To dobre słowo – subtelnym, a chwilami nieco nawet absurdalnym czy wręcz poetyckim. Całość została podzielona na krótkie rozdziały i każdy z tych rozdziałów ma jakiś swój kulminacyjny punkt, jakieś mrugnięcie okiem, jakąś śmiesznostkę. Oto Anton daje babci… no właśnie chyba nie powinienem zdradzać co daje, bo to jednak trochę psuje zabawę podczas lektury... Nic wam zatem nie zdradzę, ale zachęcam do lektury.

„8+2 i Anton z Ameryki” to idealna książka do czytania w czasie przedświąteczno-świątecznym. Pokazująca ludzi żyjących w zgodzie ze sobą i ze zwierzętami. Nie ma tutaj pokazowej konkretnej religijności, ale bez wątpienia nasycone są te zdarzenia ciepłem i duchowością. Dodam: nieprzegadaną.

Przyjemnie się w tym zaczytuje. Po prostu.

/BW/


wtorek, 19 grudnia 2017

Parami (2) Kolejna i pierwsza (”Florka. Zapiski ryjówki”, „Pan Kardan i przygoda z vetustasem”)


Dzisiaj o dwóch książkach z Wydawnictwa Bajka – pierwsza to kolejna część znanej i popularnej serii, na podstawie której zrealizowano nawet animowane filmy a druga nowa, premierowa, będąca pierwszą częścią zapowiadanego cyklu. Pierwsza o zwierzętach, a druga o ludziach i… duchach.


„Florka. Zapiski ryjówki” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel (oczywiście z ilustracjami Jony Jung) to piąty już tom rozważań spisywanych przez sympatyczną ryjówkę-przedszkolaka – pierwszy był pamiętnik, potem dwa razy listy, raz mejle i teraz: zapiski. A zapiski jak to zapiski, swobodne, niedługie, raczej konkretne. W porównaniu do rozbudowanych „Mejlów do Klemensa” dostaliśmy tym razem teksty króciutkie, z których każdy dotyczący jednej ważnej dla dzieci sprawy – uczenia się nowych rzeczy, dzielenia się z innymi, ratowania świata, obowiązku, wygrywaniu, braniu bez pytania, strachu przed dentystą, spotkaniu z obcym i robieniu czegoś razem. 



Ukazanie się piątego tomu oznacza, że Roksana Jędrzejewska-Wróbel już ładny kawałek czasu (pierwszy tom ujrzał światło dzienne 10 lat temu) opisuje świat Florki i przy tej okazji warto chyba zapytać czy wyczuwa się w tym pisaniu tzw. zmęczenie materiału. Cóż: trochę tak, i trochę nie. Może najpierw dlaczego „tak”. Świat tej książki jest bardzo przewidywalny. Trudno sobie wyobrazić, żeby bohaterowie czymś tutaj zaskoczyli. Wszystko toczy się według schematu od zdarzenia do morału/puenty. Może to wina rozmiaru tych opowiadań, w których nie ma miejsca na dodatkowe, poboczne wątki? No to teraz dlaczego „nie”. Florka nadal daje się lubić. Chociaż odniosłem wrażenie, że przedstawianie jej życia odeszło od przyrodniczej wiarygodności (co np. z tak często podkreślanym przez Samojlika faktem, że ryjówki muszą w zasadzie bez przerwy jeść?). To przede wszystkim dziecko, przedszkolak w ciele zwierzątka. Działają też poruszane przez autorkę problemy – na przykład tekst dotyczący reakcji na obcego opisuje ten socjologiczny mechanizm prosto i czytelnie. Wydaje mi się również, że Florka to ważna dziewczynka-bohaterka napisana dla dziewczynek-przedszkolaków – poszukująca, otwarta na wiedzę, nie ograniczająca się do lalek i koronek. Takich bohaterek nigdy za mało.


Niewiele postaci płci żeńskiej znajdziemy natomiast w premierowej książce Justyny Bednarek pt. „Pan Kardan i przygoda z vetustasem” (wspaniałe ilustracje Adama Pękalskiego). Od czasu „Skarpetek” jestem wielkim fanem tej pisarki i ucieszyłem się, że tym razem postanowiła napisać historię dłuższą, nie rozbitą na krótsze teksty. Nie do końca tak się stało, ponieważ historia ma być kontynuowana i miłośnicy dobitnych i szczęśliwych zakończeń mogą poczuć się usatysfakcjonowani jedynie po części... 

Justyna Bednarek wykorzystuje w swojej książce figurę lekko zakręconego, ale jednocześnie dobrodusznego naukowca, który w zaciszu własnego domku z ogródkiem pracuje nad tajemniczym wynalazkiem. Pomaga mu mieszkający za płotem Michałek, syn gospodyni domowej i zabieganego biznesmana. Całości gromadki dopełnia wredny deweloper o dosyć czytelnym nazwisku Bałamut, dwie kury rasy sussex Sherlock i Watson, potrafiące przenosić się w czasie i przestrzeni, kot Młotek oraz duch pan Kazimierz, który nawet po śmierci nie może pogodzić się z niewykorzystaną szansą na prawdziwą miłość. 


Najpierw może o tym, co mi się podobało mniej. Uważam, że kilka elementów pociągnięte zostało zbyt schematyczną kreską – najlepszy przykład to Bałamut (kolejny po „Wspólne nie znaczy niczyje” deweloper jako szwarccharakter!) z nazwiskiem jak z oświeceniowej satyry, którego podstępny plan oszukania ludzi jak dla mnie szyty jest grubymi nićmi – pomijając już zapisy w umowach to kto np. w dzisiejszych czasach jest w stanie uwierzyć w takie bajki o idealnej architekturze:

„Jeśli sprzeda mi pan swój dom, moja firma Techno-Super-Innovation-House zbuduje mieszkania, w których wszystko będzie działać samo, bez udziału człowieka. Specjalne podajniki będą transportować brudne gatki do pralni i wrzucać je do pralko-suszarki, która sama dobierze odpowiedni program, wypierze je, wysuszy i jeszcze złoży w kosteczkę. To tylko jedna z wielu innowacji, które planujemy”.

Cezary Baryka może i dał się na to nabrać, ale był XIX wiek a on słuchał opowieści niesionej ojcowską miłością do ojczyzny...

A Bałamut to postać wyjątkowo podła (chociaż autorka stara się go trochę uczłowieczyć przywołując retrospekcje z dzieciństwa) i w sumie żałuję, że nie odegrał należnej mu złej roli w tej historii. Jego postać pozostała w zawieszeniu (dosłownie i w przenośni) – mam nadzieję, że w kolejnej części jeszcze pokaże na co go stać...


Bardzo standardowi są także rodzice Michałka – ojciec biznesman, który kiedyś jeździł na motorze i był „easy riderem” i mama myśląca tylko o tym, żeby automaty nie zaczęły za nią gotować. Jak wspomniałem na początku z „gender balance” tutaj krucho...

