środa, 28 sierpnia 2013

Pociąg do Tuwima ("Lokomotywa" Julian Tuwim)

Oj dopiero zacząłem prowadzić swojego debiutanckiego bloga, a już notuję pierwszą sporą białą plamę... Oczywiście mam wytłumaczenie, że były wakacje, ale to przecież żadne wytłumaczenie, bo Kostkowi czytałem całkiem sporo a i dostęp do internetu (chociaż to w zasadzie dosyć smutne) miałem cały czas. Okay, przyjmijmy, że były wakacje. A skoro wakacje to wyjazdy, w tym wyjazdy pociągiem. Od razu mówię, że pociągiem nigdzie nie jeździłem a jednak pełni on w moim żywocie czytacza niebagatelną rolę.

Naśladowanie jest najszczerszym wyrazem pochlebstwa - napisał mądrze w wieku XIX pisarz angielski Caleb Colton. Nie każdy jednak zasługuje na bycie pochlebcą. Schlebiać trzeba umieć. I to też przydałoby się przekuć w jakąś złotą myśl. Piszę o tym, bo przypadkowo wszedłem w posiadanie książeczki „Jedzie pociąg”, wydanej przez wydawnictwo Literat. Tak – ten wpis będzie przede wszystkim o tym czego nie czytać.

Słów nie starczy, aby opisać jak wielkie piętno odcisnął w świadomości polskich dzieci (a tym samym ich rodziców) wiersz Juliana Tuwima zatytułowany „Lokomotywa”.  Te rymy, te wersy, te ilustracje Szancera z całą pewnością zasługują na umieszczenie pod szklanym kloszem i wystawienie w Sevres. I chociaż ujrzenie na żywo parowozu nie jest dzisiaj sprawą prostą, to dla kolejnych pokoleń dzieci pociąg dyszy i dmucha a żar z rozgrzanego… zresztą pewnie to pamiętacie. „Lokomotywa” to pomnik, ale, o dziwo, wciąż żywy, naoliwiony, buchający dymem i działający. I pewnie można napisać jeszcze dla dzieci jakiś dobry i trafny wiersz o pociągu, jednak po co się kopać z koniem? Jak się jednak okazuje wielu znajduje ku temu powody, najprawdopodobniej natury ekonomicznej…

Lokomotywa wjeżdża do Sevres, tekst Julian Tuwim, rys. Jan Marcin Szancer
                                       

A zatem książeczka „Jedzie pociąg”. Tytuł dziwnie kojarzy się z piosenką Rynkowskiego Ryszarda, ale co tam... Wszak nie tylko Jackowi Cyganowi może pociąg jechać. Po otworzeniu tego wydawnictwa oczy nasze gwałcone są ilustracjami, których istnienia nie sposób tłumaczyć nawet koniecznością przetwarzania makulatury i segregacji odpadów. Zostały stworzone na zasadzie – jak jest jeszcze trochę miejsca to może coś dorysujemy? Dlatego grzyby sąsiadują tutaj z kapustą, słonecznikiem, kwiatami, tudzież owieczkami i zającami. Zasady perspektywy? Zapomnijcie. Panta rhei, wszystko płynie w jarmarcznych kolorach, obłościach i ogólnym mętliku. Jeżeli jednak jakimś cudem nie porazi was oprawa graficzna i zaczniecie czytać przekonacie się, że świat to miejsce niezbadane, gdzie ukazują się w druku wersy przerażające i rymy częstochowskie tak oślepiające jak lampka w pokoju przesłuchań. Papier niby przyjmie wszystko, ale jak nastawiłem ucha to usłyszałem coś jak cichy jęk: litości! Nie będę cytował, wystarczy zapewne to, co na zdjęciach. Nie podam też nazwisk autorów, bo nie o to chodzi. Zresztą pomijając moje utyskiwania – po raz kolejny mam wrażenie, że ktoś  ma dzieci za głupie, bezmyślne stwory, którym można nawciskać dyrdymałów a i tak będą się śmiać i cieszyć. Chyba jednak nie tak to działa…

Kopanie się z koniem czyli pociąg wciąż jedzie...
                                                                        


Pociąg nazywa się Zuch i ma wiele twarzy...
                                                                            
                                            


Po zapoznaniu się z tą pozycją jedyny wniosek jaki przychodzi mi do głowy jest taki, że jakość usług na kolei spadła od okresu międzywojennego bardzo i chyba rzecz ma się podobnie jeśli chodzi o pociągowe wierszyki dla dzieci. Spóźnione o wiele godzin literackiej edukacji od planowanego przyjazdu.

/BW/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...