czwartek, 7 marca 2019

, , ,

Nowi detektywi w mieście ("Zatruty spinner", "Śliska sprawa" Sven Jönsson, ilustracje: Zosia Dzierżawska)


Detektywistyczne historie dla dzieci są obecnie niezwykle popularne - dostajemy je w formie książek, seriali, gier, filmów... I z tego punktu widzenia decyzja wydawnictwa Bajka, aby powołać do życia nową serię pt. "Feralne Biuro Śledcze" była z pewnością odważna. Punktem odniesienia dla tego typu pisanych historii jest dziś rzecz jasna "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai" Martina Widmarka. Siłą fabuł szwedzkiego pisarza są moim zdaniem dwa elementy - prostota języka i przedstawionej historii oraz całkiem interesujące, angażujące i nie takie znowu oczywiste rozwiązania zagadek. Trochę ogień z wodą, a jednak działa (oczywiście nie zawsze równie skutecznie).  W połączeniu tych dwóch właściwości (warto dodać jeszcze ciekawych bohaterów) można chyba upatrywać ogromnego sukcesu tej serii. Skoro mamy już za sobą to porównanie, warto odpowiedzieć na dwa pytania: jak wyglądają historie przedstawione w "Zatrutym spinnerze" i "Śliskiej sprawie"? I drugie, chyba trudniejsze: czy Svenowi Jönssonowi (manifestacyjnie skandynawski pseudonim polskiego pisarza) udało się wprowadzić do tego, dosyć już skostniałego, segmentu popkultury jakiś świeży powiew?



Autor nie ukrywa, że zna sagę Widmarka i chce z nią humorystycznie polemizować. I to podejście mi się podoba. Jönsson zdaje sobie sprawę, że wszyscy będą jego serię porównywać z tamtą, więc uprzedzając takie działania, nieco demonstracyjnie, pokazuje, że on się tą konwencją bawi, a jednocześnie jakoś tam przeinacza, obraca na lewą stronę.

Zresztą cytując samego autora, który udzielił wywiadu Strefie Psotnika:


Z tego żartu powstała koncepcja serii detektywistycznej, która byłaby taka troszkę z przymrużeniem oka… z detektywami być może nie do końca profesjonalnymi, z zagadkami być może niekoniecznie śmiertelnie poważnymi. Nudzą mnie historie, w których dzieci ratują świat przed zagładą i działają jak mali dorośli. W mojej serii głównymi bohaterami są więc zdziecinniali dorośli, którzy rozwikłują odrobinę surrealistyczne problemy. Ku uciesze dzieci, naturalnie.

Surrealistyczne. Fajnie. Ale czy to się udaje? Po przeczytaniu "Zatrutego spinnera" jeszcze nie za bardzo wiedziałem, ale już "Śliska sprawa" lepiej uzmysłowiła mi na czym polega pomysł autora na serię. Są to historie niedługie, napisane prostym językiem (ich przeznaczeniem jest m.in. nauka czytania), ze sporą liczbą zabaw słownych (szczególnie w "Śliskiej sprawie"). Fabuły w istocie są bardzo surrealistyczne i przeznaczone raczej dla młodszych odbiorców - myślę, że góra trzecia klasa podstawówki (wydawnictwo podaje 7+). Trudno tutaj mówić o jakichś rodzimych znaczy polskich realiach, chociaż w "Spinnerze" autor wyraźnie dworuje sobie z naszego systemu edukacji, a w "Śliskiej sprawie" ze skłonności do pompatycznego nowobogactwa.



Kiedy czytałem część pierwszą zastanawiałem się po co w tym biurze aż trzech pracowników - tym bardziej, że w "Zatrutym spinnerze" inspektor Zamęt i Boksi Roksi tylko kręcą się z kąta w kąt (no BR używa trochę pięści). Nie powiem, że "Śliska sprawa" rozwiała wątpliwości co do liczebności ekipy, chociaż po raz pierwszy zobaczyliśmy zdolności detektywistyczne u Zamęta. Autor chcąc uprościć tekst rezygnuje też z opisu bohaterów - widzimy ich tylko na ilustracjach Zosi Dzierżawskiej, które mile kojarzą mi się z rysunkami Papcia Chmiela.  Zdaję sobie sprawę, że patrzę na to z dorosłej perspektywy, a Kostek od razu zgarnął te książeczki, w mig sam przeczytał i ni mniej ni więcej tylko zdradził mi wszystko! Dlatego czytałem ze spojlerami w głowie. A jak wiadomo tak się kryminałów, nawet tych najprostszych i surrealistycznych, czytać nie powinno.

Podsumowując: uważam, że wyszło z tego coś zgrabnego i ciekawego. Polecam.

/BW/
Share:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Chcesz coś dodać? Śmiało!