Tytułowy „vetustas” to maszyna, która pozwala przywołać przeszłość na podstawie jej fragmentu. I o ile odtworzenie np. kubka na podstawie uszka jest już dzisiaj możliwe i wcale nie stanowi literackiej fikcji, tak przywoływanie prehistorycznych stworzeń i miejsc z przeszłości stanowi już atrakcyjną pożywkę dla wyobraźni młodych czytelników. Udanymi postaciami są pan Kardan i Michałek i chętnie poczytam jeszcze o ich przygodach. Mam taką ogólną myśl, że ta książka po prostu skończyła się zbyt szybko – Bałagan został zneutralizowany nazbyt łatwo i bezproblemowo. Przydałoby się go bardziej zdemonizować, bo moim zdaniem ta fabuła jest już o krok od jakiegoś lajtowego fantasy – tylko znowu przydałoby się więcej epickiego oddechu. Takie wrażenia wiernego czytelnika. I bardzo fajnym pomysłem jest niewidzialny kot skaczący przez ludzi, co zmiękcza im charaktery. 

Liczę na to, że kolejna część „Pana Kardana” w taki właśnie sposób przeskoczy przeze mnie.

/BW/

Florka. Zapiski ryjówki


Pan Kardan i przygoda z vetustasem

wtorek, 12 grudnia 2017

Parami (1): Natura i kultura („Gabinet anatomii”, „Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści. Historia sztuki dla dzieci”)


Grudzień pędzi do przodu i rok 2017 chyba już bardzo chce się skończyć, a tymczasem na księgarnianych półkach i domowych stosikach czeka sporo książek, które za nic mają sobie upływ czasu, wprost domagając się pokazania i opisania. Dlatego do końca miesiąca zaprezentuję na blogu kilka książek w parach. Według klucza i bez klucza. Cykl nazwę po prostu „Parami”. Nie będą to jednak żadne pojedynki bokserskie, po których jedna książka upadnie na deski, a druga wzniesie strony w geście triumfu. A zatem, po tych krótkich wyjaśnieniach, w dzisiejszym khe, khe odcinku dwie propozycje: jedna o anatomii, druga o malarstwie. Wszak żeby umiejętnie malować człowieka trzeba wiedzieć jak jest zbudowany, czyż nie? Macie klucz, a jak merytorycznie wydaje się wam wątpliwy (chociaż mnie się nie wydaje) to „paruję” ze względu na estetykę...




Gabinet anatomii, ilustracje: Carnovsky, tekst: Kate Davies, tłum. Emilia i Tina Oziewicz, Dwie Siostry



„Gabinet anatomii” (oryg. „Illumanatomy”) to kolejna wspaniale wydana wielkoformatowa książka z Dwóch Sióstr, tym razem o tajemnicach ludzkiego ciała z dodatkowym efektem wow. Jaki to efekt? Kolorowe szkiełka (a raczej folie) w trzech barwach czerwonej, zielonej i niebieskiej. Można przez nie patrzeć na zamieszczone tutaj całostronicowe rysunki (rentgeny) i wyławiać kolejne warstwy: przez czerwone widać szkielet, przez zielone mięśnie a przez niebieskie narządy i naczynia krwionośne. Trzeba przyznać, że robi to wrażenie i elementy wnętrza człowieka są naprawdę doskonale widoczne. Na dzieci działa doskonale.
Pozostaje jeszcze kwestia czy oprócz zdecydowanie wspaniałej oprawy graficznej znajdziemy w niej ciekawe informacje merytoryczne? Te zostały przedstawione na stronach czarno-białych – na każdej opisane jedno zagadnienie np. szkielet, zęby, układ krwionośny, ręce czy rozwój dziecka. Krótki kilkuzdaniowy wstęp a poniżej czarno-biały schemat opisany strzałkami – generalnie trochę stylistyka podręcznika do biologii, aczkolwiek zawarto tutaj sporo (raczej suchych) informacji. Być może brakuje w tej książce jakiejś opowieści, ale zastosowana  formuła „gabinetu osobliwości” ten brak moim zdaniem tłumaczy. A zatem wizualnie jest pięknie, tekstowo dosyć standardowo. Na pomoc naukową jak najbardziej.




Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści. Historia sztuki dla dzieci, tekst: Michael Bird, ilustracje: Kate Evans, tłum. Joanna Wajs, Nasza Księgarnia



Sporo niedługich opowieści znajdziemy za to w księdze (nie jest to słowo na wyrost!) Michaela Birda „Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści. Historia sztuki dla dzieci”. Monumentalne wydawnictwo, w którym tytułowa historia sztuki przedstawiona została przez pryzmat twórcy i jego dzieła. Kolejne rozdziały dotyczą konkretnych dzieł sztuki, głównie są to obrazy, ale pojawiają się także rzeźby, witraże czy malowidła naskalne. Warto zaznaczyć, że autor nie leci tylko po standardach, ale przedstawia szeroki zakres tematyki. Całość ułożył chronologicznie. Startujemy więc w jaskiniach, potem poznajemy dzieła sztuki z pierwszych cywilizacji (egipskiej, greckiej, rzymskiej, chińskiej), a dalej średniowiecze, renesans, czasy nowożytne (XV–XVII wiek), rewolucja francuska i wojny napoleońskie, początki fotografii i impresjonizm, okres wojen światowych i po roku 1945. Zacytowałem spis treści, ale daje to pojęcie o rozmiarach tego przedsięwzięcia (razem opisanych dzieł jest tutaj 68). Pojawiają się nazwiska mniej znane, rejony świata rzadziej opisywane i jedyny minus to mały udział artystek-kobiet w tym zestawieniu (tylko 7!). Każdy rozdział rozpoczyna wizerunek oryginalnego dzieła sztuki, a dalej znajdujemy traktujące o nim opowiadanie. 


No właśnie: jak zbudowane są te opowiadania? Bo dzieła sztuki wiadomo, że wyglądają dobrze, ale opisanie ich dzieciom wydaje się zadaniem bardzo trudnym...

Michael Bird proponuje proste opowiadania. Są nacechowane edukacyjnie, ale z szacunkiem dla inteligencji czytelnika. Pisarz przeważnie odnosi się w tych tekstach do realiów, w których powstało dzieło, przywołuje osobę twórcy i stara się zgadnąć (tak zakładam, chociaż pewne informacje na pewno są prawdziwe), co kierowało artystą przy tworzeniu dzieła. Bird stara się też nakreślić kontekst historyczny, wskazać inspiracje, nierzadko wręcz streścić dokładny moment biograficzny, w którym dane dzieło powstało. Unika fachowego, niezrozumiałego słownictwa. Czyta się to dobrze i niesie w sobie wiele przydatnych informacji także dla rodziców. Zapewniam, że przeczytanie tej książki dziecku spokojnie możecie potraktować jako szybką powtórkę podstawowych informacji z historii sztuki.

/BW/

Gabinet anatomii



Gwiaździsta noc
 


piątek, 8 grudnia 2017

Marzenia królika („Aksamitny Królik czyli jak zabawki stają się prawdziwe”, tekst: Margery Williams, rysunki: William Nicholson, tłum. Barbara Grabowska, Prószyński i S-ka)


Kiedy spojrzałem na okładkę „Aksamitnego królika” to pomyślałem sobie, że pewnie zaraz przeczytam jakąś wiktoriańską historyjkę o gadającym króliku, który wpada w tarapaty, po to żeby całość zakończyła się dydaktycznym morałem. Tymczasem klasyczny utwór Margery Williams wydany w roku 1922 daleki jest od interwencyjnego dydaktyzmu. Należy go traktować raczej jako filozoficzną przypowieść o życiu, w której rozważa się kategorię „prawdziwości”. 



Marzy o niej zabawka, Aksamitny Królik podarowany małemu chłopcu pod choinkę. Niech was jednak nie zwiedzie ten świąteczny wstęp – to nie jest żadna tam historia świąteczna. W tej książce jest kawał prawdy także o współczesnym świecie (nie tylko świątecznym) i konsumpcjonizmie. Niby rok 1922, a tak jak dzisiaj - pokoje dzieci pękają w szwach od zabawek (że były to pewnie pokoje dzieci z zamożnych rodzin to inna sprawa…). Pękają, ale wciąż pojawiają się zabawki nowe i nowe, a te dopiero co nowe, trochę starsze i stare zostają szybko zapomniane i muszą zadowolić się zacisznym miejscem w kącie szafy. Oj znamy to, znamy. W szafie słuchają opowieści Zamszowego Konia, który poznał co to znaczy być prawdziwym. Według niego status prawdziwości może nadać zabawce człowiek, który wypowie magiczne słowa „jesteś prawdziwy”. Konia niegdyś to spotkało, a dzisiaj żyje tymi dawnymi emocjami, rozpadając się ze starości. Aksamitny Królik, który od razu z mikołajowej skarpety trafił do składziku zabawek „na potem”, uważnie słucha wynurzeń Konia. Jawią mu się one jako nieznany, trudny do pojęcia kosmos. Jednak pewnego dnia, trochę przez przypadek, właśnie on staje się ulubioną zabawką chłopca. Teraz sam przekona się co to znaczy być prawdziwym...


 „Aksamitny Królik” to trochę filozoficzna przypowieść, a trochę wyciskacz łez. Przede wszystkim jednak utwór, w którym rozsądnie dawkuje się realizm i fantastykę. Nie czuje się u Williams fałszywego tonu, przegięcia, jakiejś „coehlozy”, o którą przy takim temacie nietrudno. Jak łatwo przekroczyć tę granicę przekonałem się czytając opis filmu, który powstał na podstawie tej książki. Na wiki piszą tak: „Film opowiada o chłopcu, którego zapracowany ojciec pozostawia pod opieką u babci. Malec czuje się samotny, tęskni za zmarłą mamą. Jego życie zmienia się dzięki małemu pluszowemu króliczkowi, który ożywa i razem z Tobym wyrusza na wyprawę pełną przygód do magicznej krainy, w której spełniają się wszystkie marzenia”. Nie oglądałem filmu Landona, ale niech to jest prawda w 50% i tak adaptatorów trochę poniosło…


Reasumując: historia się nie zestarzała, w przeciwieństwie do ilustracji. Skłania do zadawania ciekawych pytań – po prostu klasyka wiecznie żywa! A ponieważ mamy czas prezentowy to śmiało rekomenduję, bo oprócz tego, że treść ciekawa to jeszcze wydanie całkiem porządne. W ogóle to mam ostatnio szczęście do królików. Nie tak dawno pisałem o „Wodnikowym Wzgórzu” Richarda Adamsa, teraz „Aksamitny Królik’ – chyba będę musiał zdjąć z półki „Śmierć pięknych saren”, tam pomiędzy rybami, także jest sporo o królikach.

/BW/

wtorek, 5 grudnia 2017

O świętach inaczej („Hurra, są Święta!”, tekst: Ulf Nilsson, ilustracje: Emma Adbåge, tłum. Marta Wallin, Zakamarki)


Przyznaję, że z zakamarkowych „adwentówek” znam tylko zeszłoroczne „Święta dzieci z dachów”, które, że się tak wyrażę, pozostawiły mnie po lekturze z pewnym niedosytem. Była to jednak prawie klasyczna, świąteczna historia. Tymczasem nowa, czwarta książka na czas adwentu pt. „Hurra, są Święta!” Ulfa Nilssona, chociaż w blogosferze masowo pojawia się pośród choinkowych lampek i w otoczeniu bożonarodzeniowego anturażu wymyka się oczywistej „dżingobelowej” klasyfikacji. O czym zatem jest ta historia?


Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka prosta. Mam wrażenie, że każdy znajdzie w niej to, co będzie chciał. Jedni wyczytają tutaj wzruszającą opowieść o tym jak samotne zwierzęta postanawiają stworzyć rodzaj wspólnoty i być szczęśliwe z okazji świąt, dla innych będzie to fabuła demitologizująca świąteczny klimat, demaskująca konsumpcjonizm i jałowość świątecznych rytuałów. Rozpisane na 24 rozdziały oskarżenie wysuwane wobec ludzi przez przyrodę. Zdecydowanie należę do drugiej grupy odbiorców.




Świat, który przedstawia nam Nilsson jest niezwykle złożony i zawiera w sobie wiele literacko-kulturowych inspiracji. O nawiązaniu do „Muzykantów z Bremy” czytałem w interesującej recenzji na Poza rozkładem i nie będę tych ustaleń powtarzał, tylko odeślę was do źródła. Przyznam, że po lekturze książki miałem spory natłok myśli, które wskazywały mi różne tropy. Na przykład myślałem o tej fabule jako takim „Anty-folwarku zwierzęcym” - u Orwella jak pamiętamy świnie wykazywały się wybitnym tupetem i perfidią, u Nilssona świnia Rufus jest najbardziej empatycznym i inteligentnym bohaterem opowieści. Przypominały mi się zapisane historie ucieczek z transportów do obozów zagłady. I te o wyrzutkach, outsiderach, banitach zagospodarowujących dla siebie ziemię niczyją. No właśnie może najpierw krótko o czym to w ogóle jest...

Prosiak Rufus ucieka z ciężarówki mającej go zawieźć do rzeźni i rozpoczyna wędrówkę. Towarzyszy mu kotka Kici Kici, która wie o istnieniu pustego domu. Kiedy tam docierają poznają dwie myszy Anderssona i Petersson(a), a potem dołącza jeszcze stado dzików na czele z Dziką. Cała gromada zasiedla opuszczone gospodarstwo nieżyjącego starego Lundkvista, gdzie posiłkując się złymi i dobrymi doświadczeniami życia u ludzi starają się stworzyć społeczność opartą na własnych zasadach. Zwierzęta u Nilssona zyskują własną świadomość, chociaż przetrwanie zawdzięczają temu, że potrafią naśladować ludzi. Właśnie – ludzie. Nasza rasa została tutaj pokazana w negatywnym świetle. Człowiek to albo strzelający ze strzelby zabójca (pechowo podobny do świętego Mikołaja), albo robotnik budowlany uosabiający zniszczenie, albo ktoś uchylający Rufusowi na ulicy kapelusza automatycznym gestem. Znamienne są te sceny kiedy Rufus przebrany za człowieka idzie do miasta. Powtarzanie ludzkich zachowań gwarantuje mu akceptację i bezpieczeństwo. A już posiadanie gotówki sprawia, że może iść do fryzjera, restauracji, a nawet wziąć taksówkę. Jest trochę jak na wpół świadomy agent Cooper w ciele Dougiego Jonesa z ostatniej serii Twin Peaks – właściwy strój i znajomość kilku podstawowych słów sprawiają, że doskonale funkcjonuje w społeczności. 



Przygotowania do świąt połączone z eksplorowaniem domu i gospodarstwa to czynności, które cementują tę przypadkową wspólnotę przypadkowych zwierząt (dobranych jednak według klucza zwierzę gospodarskie, zwierzę domowe, dzikie zwierzę domowe, zwierzę dzikie). Naśladowanie ludzkich rytuałów (otwieraniu adwentowych okienek odpowiada tutaj np. znajdowanie różnych rzeczy lub ukrytych pomieszczeń), ale też twórcze przeciwstawianie się im lub własna interpretacja (przerabianie figury Mikołaja, stajenka dla myszy, narodziny maleństwa, pakowanie prezentów itd.) wynoszą tę zwierzęcą społeczność na wyższy poziom świadomości i refleksji. Na samym początku książki Rufus krzyczy „Hurra wolność”, na końcu wypowiada tytułowe „Hurra, są święta!”. To czytelna klamra spinająca dwa punkty jego egzystencji, pierwszym punktem jest strach i niepewność, drugim spokój i bezpieczeństwo. Na ile to bezpieczeństwo jest trwałe trudno powiedzieć – bo chyba tylko czytelnicy ślepo wierzący w happyendy przełkną informację, że zwierzęta przestawiły paliki i ludzie zbudują drogę dookoła ich domu.



Interesująca jest w „Hurra, są Święta!” także przestrzeń. Historia rozgrywa się na ziemi niechcianej, opuszczonej i nie budzącej zainteresowania ludzi, którzy co najwyżej widzących w niej miejsce do poprowadzenia drogi. Sielskie gospodarstwo pod lasem, które często bywało scenerią do pocztówkowych świątecznych historyjek o szczęśliwych ludziach żyjących w zgodzie ze zwierzętami tutaj zaprezentowane zostało (także na ilustracjach) trochę jak sceneria do filmu „postapo”, czegoś w rodzaju „Stalkera” dla dzieci. Czytelne jest też przeciwstawienie opuszczonej wsi i ludnego, żyjącego miasta. Tych tropów, którymi można pójść czytając książkę Nilssona jest całkiem sporo. I chociaż nie brakuje w niej humorystycznych scen to dla mnie nowa opowieść adwentowa z Zakamarków jest niezwykle gorzka i refleksyjna, skłaniająca do przemyśleń i to dla mnie jej wielka wartość. No bo wyobraźcie sobie, że wasz kot opowiada wam o północy w Wigilię taką właśnie historię. Jak byście zareagowali? Czy ruszylibyście naprzód żeby ratować świat?

/BW/

piątek, 1 grudnia 2017

Emocje i owszem („Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia”, napisała: Liliana Fabisińska, ilustrowała: Asia Gwis, Nasza księgarnia)


Powiedzieć, że rzuciłem się na tę pozycję to nic nie powiedzieć. Najpierw, po wydawniczych zapowiedziach, ucieszyłem się, że wreszcie będę mógł coś poczytać dzieciom o grzybach, a po wyjęciu książki z paczki sam zacząłem ją zgłębiać a potem dzielić się zdobytymi informacjami ze wszystkimi dookoła. W końcu niecodziennie dowiadujesz się, że w Australii rosną rydze, których kapelusze mają średnicę talerza!


Ludzie mówią: emocje jak na grzybobraniu. I wiadomo co to znaczy... Znaczy, że w czasach cyfrowo-wirtualnych, w czasach sportów ekstremalnych i zajęć ambitnych, modnych, fast i fit zbieranie grzybów zakwalifikowane zostało jako hobby dla pana Stefana (imię przypadkowe!) z grubym brzuchem, który wysłużonym golfem parkuje obok lasu i wyrusza na podbój kniei z plastikowym wiadrem w garści. W zasadzie to powinienem te słowa napisać gdzie indziej, nie w recenzji książki dla dzieci, ale zbieranie grzybów było, jest i pewnie będzie ważnym elementem mojego życia. 



Zbierania nauczyli mnie rodzice w czasach, kiedy lasy wokół Szklarskiej Poręby nie były miejscem za bardzo obfitującym w grzyby. Zbierało się właściwie tylko podgrzybki i kozaki. Obraz był mniej więcej taki: katastrofa ekologiczna lat 80., kwaśne deszcze, zakłady przemysłowe, suche pnie drzew na górskich zboczach, masowe wyrzynanie lasów z powodu kornika drukarza i wskaźnicy modrzewianeczki i ja zbierający podgrzybki do torby w kształcie trampka z napisem Espania’82. Wychowałem się na opowieściach o mitycznych czasach, latach 50., kiedy borowiki zbierało się na worki (babcia szyła z płótna). O grzybach się opowiadało, grzyby się pamiętało, a szczególnie zapalonych grzybiarzy nawet się podziwiało. Jak w młodości postanowiliśmy zrobić film VHS to rzecz jasna pojawiła się w nim mityczna postać Szalonego Grzybiarza. Pierwowzorem był pewien stary hutnik z Osiedla Huty, który potem zachorował na Alzheimera i dzisiaj podobno, o losie, w ogóle nie pamięta, co to są grzyby. Ja natomiast pamiętam jakie było święto kiedy w końcówce lat 80. znalazłem prawdziwka przy torach nieczynnej wtedy linii kolejowej do Jakuszyc. Byłem królem grzybobrania, a żył jeszcze dziadek, który mnie pochwalił. Chyba jedyny raz w życiu. Od tamtego czasu na linię Jakuszyce-Korenov powróciły pociągi, a do lasów borowiki. No dobra, ale co mi dało zbieranie grzybów? Zbieranie ich to jedno, druga sprawa to las. Uwielbiałem wychodzić z samego rana do lasu i wracać późnym popołudniem. Sam w lesie. W kalejdoskopie lasów. Bo nie chodziłem tylko do jednego, żeby nazbierać. Wędrowałem. Białe brzeziny z czerwonymi koźlarzami w sucho-zielonej trawie, świerki wyrastające z runa wyścielonego nisko rosnącą trawą długą jak włosy, z której wygrzebywałem najpiękniejsze podgrzybki i te świerki rosnące wśród igliwia, z gałęziami do samej ziemi, pod którymi czaiły się kapelusze prawdziwków. Albo wielkie kolumny buków, leśne sale kolumnowe z zielonymi chmurami liści i ziemią pokrytą suchymi liśćmi, w których czaiły się borowiki, schowane że łatwo było je rozdeptać. Może i brzmi to jak tandetna „coehloza”, ale las i grzyby to była dla mnie ucieczka, wolność, tajemnica a jednocześnie bezpieczeństwo. Tego nie da się, tak do końca objaśnić. I tego nie zastąpi żaden park miejski. Owszem zdarzało mi się też wyjeżdżać w odwiedziny do innych, dalekich lasów. W sosny posadzone równymi rzędami i w dębiny nad jeziorami. Ale nawet dzisiaj, mieszkając w mieście, wracam często w myślach i snach do tych swoich lasów, które już bardzo się pozmieniały, zarosły, wystrzeliły w górę. Wciąż mam je w pamięci, kojarzę niektóre drzewa, mam rozeznanie gdzie i co zbierałem. Długo można by o tym pisać…



A wracając do rzeczy – lektura i oglądanie książki pt. „Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia” to doświadczenie estetycznie bardzo przyjemne. Wielki format, duże strony, ciekawe ilustracje, udany pomysł graficzny, interesujące rozwiązania typograficzne – widać że Nasza Księgarnia celuje w target wielbicieli wielkich formatów z Dwóch Sióstr (np. „Pszczoły”, „Botanicum”). Bardzo mi się podoba wygląd tej książki. Teksty zostały tutaj podane w formie kilku lub kilkunastu oddzielnych fragmentów na każdej rozkładówce. Znaleźć w niej można wiedzę o grzybach, ale też o wszystkim co się z grzybami kojarzy (np. grzybek do cerowania czy grzyb atomowy). Czytałem wszystkie informacje z wielkim zainteresowaniem – cóż chyba potrzebne mi było takie kompendium, którego nie gwarantowały mi atlasy grzybów. A przyznać trzeba, że grzyby (które przypomnijmy nie są ani fauną, ani florą – mają osobne królestwo, które nazywa się funga lub mykobiota) nie były do tej pory zbyt dobrze książkowo zagospodarowane.  W wydawniczych nowościach mignęło mi wprawdzie „Tajemnicze życie grzybów” Roberta Hofrichtera , które pojawiło się na fali popularności wszelkich tajemnic i sekretów fauny i flory, którymi zasypują nas ostatnio wydawnictwa. Ale jeszcze nie miałem okazji tego czytać.


Można zapytać czy książka ta zawiera informacje merytoryczne. Moim zdaniem tak – wprawdzie przegląd podstawowych gatunków grzybów zajął tutaj tylko kilka stron a grzyby zostały przedstawione w formie narysowanej, ale po to rzeczywiście można sięgnąć do atlasu lub internetu (polecam grupy na fb). Ale tutaj można się dowiedzieć np. co robić w przypadku zatrucia, są przepisy na dania z grzybów, informacje jak wyhodować jadalne grzyby w domu, jest o truflach, muchomorach, grzybkach do herbaty i penicylinie. Jest o serach, drożdżach, a nawet o cerowaniu skarpet. Niektórzy powiedzą pewnie, że miszmasz, ale ja z pewnością umieściłbym tę książkę na szczycie prywatnego zestawienia ulubionych książek 2017 (oczywiście gdybym robił takie zestawienia). No i piękna rzecz na prezent, nie tylko dla grzybiarzy.

/BW/

środa, 29 listopada 2017

O dzieciach, dla dzieci („Lilka i spółka”, „Lilka i wielka afera”, tekst: Magdalena Witkiewicz, ilustracje: Joanna Zagner-Kołat)


O ileż uboższa byłaby literatura dla dzieci i młodzieży gdyby nie zwyczaj wysyłania pociech na przymusowe wakacje! Zapewne kojarzycie niejedną taką książkę. Bohater lub bohaterka marzą o jakimś wspaniałym miejscu, a tymczasem muszą udać się zupełnie gdzie indziej, gdzie wiedzą że będzie nudno i beznadziejnie. A co dalej? Zwykle to miejsce kaźni, nie okazuje się takie złe, a wręcz staje się scenerią do wspaniałych przygód. Ostatnią czytaną przeze mnie książką, gdzie taki schemat został wykorzystany była chyba „Czarownica piętro niżej” Marcina Szczygielskiego. Ta książka zrobiła na mnie duże wrażenie – Szczygielski pokazał jak napisać historię o dwóch emerytkach, wiewiórce, kocie i liliach, którą czyta się z zainteresowaniem. Uściślijmy: którą czyta z zainteresowaniem także dorosły czytelnik. I niestety nie mogę tego powiedzieć o książkach Magdaleny Witkiewicz. Co oczywiście wcale nie musi zostać poczytane za ich wadę…


Wydaje mi się, że „Lilka i spółka” oraz „Lilka i wielka afera” zostały pomyślane jako książki przeznaczone do czytania przez dzieci z pierwszych klas podstawówki. Narratorką jest dziewczynka, pierwszoklasistka Lilka, która ma starszą siostrę Wiktorię (zwaną Wiki) i młodszego brata Mateusza (zwanego Matewką). Jej naiwna percepcja świata, język oparty na słowach zasłyszanych w telewizji lub od dorosłych i bardzo małoletni humor przetworzone w monologową narrację zupełnie niczym nie zaskakują, rażą sztucznością. I znowu: nie zaskakują i rażą mnie. Ale być może dzieci w wieku Lilki traktują ten język i świat jak swój…

Kilka słów o treści. W „Lilka i spółka” rodzeństwo zamiast do ulubionej ciotki Franki, która jest psychologiem i rozumie ich emocje i potrzeby, wyjeżdża na wakacje do Jastarni, gdzie mieszka ciotka Jadźka. Stara panna z pypciem na nosie, lubiąca koty, flaki i sąsiada, pana Anatola. Dni upływają naszym bohaterom na obmyślaniu w jaki sposób przenieść się od ciotki złej do ciotki dobrej. Metody, którymi chcą to osiągnąć uderzają swoją naiwnością i doprawdy nietrudno wskazać fabuły przeznaczone dla podobnych wiekowo odbiorców, w których bohaterowie mają więcej wyobraźni. Przełomem jest chwila, w której dzieci zaczynają podejrzewać ciotkę i pana Anatola o chęć popełnienia przestępstwa. Naprawdę tylko ośmiolatek może emocjonować się i obawiać tym, że nasza ferajna znalazła się nagle w wielkim niebezpieczeństwie… Część druga pt. „Lilka i wielka afera” z racji tego, że ten świat powieściowy już we mnie trochę okrzepł, wydała mi się ciekawsza. Akcja rozgrywa się u „dobrej” ciotki Franki w domku letniskowym w Amalce na Kaszubach. Dzieci chcą tym razem pozbyć się facetów w czerni poszukujących złóż do odwiertów, a do ciotki przyjeżdża jej chłopak Johnny...


Nie wiem, może za bardzo nas dzisiaj rozpieszczają pisarki i pisarze tak układając swoje fabuły, żeby były atrakcyjne i dla dzieci, i dla dorosłych? Czegoś mi jednak w książkach Magdaleny Witkiewicz brakuje – jakiegoś fabularnego błysku, językowego szaleństwa, ciekawszych postaci... Czegoś. Dostrzegam sprawność rzemiosła, ale nic ponad. Wydaje mi się, że te historie powstały z myślą o czytaniu dla rozrywki, bez żadnych tam głębszych rozważań o dziecięcych lękach i pragnieniach. W sumie to nie ma w takim pisaniu niczego złego. Przecież fakt, że ta lektura nie zapewnia rozrywki mnie, nie oznacza że w przypadku młodszych czytelników będzie tam samo... Tym bardziej, że akcję napędza tutaj różnie podany humor sytuacyjny, dla którego odniesieniem jest pokazany w krzywym zwierciadle świat dorosłych (Lilka wypowiadając jakieś słowo czy zwrot powtarza „jak mówi mama”, „jak powiedzieli w telewizji” itp.) – dzieci wylewają znienawidzone flaki przez okno, składają zeznanie na posterunku policji, ciasto spada z dachu samochodu, Matewka obkleja się tatuażami itd. Jednak intrygi w tych książkach są bardzo wątłe i po przeczytaniu kilkudziesięciu stron często dalej nie wiemy o czym ta książka właściwie będzie...

W obu powieściach znajdziemy obraz typowej polskiej rodziny z ojcem, głównym żywicielem i trochę fajtłapą oraz mamą, która podejmuje decyzje i myśli o odchudzaniu. I trochę szkoda, że kiedy tato siada do stołu z ciotką Franką i jej przyjaciółką Agatą, żeby porozmawiać, to córka-narrator od razu ocenia, że zachowuje się „jak baba”.

Nie czytałem żadnej „dorosłej” powieści Magdaleny Witkiewicz, która, jak twierdzi internet, jest bestsellerową pisarką. Jej powieściowego dyptyku dorosłym jednak nie polecam, chociaż dzieci mogą się przy nim dobrze bawić.

/BW/



poniedziałek, 27 listopada 2017

Klimat zabawy słowem („Sylaboratorium czyli leksykon młodego erudyty”, teksty: różne autorki i autorzy, koncepcja graficzna książki, ilustracje i skład: Paweł Pawlak, ART Egmont)


Są takie słowa, które warto poznać, ale codzienność nie daje nam ku temu sposobności. Słowa, o istnieniu których często nie wiemy, a nazywają dobrze znane nam elementy rzeczywistości. Słowa niosące w sobie czar przeszłości lub „kwiat nowości”, przenoszące nas do innych krajów, na inne kontynenty, a niekiedy do krain, których w ogóle nie ma. Pachnące niczym kolonialne towary w cynamonowym sklepie lub zaskakujące swoją bezpośredniością i bezkompromisowością. Jest w tych słowach śmiech, smutek lub pewność władzy nad światem. Słowa te znajdziemy w zakurzonych księgach, albo w takich, na których jeszcze nie wyschła drukarska farba. W opasłych, mądrych tomach i w jarmarcznych broszurach. Każde z tych słów jest niczym nie odkryta tajemnica, nie otwarta skrzynia ze skarbem. Słowa to piękno i słowa to prawda. Tak sobie myślałem kartkując „Sylaboratorium czyli leksykon młodego erudyty”.
 


Jest w tym tytule jakaś wewnętrzna sprzeczność – przecież erudytą nie zostaje się czytając wyłącznie leksykony i encyklopedie! Tak samo jak trudno stać się dobrym ogrodnikiem czytając jedynie instrukcje na opakowaniach z nasionami. Trzeba próbować, sadzić, kopać, podlewać, patrzeć jak więdnie, cieszyć jak rośnie itd. „Sylaboratorium” nie jest jednak czymś w rodzaju poradnika dla dziecka snoba, które ma w towarzystwie błysnąć łacińską maksymą czy mądrze brzmiącym słowem.



W książce tej, pod dowództwem i ilustracyjnym sznytem Pawła Pawlaka, zebrało się całe grono topowych polskich pisarek i pisarzy dziecięco-młodzieżowych (Justyna Bednarek, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Zofia Stanecka, Agnieszka Frączek, Emilia Kiereś, Jolanta Powierża, Zuzanna Orlińska, Mikołaj Gołachowski, Macin Wicha, Katarzyna Kępka-Falska, Anna Czech, Ewa Nowak) by w różnych formach literackich zdefiniować rzadko używane, trudne słowa ułożone w porządku alfabetycznym. Wstęp do książki napisał sam Jerzy Bralczyk, który dywaguje w nim głównie o sylabach. Stąd początkowo (najpierw przejrzałem środek) trudno mi było załapać kontekst – co wspólnego ma podział na sylaby czyli mechanika języka do oczytania, erudycji i katalogu słów rzadkich oraz dziwnych. Okazuje się jednak, że celem książki jest nie tylko odkrywanie znaczenia słów, ale też słów tworzenie. Tworzenie za pomocą tysięcy różnorodnych liter ze starych książek, plakatów, czasopism i map. Dzięki nim Paweł Pawlak stworzył lwią część szaty graficznej. Trochę tych liter znaleźć też można na końcu książki, wyciąć nożyczkami i poukładać. A można też skorzystać ze strony internetowej typo.polona.pl i układać online. I tylko dalej się zastanawiam czy sylabizowanie i erudycja dobrze do siebie pasują i czy aby nie za dużo w tym barszczu grzybków?



Skierujmy jednak wzrok na teksty. Miejsca na nie za wiele tutaj nie ma, więc autorzy musieli się wykazać sporą dyscypliną twórczą. Jakoś mnie ucieszyło, że autorki, które kojarzę z prozą próbują się w formie wierszowanej (np. Justyna Bednarek czy Roksana Jędrzejewska-Wróbel). W ogóle to różne są tutaj metody na przedstawianie słów dla młodych erudytów – są limeryki, cykle (Marcin Wicha pisze o inspektorze Leksykonie), wiersze, personifikacje. Generalnie czuć klimat zabawy słowem, a dzięki różnorodnym formom czyta się lekko i przyjemnie. Aha, oprócz autorskich interpretacji kolejnych słów, znajdziemy tutaj także ich słownikowe definicje. 

Myślę o tej książce w kategoriach eksperymentu – a w eksperymentach często tak bywa, że pewne ich elementy wychodzą lepiej, a inne gorzej. I o ile pomysł na przegląd ciekawych słów i szatę graficzną oceniam tutaj bardzo wysoko, tak sylabizowanie i interaktywność wydają mi się dołożone trochę na siłę. Niemniej książkę polecam – całkiem dobra na prezent. Nie tylko dla pretendentów do miana erudytów.
 
/BW/

poniedziałek, 20 listopada 2017

Architektura z klocków Lego („Lego® Architecture. Ilustrowany przewodnik”, Wydawnictwo AMEET)


Słabość do klocków Lego mamy (oczywiście) od dzieciństwa. Wtedy można je było kupić tylko w Pewexie albo dostać w paczce od rodziny za granicą. Myśmy mieli duży zestaw z domkiem, garażem, samochodem, dwoma ludzikami. Dostaliśmy od wujka. Bartek z bratem, również dostali kilka zestawów od rodziny w Belgii. Zestaw z domkiem wydawał mi się najfajniejszy, ponieważ można było z niego wybudować według instrukcji kilka typów domków. Było tam przewidziane miejsce na samochód i ogródek. Klocków wystarczało też na własną inwencję twórczą. Dzisiaj zestawów Lego są setki i można je kupić wszędzie. Doszło wiele nowych serii, które mówiąc szczerze nie za bardzo czuję (Star Wars są ok). Zwróćcie uwagę – kiedyś klocki Lego odtwarzały przede wszystkim świat, były realistyczne, realistyczne we współczesności lub w przeszłości (zamki!), nawet seria kosmiczna Space nie była jakoś specjalnie odjechana. A dzisiaj? Zapewne kupujecie, wybieracie, oglądacie więc wiecie jak to wygląda… Okazuje się jednak, że nie tylko udziwnianie w uniwersum Lego ma miejsce – duński koncern oprócz tego, że uraczył nasze pociechy klockami Batman, Friends, Nexo Knight i Ninjago zaczął w 2008 roku wypuszczać serię Lego Architecture. Uważnie śledzę wszelkie pojawiające się na rynku książki o architekturze i przestrzeni skierowane do dzieci. Wiem, że takich książek jest mało i przeważnie nie są najwyższej jakości. Jakoś tym zagadnieniom trudno przebić się do mainstreamu dziecięcych tematów… Zatem jeżeli któremuś wydawnictwu miałoby się udać to chyba książce „Lego Architecture. Ilustrowany przewodnik”, o najpopularniejszych na świecie klockach?


Może zaznaczmy od razu - to jest wydawnictwo komercyjne. Album powstał w celu promocji serii klocków, która w Polsce nie jest za bardzo popularna. I trudno się dziwić, bo klocki są dosyć drogie, mało kolorowe, a na ich temat nie ukazują się gazetki dostępne w każdym kiosku czy saloniku prasowym w ilościach hurtowych…Uważam jednak, że przewodnik ten oferuje trochę więcej niż można na początku przypuszczać. Na pewno nie służy do czytania ciurkiem i nie żałowano w nim srebrnej farby drukarskiej (o czarnej nie wspomnę, bo taki jest klimat tych zestawów – budynek na czarnym tle). Jeżeli jednak z tymi faktami się pogodzicie to poznawanie tego albumu z dziećmi może być całkiem przyjemne i wartościowe. Lego Architecture oferuje nam podróż przez wspaniałą architekturę. I oprócz tego, że pokazuje jak zbudować wieżę Eiffla czy willę Fallingwater z klocków to przypomina, że za każdym z tych ikonicznych budynków stoi jakiś człowiek. Człowiek, który swoje poczynania projektowe dokładnie przemyślał.




Zresztą okazuje się, że za zestawami Lego Architecture też stoi architekt. Był jedną z tysięcy osób, które, po roku 2006 w wyniku kryzysu finansowego, musiały się przebranżowić i poszukać nowego zajęcia. Nazywa się Adam Reed Tucker i w 2006 roku kupił w sklepie 11 wózków klocków Lego! Zaczął z nich tworzyć najważniejsze światowe budynki. I tak zaczęła się jego współpraca z firmą Lego. Pomysł Tuckera żeby zbudować z klocków znane budowle nie był jednak tak do końca nowy… Pierwsza była stworzona na początku lat 60. seria Scale Model, która odtwarzała nowoczesne w tamtych latach, modernistyczne budynki. W połowie lat 60. Seria została wycofana, ale architekci złapali bakcyla i zaczęli używać Lego do budowania modeli i makiet. W brytyjskiej pracowni Owena Ludera użyto modeli z klocków w czasie przygotowań do modernizacji Hay’s Wharf, londyńskiej galerii handlowej. Posłużył się nimi także Moshe Safdie, projektując Habitat 67, znany kompleks mieszkaniowy w Montrealu.

Lego Scale Model, lata 60.


Co w środku? Przede wszystkim schematy jak stworzono dany budynek przy użyciu klocków. Jak się okazuje przetworzenie budynku prawdziwego na klockowy też wymaga sporej wyobraźni. Wszak chodzi o to żeby budynek taki zbudować z drobnych, istniejących już w zestawach elementów. Jeżeli macie naprawdę dużo klocków Lego w domu to nawet możecie spróbować! Po każdym schemacie następują dwie strony ze zdjęciami prawdziwego obiektu, tekstem o nim i jego architekcie. Są tutaj klasyki typu Wieża Eiffla albo Big Ben, ale jest też sporo obiektów, śmiem twierdzić, niezbyt znanych szerokiej publiczności jak choćby projekty Franka Lloyda Wrighta – Fallingwater i Muzeum Guggenheima w NY czy Villa Savoye Le Corbusiera.




Wiadomo, że najfajniej byłoby wszystkie te zestawy zbudować – ale ta książka nadaje się do czytania nawet bez klocków. I może budzić pierwsze architektoniczne fascynacje.

/KS/


czwartek, 9 listopada 2017

Wyprawa po dojrzałość („Cudowna podróż”, Selma Lagerlöf, Nasza Księgarnia)

Książka drogi, fantasy o dojrzewaniu, opowieść, w której podróż na gąsiorze Marcinie nad Szwecją kształtuje charakter chłopca o imieniu Nils. Nasza Księgarnia, z okazji faktu, że „Cudowna podróż” (1910) pojawiła się na liście lektur uzupełniających, wznowiła tę powieść, która dała Selmie Lagerlöf literacką Nagrodę Nobla. Niestety – wznowiła w okrojonej wersji. Skrótów dokonali wprawdzie sami Szwedzi, tym niemniej dla tych, którzy pamiętają dwutomowe wydanie z ilustracjami Grabiańskiego może to być przykre zaskoczenie. Dla innych – niekoniecznie. Chciałbym donieść, że po lekturze tej adaptacji (tak zostało to określone na okładce) nabrałem ogromnej ochoty żeby wrócić do wersji oryginalnej. W końcu jest to piękna historia, wspaniale napisana i przetłumaczona nawet w skrótach (przypominam tłumaczenie: Teresa Chłapowska).
 




Trochę ostatnio myślałem o tej książce, weszła mi do głowy i mam nadzieję, że nie wciągnięto tej pozycji na listę lektur z powodów nazwijmy to religijnych... Wszak opowieść zaczyna się od tego, że Nils nie chce iść do kościoła z rodzicami, więc ojciec pozwala mu zostać, ale nakazuje przeczytać kazanie samodzielnie. Chłopiec oczywiście zasypia nad lekturą, a kiedy się budzi widzi krasnoludka, którego łapie w siatkę na motyle. Ma to przykre konsekwencje ponieważ skrzat dysponuje dużymi umiejętnościami i potrafi pomniejszyć chłopca do swojego rozmiaru. Dopiero po miniaturyzacji dowiadujemy się, że Nils był do tej pory niedobry zarówno dla ludzi jak i zwierząt, a zachowanie jego wynikało z tego (o tym napisano później), że w zasadzie nikogo nie lubił. Teraz nabywa umiejętność rozumienia mowy zwierząt. I właśnie ten początkowy kontekst religijny zostaje w dalszej części historii odsunięty, a na pierwszy plan wysuwa się uniwersalna historia o dziecku bez właściwości, które tych właściwości nabywa.

Skrócona wersja, w której skupiono się na akcji, nie wyrzucając jednak opisów krain, pokazuje jak Lagerlof potrafiła fascynująco prowadzić tę fabułę. Nie są to wielkie, rozbudowane sceny, lecz drobne, pojedyncze zdarzenia mające w sobie sporą siłę przyciągania (oczywiście wersja oryginalna już czeka na stosiku „do przeczytania”). Mamy więc tutaj np. historie baśniowe (jak choćby ta o przeklętym mieście czy tańcu żurawi), realistyczne (student z Uppsali, który zgubił rękopis wybitnej powieści) czy podzielone na kilka części opisy starć z lisem Snirre symbolizującym tutaj zło, ale też nie takie w postaci czystej, ale wytłumaczalne, wynikające z natury zwierzęcia, w pewnym sensie naturalne. Nils Holgersson vel Paluszek przechodzi w tej książce przemianę, a w tle mamy jeszcze pokazane z góry i z dołu, niezwykle ciekawie, powiedziałbym sensualnie – krainy Szwecji, która jawi się jako kraj tajemniczy i piękny. Ten zachwyt nad przyrodą, cywilizacją i ludźmi ma w sobie też coś propagandowego, pewnie dlatego tak chętnie wydawano to w PRL-u. Taka tylko dygresja, bo mi to zupełnie nie przeszkadza.

Czytając tę książkę wciąż miałem skojarzenia z „Ziemiomorzem” Ursuli Le Guin, szczególnie z „Czarnoksiężnikiem z Archipelagu”. Obie książki mają w sobie coś magnetycznego w kreacji świata, którego zasady są nam niby znane, ale co rusz czymś nas on zaskakuje. I tu, i tam elementy baśniowe są nam podawane w „rozsądnej dawce”, magia jest możliwa tylko jeśli nie łamie zasad rządzących naturą. W „Cudownej podróży” baśniowość przejawia się przede wszystkim w inteligencji i mowie zwierząt, autorka pokazuje ich świat jako pewną całość bez względu na gatunek – wieść o czynach Paluszka dociera zarówno do sów, jak i psa przy budzie czy krowy Róży. Wizja Lagerlöf jest dla mnie literacko niezwykle pociągająca i kompletna – trochę gdzieś tam się w głowie kłócę z tą książką, ale kłócę się jak z wielką literaturą.

Reasumując: wspaniała lektura, ale jednak do przeczytania w nieokrojonej wersji. Chociaż powiem też, że podczytywałem moim dzieciom, które jeszcze nie za dobrze sobie radzą (jako słuchacze) z rozbudowaną narracją i fajnie do nich ta adaptacja trafiała.

/BW/

wtorek, 7 listopada 2017

O czytaniu i wykluczeniu („Kajtek nie umie fruwać! Historia małego miłośnika książek” tekst: Jennifer Berne, ilustracje: Keith Bendis, Prószyński i S-ka)


Druga wydana w Polsce, a chronologicznie pierwsza książka o szpaku Kajtku (po angielsku Calvinie) autorstwa Jennifer Berne. W tej zeszłorocznej, zatytułowanej „Kajtek, uważaj! Mały miłośnik książek zakłada okulary” fabuła miała zachęcać dzieci do noszenia okularów i czytania książek. Pokazywała, że obie te czynności mogą się bardzo w krytycznej chwili przydać.


W „Kajtek nie umie fruwać!” okularów jeszcze nie ma, za to znaczenie lektury niezmiennie pozostaje w centrum zainteresowania autorki.  Po wykluciu się z jajka Kajtek nie podąża drogą rozwojową swoich braci, sióstr i kuzynostwa. Zamiast uczyć się fruwać i żerować – odkrywa uroki biblioteki. Zaniedbuje więc ptasie obowiązki na rzecz miejsca w czytelni i pochłaniania nowych lektur. Kiedy zaś przyjdzie odlatywać do ciepłych krajów Kajtek nie będzie potrafił wznieść się w powietrze (poniosą go), ale zdobyta wiedza ocali całą szpaczą społeczność (a latać i tak się nauczy!).

 

Lubię (podobnie jak moje dzieci) bohatera stworzonego przez Berne. Wiecie tak od pierwszego wejrzenia go lubię, budzi sympatię. Przyklaskuję też przesłaniu książki, które jest naprawdę szlachetne i edukujące – wszak czytanie książek to pasja warta bezustannego chwalenia i rozwijania. I wreszcie najważniejsze: opowieść o Kajtku można czytać jako historię o wykluczeniu. Może taką w wersji light (o ile w ogóle można to stopniować), ale akurat dobrze podaną dla percepcji młodszych dzieci. Wszak szpaczek jest stygmatyzowany, przezywany, a porównanie do mola (książkowego) wprawia go w głęboki smutek. Jennifer Berne dobitnie pokazuje, że tego typu zachowania są złe, a wyśmiewający się z Kajtka nie mają racji. Przekonują się o tym wyglądając z głębi jaskini. Warto pamiętać o tym fakcie, bo takich książek nigdy za wiele.




Dobrze sprawdzają się ilustracje Keitha Bendisa na dużych kwadratowych stronach – nie jest to może ulubiony przeze mnie styl rysowania, ale tutaj pasuje, tworzy rozległą przestrzeń dla tej ptasiej historii.

Z minusów: spojrzałem w internecie na wydanie anglojęzyczne i tamtejsze literki dalej są zgrabniejsze. Te w wersji polskiej trochę jakieś takie niedopasowane, koślawe... Nie wspomnę już o tych, którymi uzupełniono leśne szyldy... Nie porównywałem też tekstów angielskiego i polskiego (tłumaczyli Janusz Kokoszewski i Dorota Koman), ale inicjalne zdanie na jednej ze stron - „Burze w końcu się skończyły” – chyba niezbyt dobrze wygląda i brzmi?

Generalnie jednak warto a nawet trzeba sięgnąć po oba Kajtki, bo to prosto poprowadzone, ale wcale nie najprostsze w wymowie opowieści, których lektura nie zabierze wam wiele czasu.

/BW/


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...